Sikorska J. WIERSZE

Dworzec

Sami tworzymy miejsca, których się boimy
Monotonne rabaty jarzeniowych świateł białych jak śnieg
Tory donikąd, pod które rzucają się obłąkani
i głuchy dźwięk głośników informujących, że czas płynie

Szumią zelówkami przechowalnie, w których zawsze giną bagaże
Kafejki gdzie bezdomni kupują swój jedyny dzienny posiłek
Zegary przeterminowane pokazują zawsze inną godzinę

Mogły tu rosnąć kłosy i łąki niczyje
Sarny skubałyby mlecze
Łasice kopałyby tunele
Tykałyby tylko drzewa i tylko słoneczne czasomierze
i nikt nie musiałby się żegnać

Tęcza od spodu

Ci, którzy za życia są częściowo nieobecni pytają
o kształt ochry,
zapach indygo,
o soczystość traw

Ochra ma formę pochylonego nieba,
ostro jaskrawej papryki chili,
gryzących w oczy języków rozpalonych ognisk
Ochra jest sypka jak pustynny piach,
zaplątana w dready rastafarian,
w ich pociemniałe twarze zawieszone nad skórzanym bębnem
brzmi jak reggae, dźwięki ukulele i ciepły szum marakasów

Indygo jest spokojne i głębokie jak morze wśród dzikich plaż
Pachnie polami kukurydzy, bydłem i tabaką
Jest uszyte z grubego jeansu, traktorów i kurnych chat

Soczystość trawy to wielki rezerwuar wody i powietrza
Wyobraź sobie kraj w którym wszystko rodzi się i nie umiera
Soczystość krąży jak niekrzepnąca krew,
jak dziecko, które nigdy nie przestaje pytać
Soczystość to wiatr na twarzy,
niezamknięty cezurą cykl poranków i wieczorów,
droga nie mająca celu, bo złożona z samych celów,
rywalizacja w której nikt nie przegrywa

pytam -
tych, którym granicę poznania wyznacza wyciągnięta dłoń,
których horyzont przyklejony do czubka białej laski
wciąż trzepoce w obojętność murów i ogrodzeń
- jakie mają wizje,
czy biało-czarne myśli żłobi im karmazyn,
jak smakują spacery w bezchmurne, bezgwiaździste noce,
czy łzy też są słone lub gorzkie,jak brzmi wypukłość poezji i nowel

pytam ich
którzy tak bardzo żywi, choć wciąż nienarodzeni dla naszego tutaj
jakby ich godzina jeszcze nie nadeszła
a może świat jest przeznaczony tylko dla nielicznych
jego schemat okrojony do garści zunifikowanych wiernych
odmierzonych centymetrem
przeciętnych intelektem

pytam więc
jak wygląda poczekalnia przed salą narodzin obiektywnego świata
kiedy zegary tracą ważność
kiedy nie można spojrzeć sobie w twarz
(bynajmniej nie ze wstydu)
w oczekiwaniu na płacz stworzenia
który przyniesie kolory
otworzy drzwi
usta
oczy