SZCZEPAŃSKI J.: Kontrowersje wokół Bitwy Warszawskiej 1920 roku

Mówią wieki, sierpień 2002

W wojnie polsko-bolszewickiej, której bitwa warszawska stała się kluczowym momentem, starły się dwie koncepcje. Po stronie polskiej wielki wpływ miała tzw. "koncepcja federacyjna" Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza, Józefa Piłsudskiego. Uważał, że wiosną 1920 r. istniała realna szansa na likwidację rządów bolszewickich i zmniejszenie trwającego od stuleci zagrożenia ze strony Rosji. Piłsudski zamierzał wyrwać spod jej wpływów narody zachodnich rubieży, zwłaszcza Ukraińców i Litwinów. Propozycja współpracy polsko – litewskiej, ze względu na kwestię przynależności Wilna, spotkała się jednak z wrogim przyjęciem. Lecz mimo sporów wokół przynależności Lwowa, istniała szansa na utworzenie, w ramach federacji z Polską, państwa ukraińskiego. Po podpisaniu układu Piłsudski – Petlura, wojska polskie rozpoczęły ofensywę na Ukrainie.
Po przejęciu władzy, Partia bolszewików traktowała rozszerzenie rewolucji na Europę jako swoją misję. Lenin i inni przywódcy komunizmu w Rosji byli przekonani, że stoją w obliczu wielkiej rewolucji, którą trzeba przyspieszyć poprzez interwencję Armii Czerwonej. Na wiecu, 30 października 1918 roku, Lew Trocki wołał: "Wolna Łotwa, wolna Polska i Litwa, wolna Finlandia i z drugiej strony wolna Ukraina nie będzie klinem, lecz łącznikiem między Rosją Sowiecką i przyszłymi Sowieckimi Niemcami i Austro-Węgrami. To jest początek europejskiej komunistycznej federacji – unii republik proletariackich Europy!".

Najkrótsza droga do Niemiec prowadziła przez Polskę. Już w połowie listopada 1918 roku rozpoczęły się działania Armii Czerwonej w kierunku Warszawy. Wojna polsko-sowiecka była więc nieunikniona. Polska ofensywa na Ukrainie i zajęcie w maju 1920 r. przez wojska polskie Kijowa, przyspieszyły działania militarne na froncie wschodnim, na niespotykaną dotychczas skalę. Wyprawa kijowska wykorzystana została przez bolszewicką propagandę jako koronny dowód polskiego "imperializmu". W następstwie wielkiej akcji propagandowej rządu sowieckiego, dla Rosjan wojna z Polską stała się "sprawą narodową".

Ofensywa
W pierwszej połowie czerwca 1920 r. 1. Armia Konna marszałka Siemiona Budionnego przerwała front na Ukrainie, zmuszając wojska polskie do odwrotu. Po zgromadzeniu większości sił Frontu Zachodniego na Białorusi, dowództwo Armii Czerwonej przystąpiło do rozstrzygającego uderzenia na Polskę. Dowódca sił Frontu Zachodniego, marszałek Michaił Tuchaczewski, mając zdecydowaną przewagę sił i będąc pewnym sukcesu, przed rozpoczęciem ofensywy, wydał buńczuczny rozkaz do swoich wojsk: "Na zachodzie ważą się losy wszechświatowej rewolucji – po trupie Polski wiedzie droga do wszechświatowego pożaru [...] Na Wilno – Mińsk – Warszawę – marsz!".

4 lipca 1920 r. Front Zachodni rozpoczął natarcie z rejonu rzek Auty i Berezyny. Wojska polskie, mimo zaciętego oporu, zmuszone zostały do nieustannego odwrotu. 19 lipca oddziały Armii Czerwone i zajęły Grodno, 27 lipca – twierdzę Osowiec, 28 lipca – Białystok, 31 lipca – twierdzę Brześć nad Bugiem. Siły polskie Frontu Północno – Wschodniego wycofywały się na zachód, stawiając jednak coraz bardziej zacięty opór.
Bolszewicy wkroczyli na obszar Podlasia i Mazowsza. Tuchaczewski, nie spodziewając się skutecznego oporu wojsk polskich, zamierzał całkowicie je rozbić w rejonie Warszawy i zająć stolicę Polski z marszu. Chciał więc powtórzyć manewr Paskiewicza z 1831 r. Był przekonany, że frontalne natarcie na Warszawę byłoby nieracjonalne, bo wyparte z prawobrzeżnej części Warszawy oddziały polskie mogłyby wycofać się na lewy brzeg Wisły. Forsowanie Wisły w pobliżu Warszawy było operacyjnie mało efektywne. Planowano zatem przeprawę pomiędzy Wyszogrodem a Włocławkiem i obejście stolicy, aby okrążyć wojska polskie oraz, po opanowaniu linii kolejowej Warszawa-Gdańsk, odciąć im dostawy z zagranicy

