MOJE STRONY
Pola, gdzie żniwa w plony obfite
Stajami świecą, jak dojrzy okiem,
I łąki, wonnym kwieciem pokryte,
Wody, szumiące jasnym potokiem,
Słońce, co złotem gaje powleka,
Pełne uroku jak przyjaźń człeka:
Tam zeszedł błogo życia początek,
Tam jest mój luby rodzinny kątek.
Pod skrzydłem dębu, topoli piórem
Gromada ptasząt zaśpiewa chórem,
A w którą stronę wiater powiewa,
Słodka melodia w ucho się wlewa.
Pod drzewem domek dziada, pradziadka,
Tam mnie na ręku nosiła matka;
Wszystko się sercu tak mile śmiało,
Wszystko, com kochał, tam się zostało.
Cieniste wierzby rosną nad strugiem,
Dźwięczny skowronek buja nad smugiem
I nad mogiły krzyżackie lata
Śpiewać mieszkańcom dawnego świata;
A krzyż przy drodze, ten stróż poległych,
Znak przyszłej w życiu zmiany szczęśliwej,
Słucha skowronka pieśni rzewliwej
O czasach dawnych, szybko ubiegłych.
Pomnę, wieczorem, z czeladzią razem,
Śląc w niebo modły za szczęście dzieci,
Ojciec przed świętym klękał obrazem.
Dziś przy kościółku leży pod głazem,
Cichy jak miesiąc, co mu tam świeci,
Zimny jak wicher, gdy na grób leci.
Co chwila nowy obraz się sunie,
Co chwila nowe wspomnienie bieży;
Wnet deszcz rzęsisty z oka wylunie,
Piorun przez usta słowem uderzy.
Lecz po co skargi, wspomnienia moje,
Przy was myśl smutna niech ma pogodę,
Płyńcie mi, dawnych pamiątek zdroje,
Z wami, wesołe, taniec zawiodę.
Jeszcze mazura usłyszę w dali,
Kiedy go szczera dziatwa wywija,
Ujrzę, jak para parę omija,
Jak się w ich licach krew żywo pali.
Hej mi, dziewczyno hoża, urodna,
Z twarzą rumianą, kwiatkiem we włosach,
Gdy masz sierp jutro rzucić po kłosach,
Dzisiaj na tany pospiesz, swobodna!
Ale dziewczyna z dala ucieka
I czegoś płacze - na coś narzeka.
Jutro ją znajdziesz, jak blask poranny,
U stóp ołtarza Najświętszej Panny,
A za kochanka, co gdzieś tam żyje,
Wianek ofiarny Bogu uwije.
Dalej, wspomnienia moje rodzinne,
Dalej, piosenki ciche, niewinne,
Grajcie mi jeszcze przeszłość kochaną,
W kwiatki rozkoszy świetnie przybraną.
TĘSKNOTA
Czy mnie matka porodziła
Pod nieszczęsną gwiazdą?
Czy mi wiedźma określiła
Rodzicielskie gniazdo?
Całe noce, dnie i lata
Płaczę bez ustanka,
Przyszły swaty, nie chcę swata,
Czekam swego Janka.
Oj! poleciał, oj! pogonił
Na polską wojenkę;
I ojczyzny nie obronił,
I rzucił dzieweńkę.
Sama kołacz piekłam w drogę
I szkaplerzyk dała;
Odjechał ci mnie niebogę,
Com go tak kochała.
Zima idzie, liść opada,
Nim sioła zacichną,
Nocą pucka na dach siada,
Woła: "Pódź, Marychno!"
Nim ja ujrzę, nim zobaczę,
Kochaneczku, ciebie,
Pierw się matuś moja spłacze
Na moim pogrzebie.
Oj, przyszpilcie mi nad głową
Rozmarynu ziele,
Oj, zaplećcież mi różową
Wstążkę na wesele.
Zaśpiewajcie mi piosneczkę,
Moje siostry młode,
Pochowajcie swą dzieweczkę,
Marychnę urodę.
A miłemu, jak zastuka
Do chaty matczynej,
To powiedzcie: niech nie szuka
Marysi jedynej.
Leży ona przy kościele,
Pod zimną mogiłą,
Świętą ziemię zielska wiele
Nad nią umaiło.
W polu cicho, wietrzyk szumi,
Co smutku, tęsknoty...
Ptaszek śpiewa tak, jak umié,
Lata motyl złoty.
WIERSZ DO POEZJI
Kochanko ducha, dziewico słońca,
Z mieczem i w zbroi hartownej!
Nikt się nie oprze, gdyś jest walcząca,
Nikt się nie oprze, dziewico słońca,
Twojej piękności czarownéj!
Gdy miecz ukażesz, gdy hełm przywdziejesz,
Białoramienna dziewico!
Gdy na wiatr sztandar śnieżny rozwiejesz,
Zapał szalony w serca rozsiejesz,
Rycerze bronie pochwycą,
Uchwycą tarcze, miecze ostrzone
Wstrząsną w żylastych prawicach,
Z krzykiem rozpaczy rzucą się w stronę,
Gdzie im ukażesz grody zniszczone -
Na których widok zapłomienione
Piekło wystąpi na licach.
A gdy bohater padnie w obronie,
Ty znijdziesz w szacie anioła
I wieniec chwały włożysz na skronie -
Zwycięstwo będziesz śpiewać przy zgonie
I śmierć mu przyjdzie wesoła.
Ty zimne duchy ogniem zapalasz,
W wary przemieniasz chłód lodów,
Ty jedna cudem ludy ocalasz,
Niezwyciężone tłumy obalasz -
Poezjo! Matko narodów!
Ty męczennikom, pod ręką kata
Rozpiętym w bólach śmiertelnych,
Stawiasz obrazy lepszego świata,
Gdzie myśl ostatnia z krzyża ulata
Do boskich krain weselnych.
Ty im, czarowna dziewico słońca,
Nim śmierci doświadczą chłodów,
Za życie męczarń - światłość bez końca
Ukażesz z dala w promieniach słońca,
Poezjo! Wiaro narodów!
Na czarodziejskie twoje skinienie
Stanie się niebo na ziemi,
Dzikiej niezgody zgasną płomienie -
Na twej czarownej palmy skinienie
Ludzie się staną świętymi.
Na kogo twoje wejrzenie padnie,
Ten ziemi świeci na wieki,
W imieniu twoim serca owładnie,
Ludziom ich przyszłe losy odgadnie,
A czas je spełni daleki.
Ty będziesz wiązać dłonie szermierzy
W czas ślubnych świata obchodów;
W ołtarzach stawisz duchy rycerzy.
Przez ciebie ludzkość w siebie uwierzy,
Poezjo - prawdo narodów!
