|
Сравни цены на отели и бронируй: онлайн бронирование авиабилетов. | Сеть магазинов цветов zakaz-buketa.ru - проверенная доставка букетов по Москве в офис
|
Walczak W. POLSKA JAKO PĘPOWINA. CZYLI O LITERATURZE EMIGRACYJNEJ W KONTEKŚCIE SPOŁECZNO-POLITYCZNYM1. Literatura nie powstaje w próżni. Determinujących ją czynników jest bezliku, a wśród najważniejszych wymienić należy wpływ sytuacji społeczno-politycznej. Specyficzne okoliczności – grunt polityczny, stan społeczeństwa, moment historyczny – mają kluczowe znaczenie przy określaniu zadań, jakie stawia się i jakie stoją przed literaturą. Widać to doskonale na przykładzie literatury emigracyjnej. Pisarze emigracyjni, niczym pępowiną, złączeni są z krajem i to od sytuacji Polski – i w Polsce – zależy, co piszą, jaka jest ich funkcja. Jeśli spojrzymy na polską literaturę emigracyjną od początku drugiej wojny światowej do współczesności, będziemy w stanie wyróżnić cztery okresy historyczne odpowiadające czterem jej fazom. Faza pierwsza to okres drugiej wojny światowej. Kluczowym zagadnieniem literatury było podówczas istnienie – przede wszystkim samo istnienie – Polski. Druga faza to czas PRL. Literaturę podporządkowano wtedy kwestii suwerenności Kraju. Oczywistą cezurę stanowi tutaj rok 1989, upadek komunizmu i początek trzeciej fazy, kiedy to pisarzom udającym się na emigrację nie ciążył już temat Polski. Kraj istniał i odzyskał suwerenność. Polacy mogli wyjeżdżać, by pisać o świecie. Jako osobne zjawisko – jest to faza czwarta – będę rozpatrywał tę falę polskiej emigracji, jaka nastąpiła po 1 maja 2004 r., czyli po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. 2. Sześć lat – od 1939 do 1945 roku – to czas krótki, acz płodny. Dlatego też literaturę tego okresu, dla ułatwienia, podzielę na kilka kategorii. Pierwsza, niezmiernie ważna w momencie, gdy Polska zniknęła z mapy świata, to sławienie odwagi i bitności polskiego żołnierza. Wystarczy tu wspomnieć dwa tytuły: „Droga wiodła przez Narvik” Ksawerego Pruszyńskiego i „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera. Pierwsza ujrzała światło dzienne w roku 1941, druga – w 1942. Obie pierwotnie wydano w Londynie, obie opiewały bohaterski etos. Kategoria druga to analiza porażek i błędów. Nie wygrywa wojny ten, kto nie zastanawia się nad przegranymi bitwami. Polacy zastanawiali się. Oczywiście, nie można było przejść do porządku dziennego nad kampanią wrześniową. Stąd „Kampanja wrześniowa 1939 w Polsce” (Londyn 1941) pióra Mieczysława Norwida-Neugebauera oraz „Wojna bez legendy” (Szkocja 1943) Ludwika Schweizera. Recenzję drugiej z tych książek zamieścił Ksawery Pruszyński w artykule „Przemilczana książka” (Pruszyński 1966, s.250) opublikowanym w „Nowej Polsce” w roku 1943. Dalej: poezja. Znowu Londyn. Rok 1940. Ukazuje się wiersz Antoniego Słonimskiego zatytułowany „Alarm”, zaczynający się od słów: "UWAGA! Uwaga! Przeszedł! W krótkim czasie utwór ten robi zawrotną karierę, trafia do Polaków rozrzuconych po całym świecie, recytuje się go i pamięta, jak hymn. Pruszyński w artykule „Literatura polska w służbie ojczyzny” opublikowanym w „Polsce” w roku 1942 pisze o Antonim Słonimskim: „Poeta wojennej emigracji polskiej” (Pruszyński 1990, s.190), zaś w artykule „Powrót do Soplicowa” opublikowanym w „Wiadomościach Polskich” w 1940 roku, szerzej: „Pacyfista, socjalista i międzynarodowiec stał się autorem wiersza, który w mgnieniu oka zabłądził między namioty i świetlice żołnierskie, który odlał w spiżu wspaniałym mowy polskiej wielkość