Plan
Skuteczny opór nad Narwią i Bugiem umożliwił wojskom polskim oderwanie się od nieprzyjaciela i wykonanie, po raz pierwszy od 4 lipca, zamierzonego odwrotu. Otworzyła się więc szansa do opracowania planu rozstrzygającej bitwy z bolszewickim najeźdźcą. Jego założenia polegały na wycofaniu wojsk polskich w rejon Warszawy i Modlina oraz na linię rzeki Wieprz i przejściu do działań zaczepnych w celu wykonania rozstrzygającego kontrnatarcia. Zwycięstwo miał przynieść atak, sformowanej za Wieprzem, Grupy Uderzeniowej na skrzydło i tyły wojsk wroga. W rejonie twierdzy Modlin, za Wkrą, koncentrowała się 5 Armia gen. Władysława Sikorskiego, która miała za zadanie od północy osłaniać Warszawę oraz przeprawy przez Wisłę.
Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich, dzięki odcyfrowaniu szyfru sowieckiego, miało informacje o położeniu wojsk Tuchaczewskiego i wykorzystało ich rozproszenie. Najsilniejsza 4. Armia Szuwajewa wraz z 3 Korpusem Kawalerii Gaja Bżyszkiana została skierowana nad dolną Wisłę. Zadanie jej sforsowania między Wyszogrodem a Płockiem otrzymała 15 Armia Korka. Na Modlin skierowana została także 3. Armia Łazarewicza. Przedmoście warszawskie miała zaatakować 16 Armia Sołłohuba oraz 21 Dywizja Strzelców z 3 Armii. Lewe skrzydło 16 Armii osłaniała Grupa Mozyrska Chwiesina, operująca na odcinku Dęblin – Góra Kalwaria. Po rozbiciu sił polskich na przedmościu praskim, 16 Armia miała sforsować Wisłę na południe od Warszawy.

Ogromną popularność wśród żołnierzy Armii Czerwonej zdobyło hasło "Dajosz Warszawu!". Znalazło się ono na sztandarach pułków "żelaznej" 27 dywizji strzelców Witowta Putny, której żołnierze zażądali skierowania dywizji z Syberii przeciwko Polakom. Pojawiło się także na transparentach, ulotkach i wagonach wiozących wojsko sowieckie na front. Stało się zawołaniem zagrzewającym bolszewików do walki z Polakami.
Wiadomość o zbliżaniu się Armii Czerwonej do Warszawy, zelektryzowała członków rządu sowieckiego. Gdy niezależnie od przygotowań militarnych rząd polski podjął próby zakończenia wojny na drodze rokowań, delegacji polskiej przedstawiono w Mińsku Białoruskim warunki nie do przyjęcia. Warunki, jakie jedynie mogła podyktować strona zwycięska stronie przegranej.

Polski wywiad przechwycił tekst depeszy przesłanej 13 sierpnia 1920 r. do Moskwy przez Rewolucyjną Radę Wojenną 3 Armii: "Dzielne oddziały 3 Armii zajęły 13 sierpnia m. Radzymin o godz. 23 i ścigając nieprzyjaciela, znajdują się o 15 wiorst od Pragi [...] Robotnicy Warszawy już czują bliskie oswobodzenie. W Warszawie już kipi rewolucja. Na murach rozklejane są żądania robotników oddania Warszawy Czerwonej Armii bez bitwy, grożąc w razie przeciwnym niewypuszczeniem z Warszawy ani jednego uzbrojonego żołnierza. Biała Polska kona".