KALINA
Rosła kalina z liściem szerokiem,
Nad modrym w gaju rosła potokiem,
Drobny deszcz piła, rosę zbierała,
W majowym słońcu liście kąpała,
W lipcu korale miała czerwone,
W cienkie z gałązek włosy wplecione.
Tak się stroiła jak dziewczę młode
I jak w lusterko patrzyła w wodę.
Wiatr co dnia czesał jej długie włosy,
A oczy myła kroplami rosy.
U tej krynicy, u tej kaliny
Jasio fujarki kręcił z wierzbiny
I grywał sobie długo, żałośnie,
Gdzie nad krynicą kalina rośnie,
I śpiewał sobie: dana! oj dana!
A głos po rosie leciał co rana.
Kalina liście zielone miała
I jak dziewczyna w gaju czekała,
A gdy jesienią w skrzynkę zieloną
Pod czarny krzyżyk Jasia złożono,
Biedna kalina znać go kochała,
Bo wszystkie swoje liście rozwiała,
Żywe korale rzuciła w wodę.
Z żalu straciła swoją urodę.
DUCH SIEROTY
Idzie sobie pacholę
Przez zagony, przez pole:
Wielki wicher, ulewa,
A to idzie, a śpiewa.
Wyszedł z gaju gajowy
I ozwie się w te słowy:
- Taka bieda na dworze,
A ty śpiewasz, niebożę?
- Oj, długo ja płakała,
Gdy mię nędza wygnała,
Gdy ja, biedna sierota,
Drżąca stała u płota;
Aż raz w nocy niedzielnej
Przy dzwonnicy kościelnej
Mróz wszelakie czucie ściął
I Pan Jezus duszę wziął:
Jedna zimna mogiła
Moją biedę skończyła.
Siwy dziad mnie pochował,
On mnie płakał, żałował,
On mnie ubrał w sukienki
Do tej zimnej trumienki;
Teraz nic mi nie trzeba,
Idę sobie do nieba.
- O sieroto! o dziecię!
Nic ci nie żal na świecie?
- Żal mi jeno tej łąki,
Gdzie fijołki i dzwonki;
Żal mi słońca w zachodzie,
Kiedy świeci na wodzie,
I fujarki wierzbowej
Znad zielonej dąbrowy.
SPOWIEDŹ W CYTADELI
Wdziawszy na siebie komeżkę białą
Opuścił celę, zanim zadniało,
I szedł spowiadać ojciec duchowny.
Serce mu ściskał żal niewymowny
I czoło starca zasępiał srodze;
Nie pierwszą duszę ku wiecznej drodze
Miał Chrystusowym słowem pocieszać,
Nie do pierwszego księdzu pospieszać,
A nigdy stopy nie stawiał trwożniej,
Nigdy tak nie drżał starzec pobożny...
I ksiądz się żegnał, i szeptał w skrusze
"Zdrowaś Marya" - za biedną duszę.
A choć tak szaro, tak jeszcze rano,
Tu, ówdzie postać dopatrzył znaną,
A wszystkie smutne narodu twarze;
Więc ksiądz przyklęknął chwilę przy farze,
Na czoło zsunął kaptur szeroki,
Rady uniknąć spojrzeń na boki,
I szedł, jak gdyby liczył kamienie,
Pospiesznym krokiem pod domów cienie.
Znać, że mu słowa spokój mieszały;
Tam się gdzieś lufcik zatrzasnął mały,
Tam się westchnienie z piersi rozkuło,
Serce nie kamień, żeby nie czuło.
Przy księdzu żandarm, z torbą skórzaną,
Postawą trwożył wyprostowaną.
I tak szli dalej, aż za zdrojami,
Aż za polami, aż za wałami,
Przebywszy bramy, mosty zwodzone,
Weszli w budynki ciemne, sklepione.
Długi korytarz, więzienie znane:
Te drzwi zielone, numerowane,
Tam lampka mruga, tam schody, prycza,
Szyldwacha postać gdzieś tajemnicza,
Zaglądająca w więzienną głuszę -
Diabła, co czyha na dobrą duszę -
Mignie przed okiem w szarym mundurze.
Cień się bagneta złamie na murze;
Kędyś kajdany słychać w głębinie.
Nim ucha dojdzie, i brzęk już zginie.
Drzwi otworzono... Wyschły, wybladły,
Oczu błyszczących, twarzy zapadłej,
Siedział młodzieniec; okute dłonie
Na krzyż złożone trzymał na łonie,
Nad bladą skronią ciągną się górą
Niebieskie, czyste żyłki pod skórą,
Jak gdyby myśli przez żywot cały
Niebieską drogę powykreślały.
Oczy głębokie, wskroś przejmujące,
Znać, że się długo patrzały w słońce,
Gdy z ich spojrzenia taki czar pada,
Że i oniemia, i wraz owłada.
Twarz ta uwagi widza nie wstrzyma,
Śmieje się, mówi, żyje - oczyma.
Nad nim wysoko na świt słoneczny
Okno zatarte, jak we mgle wiecznej;
Przy takim oknie izby więziennej
Tyle jest światła co w mgle jesiennej,
W której wzrok ślepnie, a ciała mokną,
I takie zwie się: czyścowe okno.
Imiona więźni - znane, nieznane,
Na murach izby powykreślane;
Wróg je zostawia, ze ścian nie maże:
Izby te zowią się przedcmentarze...
I z nich by można ułożyć listy,
Szereg szlachetnych dusz promienisty,
Postaci, które przez ten wiek cały
Na Sybir drogę wydeptywały.
Imiona polskie, nie znane w życiu,
Po zgonie głuchną w śniegów ukryciu
Albo się piszą po rudy łamach,
Piekielnych ścianach, kopalni bramach,
Od okna w górze aż do posadzki -
Okrutny, długi pamiętnik łącki;
Imiona owe w takim natłoku,
Tak się prosiły przychodnia wzroku,
Jako na grobach szare kamienie -
O Zdrowaś Maria i o westchnienie.
Ale mnich nawet nie spojrzał na te,
Powolnym krokiem przeszedł komnatę,
A chwały bożej gdy wyrzekł słowo,
Więzień mu odparł schyloną głową,
Na wchodzącego księdza wzrok rzucił,
A znać się bliską śmiercią nie smucił,
Kiedy pogodny, żalu daleki,
Na "pochwalony" odrzekł "na wieki"
Z taką swobodą, z taką miłością,
Że aż się w księdzu zeszła kość z kością,
Tak zadrżał w sobie ów mnich z klasztora.