Dowódcy oddziałów Armii Czerwonej obiecywali, że po zdobyciu Warszawy każdy żołnierz otrzyma nagrodę w wysokości 40 tys. rubli carskich oraz, że będzie mógł rabować w warszawskich domach i sklepach przez 2-3 dni. Niektórzy z dowódców sowieckich oddziałów mieli plany Warszawy z naniesionymi informacjami o najbogatszych sklepach. "Burżuje mieli być publicznie straceni na placu Zygmunta (Zamkowym –. J.S.)".
Gdy 15 sierpnia toczyły się zacięte walki na przedpolach Warszawy, do Wyszkowa przybyli członkowie Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, z Julianem Marchlewskim i Feliksem Dzierżyńskim na czele, by, po zajęciu miasta, triumfalnie wkroczyć do stolicy Polski.

Na wiadomość o zdobyciu Warszawy już 15 sierpnia wiwatowano w Moskwie i Wilnie. W dodatkach do wileńskich gazet donoszono: "Warszawa wzięta! Czerwone flagi nad Warszawą! Po Warszawie, cała Europa czerwona! [...] Zwycięstwo rewolucji Wszechświatowej! Bramy do Berlina wyłamane! Proletariat polski i masy pracujące Polski włączają się do marszu na Europę!" Na murach i ścianach domów, obok starych: "Dajosz Warszawu" pojawiły się nowe napisy: "Warszawa nasza!", "Koniec białej Polski – Niech żyje partia bolszewików!", "Niech żyje towarzysz Lenin!"

Zatwierdzony przez Józefa Piłsudskiego plan Bitwy Warszawskiej był bardzo ryzykowny. Gdyby choć jeden z jego elementów zawiódł, wojska polskie poniosłyby ostateczną klęskę. Nie zaskoczono by Armii Czerwonej, gdyby Rosjanie uwierzyli w treść dokumentu znalezionego przy poległym pod Dubienką mjr Wacławie Drohojowskim. Był to rozkaz operacyjny 3 Armii Polskiej do kontrofensywy znad Wieprza datowany na 8 sierpnia godz. 21. W dniu 14 sierpnia Sztab Polowy Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej potraktował rozkaz jako mistyfikację i podstęp.

Przebywająca w Warszawie misja aliancka oceniła polski plan przeciwuderzenia jako zbyt ryzykowny. Niemal wszyscy dyplomaci ewakuowali się do Poznania. Zdaniem D`Abernona "Atak sił rosyjskich na stolicę mógłby się zakończyć zdobyciem Warszawy przed czasem, nim by atak flankowy Polaków zdołał naruszyć równowagę Rosjan". Piłsudski nie przyjął rad marszałka Francji Ferdynanda Focha, który odradzał Polakom kontrofensywę mówiąc: "Wzmocnijcie się, stwórzcie mocną zaporę, zatrzymajcie nieprzyjaciela, a dopiero potem będziecie mogli pomyśleć o przeciwuderzeniu". Marszałek miał rację odrzucając aliancką koncepcję dalszego prowadzenia działań wojennych przeciwko bolszewikom. Zatrzymanie wojsk sowieckich na polskiej linii obronnej pozwoliłoby dowództwu Armii Czerwonej na podciągnięcie pod Warszawę dodatkowych oddziałów i zaopatrzenia. Ze względu na szybką ofensywę, aż znad Dźwiny, odwody nie nadążały za wojskami Tuchaczewskiego. Natomiast Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich zgromadziło pod Warszawą całość sił.

Angielski historyk Norman Davies nazwał Piłsudskiego "architektem i wykonawcą zwycięstwa". Czy to opinia słuszna? Zatwierdzony przez Naczelnego Wodza plan rozstrzygającej bitwy ulegał istotnym korektom. Plan bitwy ujęty w historycznym rozkazie nr 8358/III z 6 sierpnia 1920 roku, był wspólnym dziełem Piłsudskiego, szefa Sztabu Generalnego generała Tadeusza Rozwadowskiego, generała Kazimierza Sosnkowskiego i generała Maxime Weyganda.
Duże znaczenie dla przebiegu bitwy nad Wisłą miał kolejny rozkaz z 10 sierpnia 1920 roku, opracowany z inicjatywy generałów Rozwadowskiego i Weyganda. Pod ich wpływem Naczelny Wódz zrezygnował z dalszego wzmacniania Grupy Uderzeniowej, która miała atakować znad Wieprza. Kilka dodatkowych dywizji nie stało więc bezczynnie o 120 km od Warszawy. Mogły one uczestniczyć w walkach w najbardziej dramatycznym momencie, gdy 14 sierpnia 1920 r. bolszewicy przerwali polskie linie obronne pod Radzyminem i gdy 5 Armia generała Władysława Sikorskiego podczas walk nad Wkrą, musiała stawić opór liczniejszym siłom rosyjskim. Głównie dzięki presji gen. Rozwadowskiego na Naczelnego Wodza, nie powtórzyła się sytuacja z 1794 roku, gdy dywizja Pozińskiego nie zdążyła na miejsce bitwy pod Maciejowicami.