Była w tym głosie wiara, pokora
I taka czystość prostacza, błoga,
Kiedy zobaczył księdza u proga,
Jakby dla niego poranek wstawał,
W którym się będzie tchnieniem napawał
Tych łąk, wzruszonych błogim wietrzykiem,
I uszy cieszył skowronków krzykiem.
- No, luby synu, zbierz myśli swoje,
Módl się i żałuj za grzechy twoje.
Pan Bóg odpuści, i z duszą czystą
Wejdziesz na drogę życia wieczystą;
A jeślić wielkie nie ciężą grzechy,
Przyjmij ode mnie słowo pociechy.
- Dobrze, mój ojcze, zaczynaj spowiedź,
Daj zapytanie, ja dam odpowiedź,
Bo w życiu - z smutnym dodał uśmiechem
Nie wiem, co zowią dobrem, co grzechem,
- Czy uniknąłeś dusznej zaguby?
Czyś nie zawierał bezbożne śluby?...
- O tak, zawarłem ślub z matką moją,
Tak mnie łudziła pięknością swoją,
Z ojczyzną, moją matką prawdziwą,
A dziś zostawiam tę nieszczęśliwą,
Na rozwód, widzisz, z lubą się godzę,
Zrywam z nią związki, idę, odchodzę;
Ona zapłacze, a ja przebaczę
Temu, co sprawia, że ona płacze.
Przebaczę moją własną żałobę,
Życie skrócone o jakąś dobę,
Lecz cierpień malki niech mnie Bóg strzeże,
Na te, że przyjdzie sąd kiedyś, wierzę;
To już nie moja, a z Bogiem sprawa;
Rany brać musi, kto je zadawa.
Innych ja ślubów nie zawierałem,
Innej kochance nie przysięgałem -
Jeśli to grzechem, sproś odpuszczenie,
Bo ja kochałem matkę szalenie...
- Czy nie chodziłeś zbrodniczą drogą?
Czyliś, mój synu, nie zabił kogo?
- O, ja zabiłem samego siebie,
A potem byłem na swym pogrzebie.
Na trumnie leżał wieniec, wiązany
Nicią, co z serca ciągnie się rany.
Śliczna wiązanka z bólu gwoździków,
Ze wspomnień braci mych rozchodników...
Leżała gaza złudzeń młodości,
Róże przyjaźni, lilie miłości.
To wszystko, czego dla siebie chciałem,
W jeden prześliczny wieniec związałem
I mało ważąc zdania rozumne,
Ze świata sobie zrobiłem trumnę.
- Ewangeliczne zabójstwo twoje
Chrystus nakazał przez prawa swoje.
Lecz chciej przypomnieć grzechy człowieka,
Na które straszny archanioł czeka.
Czyś Pana Boga próżno nie wzywał?
Jego imienia źle nie używał?
- O, bardzo często! Mojaż w tym wina,
Że nie wysłuchał swojego syna?
Żem próżno wzywał jego imienia,
Czy na wolności, czy tu z więzienia,
Żem próżno błagał Polski zbawienia?
Na inne cele, ojcze wielebny,
Nie był mi nigdy w życiu potrzebny...
- Wstrzymaj, mój synu, tę gorycz duszy
I do katuszy nie łącz katuszy;
Nie gardź pomocą i bożym sługą,
Za tę ojczyznę dostaniesz drugą.
- O, nie, mój księże, nie, mój serdeczny,
Ja nie chcę żadnej ojczyzny wiecznej;
Polska dla mojej duszy zbolałej
Milsza nad głębie wieczystej chwały;
Z ojczyzną wieczną ja nie oswoję
Rozmiłowane to serce moje
I sprzed grającej złotej istoty
W dół mnie pociągną polskie tęsknoty.
Jej lekkich stopek porzucę róże
I w otchłań naszej mgły się zanurzę...
Za to bluźnierstwo niech mię Bóg skarze
Przebiegać chmurne Polski cmentarze,
Z miesiącem spadać w więzienne cele,
Po nocach jęczeć na chat popiele!
Niech mię Bóg skarżę na ten jęk długi,
Który roznoszą bory a smugi,
Nazwany wichrów żałosnym płaczem;
Niechże ja będę wichrem-tułaczem,
Co wszystkie jęki zebrawszy w siebie,
Szumi na Polski strasznym pogrzebie,
Jęczy, narzeka, uszy rozdziera,
Leci i aż gdzieś w minach umiera.
A teraz inne wymień mi grzechy
I jeśli możesz, udziel pociechy,
- Więc jeszcze pytam, czyś w swej młodości
Nie pragnął kiedy cudzej własności?
- O, ja pragnąłem, niech cię nie trwoży,
Pragnąłem, ojcze, własności bożej,
Bo z tą własnością chciałem sam jeden
Nowy Adama utworzyć Eden.
Rwałem się w górę, biłem w te bramy
Sercem rozdartym, myślą i łzami.
Jak złodziej chciałem skarb wydrzeć Bogu,
Więzień związany, Łazarz z barłogu.
Lecz próżnom badał, w blask się zakradał,
W niebom uderzał, w piekło zapadał,
Co się po naszej ziemi rozwlekło -
Wszak i ty, ojcze, znasz polskie piekło?!
- Sługa ołtarza w cichej pokorze
Nie może badać wyroki boże;
Życie, mój synu, dane od Boga,
To na Kalwarię krzyżowa droga.
- Prawda, lecz gdym już przebył tę drogę,
I na ten stopień stawiać mam nogę,
Za którym już jej więcej nie stawię,
Nim na nieznany brzeg się przeprawię,
Przebacz mi, ojcze, jeśli nad grobem
Za całą Polskę zawołam z Jobem:
Za co mię karzesz? za co te kości
Smagasz rózgami tak bez litości...
- Nie płacz tak, synu, jest Bóg nad nami,
Tęcza na deszczu, wiara nad łzami.
Kto czasy boże z ludzi pomierzył?
Święty, kto cierpiał, szczęsny, kto wierzył;
Wiek, dwa, śród wieków świata tysiąca
To jako iskra przy morzu słońca.
Cierpliwość naszą Pan Bóg wyzywa,
Błogosławiona dusza cierpliwa;
Cierpliwość nasza, nie błogie śnienie,
Jednoż to, synu, co i cierpienie.
W tym słowie leży prawd wszystkich całość,
Duma anielska, męska wytrwałość.
Tylkoż się w ranach własnych nie kochać,
Tylkoż nad sobą wiecznie nie szlochać:
Czyliż to życie warte łez tyła?
Skończył. Młodzieniec do nóg się schyla,
Na nagą stopę przeziębłą mnicha
Upadła głowa, potem łza cicha,
I za chwilowy smutek, zwątpienie,
Pokornie błagał o przebaczenie.
- Nie maszli żalu? Przypomnij, proszę.