Warto też przypomnieć, że Piłsudski nie był zadowolony z rozkazu z 10 sierpnia (o fikcyjnym numerze 10 000 dla zmylenia wywiadu wroga) i w swoich książkach o nim nie wspominał. Uważał, że ówczesne usytuowanie wojsk polskich przed rozstrzygającą bitwą jest nonsensowne. Tymczasem, tylko dzięki wzmocnieniu 5 Armii gen. Sikorskiego przez Brygadę Syberyjską, a zwłaszcza doborową 18 DP generała Franciszka Krajowskiego, udało się powstrzymać natarcie 3 i 15 armii sowieckich w rejonie Modlina.

Od nieuchronnej klęski 5 Armię, zagrożoną także od północy przez 4 Armię sowiecką, uratował m.in. "cud w Ciechanowie", gdzie zagon 203 pułku ułanów zniszczył radiostację 4 Armii Szuwajewa. Pozbawiona łączności z Tuchaczewskim, zamiast uderzyć na odsłoniętą flankę Sikorskiego, maszerowała w kierunku przepraw przez Wisłę między Płockiem a Toruniem. Ocalenie 5 Armii Sikorskiego, Tuchaczewski przypisywał wyjątkowemu szczęściu.

Bitwa
Wiele kontrowersji wywołuje porównywanie sił wojsk polskich i sowieckich uczestniczących w Bitwie Warszawskiej 1920 roku. Wbrew powszechnie panującej opinii o ogromnej przewadze liczebnej wroga, w Bitwie Warszawskiej mogło uczestniczyć 104-114 tys. żołnierzy Armii Czerwonej. Wojsko Polskie zaś liczyło 113-123 tys. żołnierzy. Możliwe są pewne obustronne odchylenia plus lub minus. Szacuje się, że Wojska Polskie posiadały 500 dział i ponad 1780 karabinów maszynowych, Armia Czerwona natomiast – 600 dział i ponad 2450 karabinów maszynowych. Działania bojowe polskich oddziałów wspomagały 2 eskadry samolotów, kilkadziesiąt czołgów i samochodów pancernych oraz kilku pociągów pancernych.

Największe siły polskie skoncentrowano za Wieprzem. Licząca ok. 46 tys. żołnierzy Grupa Uderzeniowa złożona była z najlepszych dywizji legionowych i wielkopolskich. Pierwszym jej przeciwnikiem miała być sowiecka Grupa Mozyrska, licząca zaledwie 11 tys. ludzi. Na przedmościu warszawskim natomiast w dniach 13-16 sierpnia walczyło ok. 39 tys. polskich żołnierzy przeciw 32 tys. rosyjskich. Polacy mieli tu także zdecydowaną przewagę w uzbrojeniu. Na 60-kilometrowym froncie dysponowali 260 działami wobec 200 dział nieprzyjaciela. O przerwaniu linii polskich pod Radzyminem zdecydował błąd dowództwa, które obsadziło pierwszą linię obrony 11. Dywizją Piechoty wycofaną z frontu po ciężkich stratach, a uzupełnioną przez setki "dezerterów i łazików". Nie była ona w stanie powstrzymać natarcia "żelaznej" 27 Dywizji z sowieckiej 16 Armii. W pierwszym okresie walk zawiodła także polska artyleria.