- Nie, do nikogo żalu nie noszę.
I tu się młodzian zamyślił długo.
Z ócz woda znów mu wybiła strugą:
Chciał niby mówić, usta mu drżały,
Ale uśmiechy przyszły i zwiały,
Może tam jaką skargę dziecinną,
Może tam jaką miłość niewinną...
Więc go spowiednik zagadł na nowo:
- A może chciałbyś komu, gdzie, słowo...
Matce, rodzinie?...
Rodzina cała,
Mór powiał, w jeden dzień poczerniała,
I wywleczono, i pogrzebiono
Po chrześcijańsku, w ziemię święconą.
Za czarną Moskwą, co nam mór znosi,
Ten jeździec biały leci i kosi.
Kochance? Którejż to imię służy?
Czy tej zagasłej gwiaździe śród burzy,
Co się z anielskiej przybliża strony,
Gdy nań upadnie sen upragniony,
Tak cudnie piękna i dziwnie cicha?
Na śniegach, których tumany spycha
Wicher północny, na górze stromej,
W śnieżnej świątyni jej cień znikomy,
Wpatrzony w księgi, okryty lamą,
Błaga jak niegdyś za nim, tak samo...
Przyjaciół, druhów nie chciał pozdrawiać,
Jak gdyby imion bał się wymawiać,
Tylko coś łowił w więziennej głuszy
I dopatrywał we ścianach uszy.
Nie, nic, nikomu - i głowę schylił,
Jak gdyby czekał, by go posilił,
Dwoma pytanie zbywając słowy:
- Ojcze duchowny, otom gotowy.
A w tych dwóch słowach odwaga brzmiała
Duszy, co składa swą odzież z ciała
I na rozkazy boże poddana,
Staje przeczysta i niezachwiana.
A ksiądz mu dłonie kładąc na czoło
Jakby słoneczne dopatrzył koło,
Co się wykreśla nad świętych głowy,
Odmawiać począł psalm Dawidowy.
A znać, że słowa te były szczere,
Bo płacz zaplatał mnich w Miserere.
A potem szybko patrząc na strony
Wyszeptał z duszy Bogiem natchnionej:
- Oto przychodzi Baranek Boży
W duszę człowieka, co się ukorzy,
Aby był nad to słońce jaśniejszy
I nad brylantów ogień przedniejszy,
Albowiem w jego ręce powierzę
Jerozolimę - i niech jej strzeże.
Więc żeś nie bluźnił, chociaż narzekał,
I miłosierdzia mojego czekał,
Otoć przebaczam i z twego czoła
Ścieram człowieka - i blask anioła
Nad twoją głową rozwodzę kołem,
Abyś był odtąd Polski aniołem!...
Zaledwie skończył, słońca promienie
Przez kraty w ciemne padły więzienie
I uczyniły w owej godzinie
Z tego więzienia bożą świątynię...
I tylko że w niej nie brzmiały hymny,
Ale wiatr jakiś przeciągał zimny
Od drzwi otwartych, w których połowie
Już stał oficer w hełmie na głowie
I słychać było bębnów łoskoty
I próbowanie marsza piechoty,
I od dziedzińców mało-pomału
Dolatał tętent konnych oddziału.
- No, czas! - głos zagrzmiał - dzień się zaczyna!
Więzień ma prawo zażądać wina.
Na ostre, zimne żołnierza słowo
Młodzian przecząco poruszył głową,
Uścisnął księdza dłoń wyciągniętą
I skinął, by mu kajdany zdjęto...
Dalej nie śpiewam; to, co się stało,
Tyle mi razy serce ściskało,
Że umęczona dusza - z daleka
Od piekła polskich wspomnień ucieka.
CZEGO NAM POTRZEBA
Daleko, daleko
Te wody już cieką,
Przy których widziałem,
Przy których słyszałem,
Co tu wyśpiewałem.
I dęby spróchniały,
Co przy chacie stały,
Pod których konary
Siadał dudarz stary,
Co się po wsiach włóczył
I piosneczek uczył.
Ale w myśli mojej
Wszystko żywo stoi.
Sosna rosochata
I na łące rzeczka,
Kędy jaskółeczka
Latała skrzydlata,
A białe gołębie
Siadały na dębie,
A w oknie siadała
Panieneczka biała,
Co pieśni śpiewała.
Ach, w niebie kraj taki
Jak polskie równiny,
A jakie chłopaki,
A jakie dziewczyny,
Ach, Boże jedyny!
A Wisła, ta rzeka,
Co w morze ucieka,
Co siwa u brzegu,
A modra z daleka,
Gdzie płynąc na tratwie
Flis przygrywa dziatwie
I wiezie za morze
Mazowieckie zboże,
Ach, Bożeż mój, Boże!
A każdziuchne pole
Równe jak po stole,
To jak z ciepłą wiosną
Pszenice porosną,
A zboże kłosieje,
A wiater powieje,
To zda się w tym zbożu,
Że płyniesz po morzu,
Tak wietrzyk kłosami
Buja jak falami.
Och, kraj nasz tak błogi,
Że widząc te niwy,
Choć człowiek ubogi,
A jednak szczęśliwy
I takiej natury,
Że się nie oddali,
Choćby mu dawali
Nawet złote góry.
Zielona dąbrowa,
Stado koni biega,
A jak się wierzbowa
Fujarka rozlega?
A jak się tam bawią,
Jakie bajki prawią?
Toteż, dawniej, było,
Wszystko się bawiło,
Tak w tym kraju milo.
Teraz tam inaczej,
Teraz nie zobaczy
Tych wszystkich radości,
Same tam żałości.
To po dawnych dworach
Srebro stało w worach,
Na srebrze jadali,
W jedwabiach chadzali,
Teraz jedzą z gliny,
Mój Boże jedyny!
Lecz choć nie ma wiela
Bogactwa, wesela,
Chociaż więcej biedy,
Niźli było kiedy,
Wspomnij jeno komu,
Że ma odejść z domu,
I z domu, i z kraju,
Łzami się obleje,
Na śmierć zatęsknieje
Po ojczystym raju.
Nic by nie potrzeba
Do naszego nieba,
Jak tylko swobody,
Równości i zgody.
O, dajże to, Panie,
Niechaj się tak stanie
Dla polskiej krainy,
Mój Boże jedyny!
POGRZEB MOSKALA
A z chałupy kowala
Będzie pogrzeb Moskala,
Stary sierżant Nikita
Kowala się zapyta:
- Gospodarze moi mili,
Możeście go zamorzyli?
A on rzecze od miecha:
- Idźcież sobie do grzecha!
Całe życie żołnierki
Takiej nie miał wyżerki,
Lecz co prawda - to nie grzech,
Takie życie - to nie śmiech.