Zazwyczaj bitwę pod Warszawą, a zwłaszcza walki o Radzymin, traktuje się jako decydujące o klęsce bolszewików w całej wojnie. Z pewnością ma na to wpływ organizowanie w Radzyminie centralnych rocznic "Cudu nad Wisłą". W istocie, walki na przedpolach Warszawy miały charakter wyraźnie taktyczny. Uczestniczące w nich siły przeciwnika stanowiły niewielką część sił Frontu Zachodniego. Ostateczny wynik walk o Radzymin nie byłby dla strony polskiej tak pomyślny, gdyby, o świcie 14 sierpnia nad Wkrą, 5 Armia gen. Sikorskiego nie rozpoczęła działań odciążających Znakomicie dowodzona, powstrzymała natarcie Rosjan. 16 sierpnia zdobyła Nasielsk, a nazajutrz Pułtusk, docierając do linii Narwi. Odzyskanie Pułtuska usunęło niebezpieczeństwo kontrataku sowieckiego od północy. Oddziały Armii Czerwonej cały czas próbowały atakować lewe skrzydło 5 Armii, ale były powstrzymywane przez szarże 1 Pułku szwoleżerów mjr. Grobickiego pod Płońskiem. Armia gen. Sikorskiego rozbiła większość sił sowieckich, a część 3 i 15 Armii zmusiła do odwrotu. Walnie więc przyczyniła się do zwycięstwa w bitwie.
Do panicznego odwrotu bolszewików spod Warszawy i z Północnego Mazowsza przyczyniła się wiadomość o sukcesach Grupy Uderzeniowej, która rozpoczęła kontrofensywę znad Wieprza. Piłsudski wspominał: "Dnia 16 rozpoczynałem atak, o ile w ogóle atakiem nazwać można. Lekki i bardzo łatwy bój prowadziła przy wejściu 21 dywizja [...] Główna zagadką, którą chciałem sobie rozstrzygnąć, była tajemnica tzw. grupy mozyrskiej. Właściwie nie było jej wcale, oprócz 57 dywizji..".. Grupa Mozyrska, złożona z dwóch dywizji rozciągniętych na froncie o szerokości 150 km, nie wytrzymała uderzeń polskich dywizji. Manewr znad Wieprza udał się zatem tylko częściowo. Zmusił bolszewików do odwrotu, ale sił Armii Czerwonej nie zniszczył. 18 sierpnia Naczelny Wódz wydał rozkazy do działań pościgowych, w których uczestniczyły nie tylko oddziały Grupy Uderzeniowej, lecz także Armie 1. i 5.

Wielu historyków wojskowości pisząc z uznaniem o sukcesach 5 Armii, podkreśla, iż gen. Sikorski popełnił duże błędy w końcowej fazie bitwy, m.in. w rozpoznaniu położenia przeciwnika. Zastosowanie taktyki kordonowej i niedostateczne przygotowanie oddziałów zaporowych spowodowało klęski polskich oddziałów i przedarcie się 3 Korpusu Konnego Gaj-Chana. Od walki z konnicą 21 sierpnia pod Żurominem uchyliła się także 9 Dywizja Jazdy pułkownika Gustawa Orlicza – Dreszera tłumacząc się "zapadającymi ciemnościami i gęstą mgłą".

Część historyków wojskowości – zagorzałych piłsudczyków – analizując udział 5 Armii w bitwie twierdziła, że działania jej dowódcy wypaczyły zamysł Naczelnego Wodza zawarty w rozkazie przegrupowania z 6 sierpnia 1920 r. Uważali, że gdyby dowódca Frontu Północnego gen. Józef Haller i Władysław Sikorski ściśle wykonali rozkazy Piłsudskiego i związali przeciwnika walkami w rejonie Warszawy i nad dolną Wisłą, a nie przedwcześnie odrzucili go działaniami kontr ofensywnymi na północ i wschód, manewr Naczelnego Wodza całkowicie by się powiódł. Armie sowieckie – 3, 4, 15 i 16 – zostałyby całkowicie rozbite.

Działania pościgowe wojsk polskich po Bitwie Warszawskiej zakończyły się 25 sierpnia 1920 roku pod Kolnem, gdy ostatnie walczące oddziały bolszewików przekroczyły granicę niemiecką i zostały internowane. Większość sił Armii Czerwonej, bardzo osłabionych, ale nie zniszczonych, wycofała się na wschód i uczestniczyła w końcowej fazie wojny.

Straty wojsk sowieckich biorących udział w bitwie Warszawskiej szacuje się na ok. 25 tys. poległych, 60 tys. jeńców i 45 tys. internowanych w Prusach Wschodnich. Po stronie polskiej było 4,5 tys. poległych, 22 tys. rannych i ok. 10 tys. zaginionych.