Czemu nie miał mrzyć,
Kiedy bieda żyć?
Stare płaszczysko,
Karabinisko,
Z kulami worek
I pies Azorek,
I tornister cielęcy,
Ponoć nie miał nic więcej?
- Gadasz, chłopie, marne słowo,
Nasz brat służył honorowo.
- Niepotrzebne te przechwałki,
Widział ci ja, jak brał pałki.
Lepiej służyć Żydowi
Niż takiemu królowi.
- Małczy, chłopie kowalu!
- Ej, głupiś ty. Moskalu -
Rzekł Bartłomiej ze śmiechem
I jął węgle dąć miechem;
Fajkę sobie nakłada
I nic do nich. nie gada.
Wzięli tedy sołdata
Na ramiona, jak brata,
I nieśli go pospołu
Sześciu ludzi do dołu,
Dobosz z bębnem skórzanym
Przed umarłym Iwanem
I piszczałeczka mała
Moskalowi świstała.
A przy oknie we dworze
Mówi dziedzic: - Majorze,
Zabiliście biedaka.
Major łyknął araku:
- Szczo tam, panie Polaku,
Nu taki zdechł, sobaka.
LIRNIK
Baśń
No, ja tam nie wiem! A kto to wie?
Może to prawda, może i nie?
Nasi na pole wyszli z pługami,
Wyszli z pługami i z radlicami,
Zorali ziemię przez dzień bez mała,
Patrzą - aliści ziemia sczerniała!
Dziwnie im, strasznie - boć to był oto
Piasek pod borem, jasny jak złoto.
Staną i patrzą dumając próżnie -
Ten tak powiada, ten znowu różnie...
Aż tu od lasu wiedzie przez pole
Dziada-lirnika małe pacholę.
A starzec z brodą do ziemi, dziad,
Musiał mieć chyba już ze sto lat!
Na wszelką zmianę człowiek się trwoży:
Kto wie, jak będzie? Lepiej czy gorzej?
- Oj, ciężki przyjdzie na ludzi los! -
Ozwał się jakby spod ziemi głos.
Starzec pod drzewem przy drodze stał,
Zdało się, czoło śród liści miał.
Wychudłe ręce nad ludzi wzniósł
I tak się zdało, jak gdyby rósł...
Migają gwiazdy, wieczór zapada,
Ludzi się wielka zbiegła gromada.
- Źle będzie, dzieci! Ta ziemia cała
Z wielkiej boleści tak poczerniała!
Ona-ć wam zboże rok na rok wyda,
Lecz braknie ludzi... Na cóż się przyda?
Ojców ni synów wróg nie oszczędzi,
Miecz wam zatruty do serca wpędzi,
Od piersi matki oderwie dziecię,
Dziewki wam zhańbi, zatruje życie.
Tu widząc lirnik, że ludzie płaczą,
Począł swą lirę kręcić prostaczą,
A tak wesoło, a tak radośnie,
Że aż z uciechy serce im rośnie.
Śmieją się dzieci, cieszą się starzy,
I łzy, i przestrach uciekły z twarzy.
Chłopy do góry skaczą z radości -
Pełno uciechy i wesołości.
Na lirze struna mocniej zabrzękła,
Pełną nadzieją brzękła - i pękła...
Cóż to za tuman z tej strony dmie?
- Dzieci, nie mgła to, nie chmura, nie!
To chmury wrogów ciągną w te strony!
Pierzchnął z daleka lud przelękniony
I jeno kilku zostało przy nim:
- Powiedz, co czynić? A my uczynim!
Któż z nas pokara te wściekłe wrogi,
A wróci pokój w domowe progi?
A na to starzec: - Kto tę zerwaną
Naciągnie strunę moje kochaną,
Kto ją naciągnie, ten sprawi cud;
Kto zagra na niej, ten zbawi lud!
I dał im lirę, i znów przez pole
Wiedzie lirnika małe pacholę...
I któż poradzi tej cudnej strunie?
Który pociągnie, to mu się zsunie...
Hej, ty lirniku! Wróć się no sam!
Naciągnij strunę - i zagraj nam!
SEN KRÓLA JANA
Oj, nad Dunaju, nad wodami,
Bili się Turcy z Polakami.
Hej, ty Dunaju sinobiały,
Czemu twe wody sczerwieniały?
Leżą złamane tarcze, łuki,
Zbroje zdeptane i buńczuki,
I damasceńska szabla krzywa
Ostrzem się w piasek zaorywa;
Zabite słonie, co dźwigały
Namiot sułtański, srebrny cały;
Ówdzie huczliwe surmy, kotły
Końskie kopyta w ziemię wgniotły;
Z żelaza bite leżą zbroje,
Przy nich jedwabne lśnią zawoje.
Pędzą obłoki, grzmi na chmurze,
Przejdą nad polem deszczu burze,
By znowu ziemia jasną była,
Ze krwi się ludzkiej oczyściła.
Hej, ty Dunaju, stara rzeko,
Niesiesz ty wody swe daleko:
Chluśnij pogańską krwią narodu
O białe mury Carogrodu.
Księżyce pobił cud niebieski
I sławny polski król Sobieski.
Hej, ty Dunaju, w twoim łonie
Dłużej dziś jasne słońce płonie,
Bo imię Maria je wstrzymało,
By chrześcijaństwu przyświecało.
Pod czarnym dębem namiot stoi,
Król w nim spoczywa w ciężkiej zbroi;
Obozy wojska leżą wkoło:
Husarze, to rycerstwa czoło,
Dalej pancerni, kiryśniki,
Za nimi Niemców ciężkie szyki.
Gdy burza rzęsnym deszczem leje
I koronami dębów chwieje,
Gdy trwoga ściska Turków boki,
Kiedy deszcz zmywa krwi potoki,
A po świątnicach biją dzwony,
Że srogi Turczyn zwyciężony:
Co też królowi pod namiotem
Zlanemu w boju krwią i potem,
Kiedy tak wielcy dziś Polacy -
Co mu też śni się po tej pracy?
Różne przychodzą sny człowieku,
Jak do myślenia, jak do wieku,
Lecz czasem idą sny prorocze,
Z którymi rozum się kłopocze.
Taki sen, wierę, króla tłoczy,
Gdy mu znużenie zamkło oczy.
Niby na wielkie patrząc morze
Ze szlachtą płynie po Bosforze.
Mgły nad brzegami - fale szkliste,
Na wałach światło gwiazd rzęsiste,
Okręta pędzą po głębinie...
I któż to k'niemu z brzegów płynie?
Nie Turek to - on bez turbana,
Bez puginału, jatagana,
Rzemienie wiszą mu od pasa...
To nagi duch - Leonidasa.
Powitał szlachtę dobrym słowem,
Czołem ukorzył się marsowem,
I tak był wielki w ową chwilę,
Jak kiedy bronił Termopyle:
- Patrzcie, to Grecja moja sławna,
Dotąd jam wieńce dzierżył z dawna,
Nad najmężniejsze męże stał!...
Dotąd jam wszystkie wieńce miał,
Dziś liście żółkną na mej skroni
Od blasku waszej, męże, broni.
Niech Grecja wstanie z swego skonu,
Bo z Mantynei, Maratonu
I Termopylów ostrych skał
Duch Grecji w sercach waszych wiał..
Nie islamizmu tłuszcza dzika,
Niech Republikę - Republika,
Wolnych - niech złota wolność sprawia,
Niech dzierży naród i niech zbawia.
Bezecna stopa poganina
Depce marmury Konstantyna
I bizantyjskie ściera złoto...
Chrześciański królu! spojrzyj oto:
Gdzie Akropolis kolumn rzędy,
Gdzie grody nasze - gruzy wszędy!
Patrzcież! Otworem Grecja stoi,
Pójdźcie do wielkiej ziemi mojej! -
Lecz szlachta szable w dłoniach wstrzęsła
Tysiącem stalnych zbrój zachrzęsła:
- Myśmy nie Niemce dziś bronili,
A krzyża, co się w ziemię chyli;
I nie do Grecji nasze prawa:
Za wszystko nam - uczciwa sława,
Która na wieki będzie brzmiała,
Chybaby cnota skonać miała.
- Bierzcie więc z Rzymu wieńce złote
I z nieba wieńce za swą cnotę,
Ale spojrzyjcie, co się stanie,
Gdy waszych wielkich serc nie stanie! -
I czarodziejsko na wiatr skinie,
Morze i Grecja z oczów ginie.
I widać zamki rozrzucone,
A śród nich ludzie wynędznione,
Właśnie jakby szli w zatracenie;
A wielki smutek i milczenie.
Pod ruinami starce siwe
Siedzą w kajdanach, nieszczęśliwe,
A ciała niewiast, by aniołów,
Leżą śród gruzów i popiołów...
Więc król zawoła: - W którejż stronie?
Zaż my jesteśmy w Babylonie? -
Wtedy okuty starzec wstaje,
Uderza, lira brzęk wydaje,
I głosem smutnym, w wzniosłym rymie
Śpiewa nieszczęsnej Polski imię.
Patrzcie, tu Niemiec zbroi dłonie,
Na rzeź morderczą daje bronie,
I oto płoną stare dwory,
W gruzach pałace i klasztory,
I cała ziemia krwią opływa,
Na niej duch mężnych dogorywa.
Tysiące ludu bez przyczyny,
Jako baranek tak bez winy,
Kona pod nożem krwawej tłuszczy.
A głos ich, jako głos na puszczy,
Daremnie woła w owej porze:
Za cóżeś nas opuścił, Boże!
Widzisz to mnóstwo dzieci drobnych,
Osieroconych, tak nadobnych,
Jak na ojcowskie idąc groby:
Śpiewają długą pieśń żałoby...
I król wraz z nimi płakać jął,
Aż Chrystus z krzyża ręce zdjął
Rzekąc: Witajcie, w niebie znani,
Światłem odziani, krwią oblani!
I obraz znika - i sen znika.
Ożyła dusza wojownika.
Powstał. Poranek świtał biały,
Mgły nad Dunajem błękitniały,
A króla wojsko, naród mnogi
Witał, rzucając mu pod nogi
Wawrzyn i róże wonne, białe,
I głośno mężów śpiewał chwałę.
Więc król co prędzej w kościół bieżał
I godzin cztery krzyżem leżał,
I prosił Boga, we łzach smutny,
By się nie sprawdził sen okrutny.
DUMKA WYGNAŃCA
Na dolinie, na zielonej,
Widzę w dali wioskę małą,
Domek płotem ogrodzony,
Na zakręcie brzozę białą;
Do gościńca droga długa,
Na niej lipy i topole,
Poza wzgórzem srebrna struga,
A za strugą szczere pole.
Nawet kwiatki takież prawie
Na pagórku, na przydrożu
Dziki piołun w bujnej trawie
I bławatki rosną w zbożu.
Gdyby jeszcze tam, na boku,
Krzyż się chylił na rozstaju,
A dąb siwy u potoku,
To bym myślał, żem już w kraju.
Jaka cicha szczęsna chatka,
Przy niej matka, dziewcząt dwoje...
Czemuż to nie moja matka?
Czemuż to nie siostry moje?
Słońce zaszło za lasami,
Lud wesoły idzie z pracy,
Czemuż się nie cieszę z wami?
Czemuż wyście nie Polacy?
Ptak powrócił w swoje gniazdo,
Zwinął skrzydła utrudzone;
Chmurna losów moich gwiazdo,
Gdzież mnie wiedziesz, w którą stronę?
Płyńcie! płyńcie, łzy tęschnoty,
Nieutulne łzy tułacze,
Może jeśli dzień przepłaczę,
Noc przyniesie mi sen złoty.
ZŁOTY KUBEK
W szczerym polu na ustroni
Złote jabłka na jabłoni,
Złote liście pod jabłkami,
Złota kora pod liściami.
Aniołowie przylecieli
W porankową cichą porę:
Złote jabłka otrząsnęli,
Złote liście, złotą korę.
Nikt nie wiedział w całym świecie,
Ludzkie oczy nie widziały,
Tylko jedno małe dziecię,
Małe dziecię z chatki małej.
Pan Bóg łaskaw na sierotę,
Przyleciała znad strumyka,
Pozbierała jabłka złote,
Zawołała na złotnika:
- Złotniczeńku, zrób mi kubek,
Tylko, proszę, zrób mi ładnie.
Zamiast uszka ptasi dzióbek,
Moją matkę zrób mi na dnie,
A po brzegach naokoło
Liść przeróżny niech się świeci,
A po bokach małe sioło,
A na spodku małe dzieci.
- Ja ci zrobię złoty kubek
I uleję wszystko ładnie:
Zamiast uszka ptasi dzióbek,
Twoją matkę zrobię na dnie;
A po brzegach naokoło
Liść przeróżny się zaświeci,
A po bokach małe sioło,
A pod spodem małe dzieci.
Ale czyjeż ręce, czyje,
Będą godne tej roboty?
Ale któż się nim napije,
Komu damy kubek złoty?
Kto się w dłonie wziąć ośmieli,
W złotym denku przejrzeć lice?
- Sam Pan Jezus i anieli,
I Maryja, i dziewice.