Piłsudski, Rozwadowski, Weygand czy Matka Boska?
Już pod koniec sierpnia 1920 r. rozpoczęła się zażarta dyskusja nad zasługami Naczelnego Wodza i innych generałów w zwycięskiej Bitwie Warszawskiej. W Polsce, bitwę zaczęto nazywać "Cudem nad Wisłą". Określenie to upowszechniło się zwłaszcza w środowiskach kościelnych oraz w obozie prawicy politycznej, który od samego początku odmawiał zasług Józefowi Piłsudskiemu. Według prawicy, zwycięstwo 1920 roku było rezultatem cudu, a nie planu kontrnatarcia. W liście pasterskim kardynała Aleksandra Kakowskiego czytamy: "Zdumiony odwagą i męstwem bojowników polskich, żołnierz bolszewicki cofał się w przestrachu i padał rażony, bo nad zastępami wojsk polskich widział unoszący się sztandar z wizerunkiem Matki Boskiej..".. Kolejne rocznice bitwy stały się też okazją do szerzenia legendy księdza Ignacego Skorupki, który bohatersko zginął w bitwie pod Ossowem, gdy z krzyżem w ręku szedł w pierwszej linii atakujących. Z kolei piłsudczyk, Władysław Pobóg – Malinowski napisał, iż ks. Skorupka zginął "śmiercią bardziej godną kapłana, ugodzony bowiem został zabłąkaną kulą w chwili, gdy w jakichś opłotkach, pochylony nad ciężko rannym żołnierzem, udzielał mu ostatnich pociech religijnych".

Narodowa Demokracja, chcąc pomniejszyć zasługi Piłsudskiego głosiła również, że głównym autorem genialnego planu Bitwy Warszawskiej był generał Maxime Weygand. O zwycięstwie zaś zadecydował cały naród, Armia Ochotnicza i Wojsko Polskie, kierowane przez tak znakomitych dowódców, jak Józef Haller i Władysław Sikorski. W obliczu grożącego Polsce upadku niepodległości, gen. Weygand, szef sztabu marszałka Focha, był kandydatem Francji i Anglii do stanowiska Naczelnego Wodza Wojsk Polskich. Weygand nie przyjął propozycji twierdząc, iż jedynie "armia polska, dowodzona przez Polaka może i powinna ocalić Polskę". W liście do Focha pisał, że tuż przed decydującą bitwą nie można zmieniać ani Naczelnego Wodza ani Szefa Sztabu Generalnego, bo przyniosłoby to klęskę. Wobec nacisku misji alianckiej, aby wykorzystać wiedzę fachową Weyganda, 27 lipca 1920 r. Piłsudski mianował go doradcą szefa Sztabu Generalnego. Podczas pierwszej wizyty w Belwederze Weygand przeforsował decyzję o powierzeniu "popularnym" generałom Józefowi Hallerowi i Józefowi Dowborowi-Muśnickiemu stanowisk w armii. Wkrótce Piłsudski zaproponował im dowództwa frontów.

Weygand nie miał jednak większych szans na przeforsowanie swoich koncepcji prowadzenia działań wojennych. Był ignorowany przez Piłsudskiego i gen. Tadeusza Rozwadowskiego, którzy nie rozmawiali z nim na temat koncepcji planu wojny z bolszewikami i jego realizacji. Udało mu się jednak doprowadzić do wzmocnienia Frontu Północnego poprzez utworzenie 5 Armii, do której dołączyła 18 Dywizja ściągnięta z południa. Miał także on swój udział w umocnieniu fortyfikacji przedmościa warszawskiego. Kierował francuskich saperów do organizowania linii obronnej, a oficerom artylerii polecił szkolenie polskich artylerzystów w jak na polu bitwy należy współpracować z piechotą. Dzięki licznym interwencjom Weyganda zwiększono i przyspieszono z Zachodu dostawy sprzętu wojennego i amunicji. Piłsudski, na wieść o projektowanym wyjeździe Weyganda wraz z misją aliancką z Polski, polecił gen. Rozwadowskiemu pożegnać go i wręczyć mu order Virtuti Militari. Weygand był natomiast entuzjastycznie żegnany jako "zbawca ojczyzny" w czasie manifestacji organizowanych na złość Piłsudskiemu przez Narodową Demokrację. Zgotowano mu triumfalne powitanie w Paryżu, gdzie uchodził za głównego pogromcę bolszewików i człowieka, który uratował Polskę. Podobną opinię wyrażano w Wielkiej Brytanii. Warto nadmienić, że na Zachodzie Piłsudski był traktowany jako "zdradliwy sprzymierzeniec (nie dopomógł Denikinowi w walce z bolszewikami - J.S.) prowadzący Polskę do ruiny".
Według wielu uczestników wydarzeń z sierpnia 1920 r., Bitwą Warszawską nie dowodził ani Piłsudski, ani Weygand, ale szef Sztabu Generalnego WP – gen. Tadeusz Rozwadowski. Został on mianowany na to stanowisko 22 lipca 1920 roku na wyraźne żądanie zachodnich aliantów, będących pod silnym wrażeniem jego optymizmu i bezgranicznej wiary w ostateczne zwycięstwo. Rozwadowski objął faktyczne dowództwo wówczas, gdy Naczelny Wódz, całkowicie załamany nosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa, i gdy – zdaniem Sikorskiego – "wielka część polskiej armii była podobna do łodzi, rzuconej bez steru na spiętrzone burzą fale". Już w kilka dni później Rozwadowski wydał rozkaz do Bitwy nad Bugiem, która na dziesięć dni powstrzymała sowiecką ofensywę. Umożliwiło to przegrupowanie wojsk polskich przed bitwą. Gdy w pierwszych dniach sierpnia Piłsudski w samotności rozmyślał w Aninie nad koncepcją nowej strategii, Rozwadowski kierował działaniami. Sytuacja powtórzyła się w dniach od 12 do 17 sierpnia, gdy Marszałek opuścił Warszawę, aby osobiście dowodzić Grupą Uderzeniową. Istnieje wersja, że zdecydował się objąć dowództwo Grupy Uderzeniowej pod wpływem Rozwadowskiego, ponieważ ten ostatni czuł się skrępowany obecnością Naczelnego Wodza w Warszawie.

Rozwadowski, jeżdżąc osobiście na zagrożone odcinaki frontu, natchnął żołnierzy i oficerów wiarą w zwycięstwo, potrafił przelać na nich swój optymizm i energię. Ówczesny adiutant szef Sztabu Generalnego wspominał: "Generał Rozwadowski przez cały czas bitwy nad Wisłą objeżdżał stale poszczególne odcinki frontu, wśród gradu kul wydawał dyspozycje, przesuwał odwody, zarządzał natarcia swoim systemem: "ze siodła" a nie od zielonego stolika, daleko za frontem. Zielony stolik, to jest robotę sztabową, pozostawił sobie na nocne godziny". Bardzo dobrze układała się współpraca gen. Tadeusza Rozwadowskiego z Ministrem Spraw Wojskowych gen. Kazimierzem Sosnkowskim, z dowódcą Frontu Północnego gen. Józefa Hallerem, znacznie gorzej natomiast z gen. Maxime Weygandem. Weygand często skarżył się, że Rozwadowski chętnie słuchał jego rad, ale się do nich nie stosował. Francuskiego sztabowca raziła niepunktualność i niedokładność Rozwadowskiego, jego skłonność do częstych zmian decyzji i typowo polska fantazja. Godna przypomnienia jest opinia ówczesnego premiera Wincentego Witosa: "Cokolwiek będzie się pisać i mówić, kogo się będzie chciało ubierać w laury i zasługi, to rok 1920 "Cud nad Wisłą" i zwycięstwo nad bolszewikami odniesione, pozostać muszą z nazwiskiem gen. Rozwadowskiego związane".

Dla wielu Polaków, a przede wszystkim dla szerokiego grona piłsudczyków, zwycięskim dowódcą w Bitwie Warszawskiej był wyłącznie Naczelny Wódz. On to opracował ogólny zarys planu polegający na wydaniu bolszewikom bitwy na przedpolu stolicy oraz wybrał optymalny wariant miejsca koncentracji Grupy Uderzeniowej. Miejsce to było znacznie bezpieczniejsze dla przeprowadzenia koncentracji oraz umożliwiło uderzenie nie tylko na lewą flankę wroga, ale też ich okrążenie. Wariant koncentracji Grupy Uderzeniowej, bliżej Warszawy, w rejonie Garwolina, zaproponowany przez gen. Rozwadowskiego, zezwalał jedynie na uderzenie płytkie. Mogło ono zaledwie przyczynić się do wycofania oddziałów wroga spod Warszawy, lecz nie dawało gwarancji ich zniszczenia.