Złotniczeńku, patrz weselej,
Czemu twoje w łzach źrenice?
Sam Pan Jezus i anieli,
I Maryja, i dziewice.
WIEŻA EIFFEL
Wyjątek z poematu Mefisto
Dalej i dalej w świat z rozdartym łonem,
Nad Morzem Martwem dziś, jutro Czerwonem.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Stolica świata nie traci z swej siły...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tam gdzieś z otwartej sterczy kość mogiły,
Tam rozebrane z dział warowne wieże...
Kartaczownice, poskładane w sągi,
W Berlinie żołnierz landwerzysta strzeże,
Pomniejsze w pyszne przelane posągi
Moltków, Bismarcków, Werderów, Stejnmetzów,
Inne w ogniste ciągną paszcze pieców.
Ludzie i ludy odjąć się nie mogą
Prawu zniszczenia i odmianom losu:
Dziś - głośne, huczne, jutro - już bez głosu,
I wszystko w cienie schodzi zwykłą drogą;
Ale nim zejdzie, nim wieści zaginą
Sławy, znaczenia, wieńców i kadzideł,
Poezja w zorzy malowanych skrzydeł
Złociste loty niesie nad ruiną,
Zmarłemu życie powraca na chwilę
W obrazie pieśni, w głazie i w teatrze;
Potem się cisza wiesza na mogile,
Nim zapomnienia mgła ostatek zatrze,
Jeśli... tak, jeśli... Któż przeznaczeń karty
Odczytał wszystkie od końca do końca?...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
W bramy paryskiej Wystawy, otwartej
Od wschodu słońca do zachodu słońca,
Fale narodów płyną nurtem gwarnym
Pod niebem, losem przyszłości ciężarnym.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Geniusz Egiptu na czas niepożyty
Na wstręcie burzom wzniósł piramid szczyty,
Które gdy ziemia wciąż oblicze mieni,
Lądy zatapia, zniża gór łańcuchy,
Na nieobjętej pustynnej przestrzeni
W nie zachodzących gwiazd wpatrzone ruchy,
Granitowymi zaryte podstawy,
Poważne kształty wznoszą z piasków ławy,
A w ciemną wieczność płynąc równo z czasem,
Ognistej strefy zdają się kompasem,
Którego igła znad Nilowej rzeki
Znaczy nie świata godziny - a wieki.
Tak równa siła odtrąca obawy
O trwałość bytu w opatrznej naturze;
Słoń z nosorożcem jedne spasa trawy,
Na puklerzowej nosorożca skórze
Oprze się słonia ząb, trąba nie chwyci
I społem ciągną w oddal nieskłóconą.
Czasu i głazów nie wyprzeda nici
Nad brylantowe schylone wrzeciono
Okrutne Parki, aż byt się nasz strawi
I chwila czasu w wieczność się przejawi.
Zapadłych wieków chwały i bezwstydy
Przebrzmiały wszystkie i zgłuchły na szlaku,
Cisza owiała ruiny Karnaku...
Od brzegów Nilu z krzykiem: Piramidy!
We wrzącym piasku i bitew upale,
Sławą okryci, mkną zwycięzcy Gale
Pod znakiem ptaka, który ranne świty,
Zarumienione opiewa błękity.
Śpiew marsylijski wstrząsającej treści,
Legionów tętent, a gest bohatera
Drzemiących wieków obudzą czterdzieści
I ciemne koła oczu ich otwiera.
Jak nad Lemanem na niższe pokłady
W jesienny ranek mgły alpejskie cieką
I szare skały, wzorem starców rady,
W krąg zaciągają, a ich szatę lekką
Promienie słońca wedle boskich wzorów
Bramują nićmi tęczowych kolorów,
Wieki, z nieczułych obudzone zgonów,
Szarzeją z grobów setnych faraonów.
I kędyż wami wiatr szalony wieje,
Prochy - tytany, Gale - skarabeje?
- W słońce nam droga z pustyni przestworza,
Drzemiące ludy, zorza! nowa zorza!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Od ciał nam dusze odchodzą tak chętnie
Jak od wymownych ust skwapliwe słowa.
Prawa ludzkości w każdym pulsów tętnie,
Jedno nam Brama, Ałła czy Jehowa.
W dłoń broń i dalej z oczy łez pełnemi
Jest Bóg na niebie, a Francja na ziemi.
Schodzono skórznie, mundur, stare klaki,
Bitwy dzień po dniu, sztandar - drobne strzępy;
A zorze dnieją, gdzie te pieją ptaki,
Dzień stąpa, gdzie te stąpają zastępy;
"Etre Supreme - krzyczą - vive!" i nad obszary
W odległość niosą podarte sztandary.
Więc głosy lecą do ostatnich kresów,
Na nieprzerwaną horyzontu głuszę,
Na Ptolomeów tych i na Ramzesów,
Jak wracające do swych mumii dusze,
I w trumny królów, zawarte najszczelniej,
Grzmiące podają słowo: Nieśmiertelni...
Ammon Ra! Słońce! I łódek żagielki
Pomkną po Nilu za ludem nieznanym,
Za bohaterskim, młodym, rozśpiewanym;
Mały ten naród Galów jakże wielki!
II
Z brzegów Sekwany, w której fale mętne
Chylą się wierzby jak wdowy płaczące,
Pozornej naszych dni wielkości wstrętne,
Potworna wieża wystrzela na słońce;
Piętrzy się szkielet żelazny olbrzyma,
Którego stopy matka otchłań trzyma,
A nocą gwiazda prześwieca śród żeber,
Jakby z tych szczelin patrzał Ney czy Kleber.
Przy jej rozmiarach zdrobnią! Paryż cały,
Ów tryumfalny łuk cesarskiej chwały
I Inwalidów kościół, i Notrdamy,
Saint Jacques, Lipcowa Kolumna i kramy,
I więcej: Teby, piramidy, File,
Kolońska wieża, mur chiński, gdzie w pyle
Wszystko pode mgłą gęstą się rozściela.
Jako mularze u fal Eufratu,
Francja z wieżycy żelaznej Eiffela
Od końców ziemi strąbionemu światu
Wielkością swoją chce błyszczeć po klęsce
Przed zadziwione niemieckie zwycięzcę
I pychą pychę wrogów upokorzą:
Przebiła Alpy, związała dwa morza,
W nauki świetne, kunsztowne świątynie
Z nowymi mury wchodzi mądrość nowa;
Bóg Nazareński jeszcze tam gdzieś w gminie,
Pod strzechą wiejskich mieszkańców się chowa,
Z wierzchołka wieży na ziemi obliczność
Świeci bóg nowy świata - Elektryczność.