Wiele kontrowersji wywołuje kwestia opuszczenia Warszawy przez Naczelnego Wodza w najważniejszym momencie Bitwy Warszawskiej. Adwersarze Piłsudskiego przypominają fakt jego pisemnej dymisji z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza na ręce premiera Wincentego Witosa. Są też przekonani, że miejsce Naczelnego Wodza było w zagrożonej stolicy, skąd mógłby koordynować działania polskich oddziałów na różnych odcinkach frontu. W tej sytuacji bitwa 5 Armii "potoczyła się zbyt samodzielnie" i uniemożliwiła koordynację jej działań z marszem Grupy Uderzeniowej znad Wieprza, co w konsekwencji umożliwiło wycofanie się większości sił Tuchaczewskiego za Niemen.

Piłsudskiemu zarzucono, że wyznaczył sobie zadanie najłatwiejsze. W czasie, gdy inni polscy generałowie dowodzili armiami toczącymi zacięte boje pod Warszawą czy nad Wkrą, on dokonywał w Puławach przeglądu wojsk, a potem prowadził je, nie napotykając większego oporu. Piłsudczycy natomiast twierdzili, że Naczelny Wódz chciał wyjechać z Warszawy, gdzie wciąż publicznie oskarżano go o zdradę oraz, że chciał być wśród oddziałów, których uderzenie miało dokonać przełomu w bitwie.

Niezależnie od ostatecznego osądu, należy pamiętać, że bez Piłsudskiego nie doszłoby do Bitwy Warszawskiej. To przecież on podpisał historyczny rozkaz z 6 sierpnia 1920 roku i, jako Naczelny Wódz, wziął na swe barki całą odpowiedzialność za jego wykonanie. Gdyby bitwa zakończyła się klęską, brzemię odpowiedzialności za upadek niepodległej Polski spadłoby nie na Weyganda i Rozwadowskiego, lecz wyłącznie na Piłsudskiego jako Naczelnego Wodza.

Ogromną zasługą Piłsudskiego było to, że w chwilach krytycznych, potrafił wznieść się ponad swoje ambicje, uprzedzenia i powierzyć odpowiedzialne stanowiska najbardziej utalentowanym i doświadczonym generałom. Swoim autorytetem potrafił też utrzymać dyscyplinę na najwyższych szczeblach dowodzenia. Generałom wywodzącym się z trzech zaborczych armii, o różnych taktykach walki i metodach dowodzenia, potrafił narzucić swoją wolę. W sierpniu 1920 r. po Warszawie krążył żart, że gen. Rozwadowski bardziej się lękał Piłsudskiego niż bolszewików!.

Dyscypliny na najwyższym szczeblu dowodzenia zabrakło natomiast po stronie sowieckiej. Głównodowodzący Armią Czerwoną, Kamieniew nie potrafił narzucić swojej woli Stalinowi i Budionnemu. Była to jedna z przyczyn klęski wojsk sowieckich w Bitwie Warszawskiej. Dowódca 1 Armii Konnej, Budionny, na wyraźny rozkaz Stalina, mimo usilnych próśb Tuchaczewskiego, nie skierował swych sił pod Warszawę, lecz w najważniejszym momencie bitwy usiłował zdobywać Lwów.
Klęski w wojnie z Polską przywódcy sowieccy nie zapomnieli nigdy. Dotyczyło to przede wszystkim Stalina. Jego decyzja o losie polskich jeńców wziętych do niewoli w 1939 roku z całą pewnością była zemstą za klęskę Armii Czerwonej w sierpniu 1920. Stalina doprowadzała do pasji śpiewana w Związku Radzieckim czastuszka: "Rossija, Rossija maja, takaja mała Polsza, a pobiediła tiebia..."

Dramatyczne walki, toczone w sierpniu 1920 roku wryły się głęboko w pamięć narodu. Odparcie Armii Czerwonej spod Warszawy urosło do rangi symbolu własnej siły, było zwycięstwem nad armią wielkiego mocarstwa, przeciwko któremu bezskutecznie walczyły poprzednie pokolenia Polaków.

Janusz Szczepańskihistoryk wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., opublikował m.in.: książki: Wojna 1920 roku na Mazowszu i Podlasiu oraz Społeczeństwo Polski w walce z najazdem bolszewickim 1920 roku.

категории: [ ]