Zadowoleni, uczeni, szczęśliwi
Nad zgromadzoną w poziomach czeredą;
A kto się dziwi, a kto się nie dziwi?!...
Japończyk większe widział cuda w Jedo;
Północny człowiek, ciche pojąc lamy,
Lodowce marzy, śniegów świat polarny;
Indianin życia objawy - sen Bramy;
O Wielkim Duchu szepce Murzyn czarny.
I cała ilość narodów przemnoga
Powtarza jedno wciąż: "I któż nad Boga?
Skinie - i w długi dym rozwieje skały,
Skinie - i w płyn się rozleje żelazo...
O! Himalaje, Andy, Cimborazo!
Jeśliż na Paryż On wypuści gromy,
Harmonii wszystkich gwiazd Mistrz - na atomy?"
"Wielki ten naród Galów jakże mały..."
Takimi słowy mieszkaniec Orientu
Przymawia z wieży paryskiemu świętu.
W żegludze wieków geniusz, nie rzemiosło,
Do drogi cieniów nad otchłanną nocą,
Nim wieczne gwiazdy stały ląd ozłocą,
Promień za igłę wziął, a miecz za wiosło.
Nie w rytm poezji wieża, wynalazki;
Muza, zwrócona na egipskie piaski,
Kędy ojcowie do drogi po sferach
Hermesa zodiak odkryli w Denderah,
Szemraniem liści pożółkłych jesieni
Nie do Francuzów śpiewa - do kamieni.
Poezja Francji oczy pełne żalu
Po znieważonym powłóczy Wersalu,
Kędy w królewskiej sali zwierciadlanej
W lustrach wciąż widzi odbite Germany,
Hełmy błyszczące berlińskich rycerzy,
Miecze wzniesione z plamami krwi świeżej,
Upokorzoną ojczyznę w przedsionkach,
Łunę pożarów nad miast świata miastem.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Gdzieżeś, o cieniu w zbroi i koronkach,
Słońce, nazwane Ludwikiem Czternastym?
Cienie Kondejów, Wobanów, Wandomów?
Jakaż to płochej fortuny odmiana!
Rzesza niemiecka, śród dział głuchych gromów,
Nowego wita dziejów Karlomana.
Gdy rada mężów, poważnie kamienna,
Diugesklin, Tiuren, Rolandy, Bajardy,
W cieniach pałacu wspomina miecz Brenna,
Litości pełna, jeśli nie pogardy,
Dla płochej hurmy, co gwarna a skrzętna,
Słodząc gorycze niezaszczytnej walki,
Wystawia wieże i wystraja lalki,
Okrutnej klęski i krwi niepamiętna;
A gdy w powietrzu jęczy głos: Niestety!
W wielkiej kostnicy tańczy menuety.
O Francjo! złotych żniwiarko wawrzynów,
Orlico wartkich po przestrzeni lotów,
Gdzie sława twoja, ziemio męskich czynów,
Napoleonów, Hoszów, ziemio grzmotów,
W sferęż ty idziesz bogów czy helotów?...
Gdzie twoja chwała nieskażona, czysta?
Ziarna złociste podły czas roztrwania,
Na wieży Eiffel staje duch Mefista
I na wschód, zachód poleca się, kłania,
Idei wielkiej kłamstwo na porządku,
Pyszna Wystawa, poemat bez wątku.
Błądzi, kto gniewny sąd wygłasza rączo
O sprawach, które nigdy się nie kończą,
Lecz kto tę starga gmatwaninę krwawą?
Rzeczywistości! snemżeś ty czy jawą?
Burza i lament, a śród łez i krzyków
Nie struny harfy, słyszę brzęk srebrników.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Godzino myśli, męko rzeczywista!
Za Ren wędrowca wiedzie kto? nie powiem,
A cień mu wszędzie wije się Mefista
I wiatr zawiewa siarką i ołowiem.
Wielcy współcześni, ach! ojcowie mali!
Wieża pod niebo wzbiega... idźmy dalej,
Dalej i dalej, kędy pęka granit
Na głosy żalu złotych Oceanid;
Tam, gdzieś daleko u germańskich krańców,
Nad sinym morzem w szum i wichrów zamęt,
W ciche westchnienia, w konania wygnańców
Wplatają pieśni łez akompaniament
Oceanidy, suma nędzy głosów,
Echa tragedii greckich Eschylosów.
CZAJKA
"O kurzycy prawił grajko,
Że znosiła złote jajka;
Powiedzże mi, pani czajko,
Czy to bajka, czy nie bajka?
Złote jajka kury niosły,
A na wierzbie gruszki rosły?"
"Okłamali, chłopie, ciebie,
A kurzyca na śmietniku
Jak grzebała, tak i grzebie;
Szczera bajka, mój kuliku."
"Powiadała stara Nastka,
Że chłop sobie w domku kmiecym
Jak u Boga żył za piecem;
Czy to także przypowiastka?"
"Gnerowali, jak gnerują,
Biedowali, jak biedują."
"Rozpowiadał ojciec stary,
Że był naród jednej wiary,
Że na drodze, nie na drodze,
Za słóweczko, za podziękę
Pomagała noga nodze,
Umywała ręka rękę;
Ani zwady, ani krzyku,
A grosz zawdy był w kieszeni
Od jesieni do jesieni."
"Szczera bajka, mój kuliku."
"Gdy nie było, może będzie;
Na bociany tatuś czeka,
Matka sieje len na grzędzie,
A narzeka, nie narzeka,
A przymawia, a napędza
Na robotę - na robotę;
Ziemia rodzi jajka złote,
A jak nie, to przyjdzie nędza.
Sroczka krzyczy na przyciesie,
Kasia piele na zagonie,
A od świtu co dzień drze się,
Że hułany poją konie,
Że się cosik ma na zmianę,
Że się kąty poweselą,
Że te zorze malowane
Już świtają, już się bielą
Jak te białe na jeziorze...
Cóż ty na to, czajko mała?
Ale czekajże, niebożę,
Kiedy czajka odleciała!
Szkoda czasu, szkoda krzyku,
Cicho, cicho, mój kuliku."
OSTATNIE SŁOWO
Strudzony żeglarz do brzegu dopływa
Na kruchej łódce przez burzliwe morze.
Gdzieżeś, o piękna wyobraźnio tkliwa,
Królu mój niegdyś czy pogańskie boże? -
Pobladła szata srebrną barwą lśniąca
Przed prawdy wiecznej surowym obliczem,
A sława, sława, niegdyś tak nęcąca,
Czymże przede mną? - Próżnością i niczem!
Czoło zorane ku ziemi się zniża,
Widomych kształtów czarodziejstwo kona.
O Panie! W Twoje upadam ramiona
I już nie widzę nic, nic - oprócz krzyża...