obrony Warszawy i pierwszy otworzył tej wrześniowej Reducie Ordona nawy literatury polskiej. […] Polska od dawna, od bardzo dawna, nie miała wierszy tak wojennych, tak bojowych i żołnierskich, jak wiersz o obronie Warszawy” (Pruszyński 1990, s.69). Nie można też zapominać o pismach trafiających do polskiego emigranta i żołnierza. Lista tytułów jest zadziwiająco długa. Pruszyński w jednym z artykułów wymienia „Dziennik polski”, „Dziennik żołnierza”, „Polskę walczącą”, „Wiadomości polskie” (Pruszyński 1990, s.91). Gdzie indziej wspomina o „Nowej Polsce”, miesięczniku redagowanym przed nadmienionego wyżej Antoniego Słonimskiego, wychodzącym w Londynie w latach 1942-1946 (Pruszyński 1990, s.351). Gustaw Herling-Grudziński w „Najkrótszym przewodniku po sobie samym” wspomina, że podczas wojny pisał w „Kurierze polskim w Bagdadzie” (sic!), skąd został przeniesiony do redakcji „Orła Białego” (Herling-Grudziński 2000b, s.79). Lista ta jest oczywiście dalece niekompletna. Zamiast jednak próbować ją uzupełnić, zajmijmy się lepiej zawartością tych pism, ich treścią. Posłużę się tutaj artykułem Ksawerego Pruszyńskiego „Słowo polskie w ZSRR” opublikowanym w „Wiadomościach Polskich” w roku 1942 (Pruszyński 1990, s.199). Pisze w nim o miesięczniku „Polska” wydawanym przez ambasadę Rzeczypospolitej Polskiej w Kujbyszewie, za zgodą Stalina. Jest to w zasadzie synteza treści kilku numerów tego miesięcznika (miesięcznika tylko z nazwy, bo pismo ukazywało się nieregularnie). Zawartość „Polski” to zatem fotografie z Wielkiej Brytanii, Polski oraz z życia Polaków w ZSRR, informacje o organizacji wojska polskiego w Związku Radzieckim, wieści o prześladowaniach w Polsce, o zniszczonej Warszawie, artykuły o lotnictwie polskim w Wielkiej Brytanii, o armii polskiej walczącej na Wschodzie, o prasie podziemnej w Polsce, jest też trochę poezji, przedruków z pracy londyńskiej, kazania oraz modlitwy polskich księży, a także rubryka poświęcona poszukiwaniu rodzin. W piśmie tym nie brakowało też orła polskiego i emblematów narodowych. Chodziło wszak o to, by pokazać, że Polska się nie poddała, że poddać się nie można. Kategoria piąta i ostatnia, dzieląca literaturę drugiej wojny światowej na łatwiejsze do ugryzienia kawałki, to kronika tragedii ludzkiej. Nie chodzi tutaj o książki takie jak „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, bo one ukazały się już po wojnie (w tym konkretnym przypadku – po raz pierwszy w Londynie w 1953 roku), nie mogły więc mieć wpływu na czytelnika w okresie przed 1945 rokiem. Warto natomiast wspomnieć chociażby „The German New Order in Poland”, publikację wydaną w 1942 roku w Londynie przez polskie Ministerstwo Informacji i Dokumentacji. Zawierała ona raporty o zbrodniach niemieckich na ziemiach polskich w okresie 1939-1941. O tekście tym wspomina Ksawery Pruszyński w cytowanym już powyżej artykule „Słowo polskie w ZSRR” (Pruszyński 1990, s.200). Istotą całej literatury okresu wojny jest nadzieja i pokrzepiający ton oraz wiara w przejściowość sytuacji, przekonanie, że gdy nastanie pokój, Polacy powrócą do swojego kraju. 3. Drugi etap historyczny to lata powojenne, aż do 1989 roku, a więc czas PRL. Literatura tego okresu różni się wyraźnie od tej pisanej przedtem i potem. Jest to mianowicie literatura z misją. Gra toczy się o wielką stawkę, o suwerenność Polski. Zacznijmy od Czesława Miłosza. Jego „Zniewolony umysł” ukazał się po polsku w Paryżu w 1953 roku. Jednocześnie wydano tę książkę w tłumaczeniu na angielski, francuski i niemiecki. Wraz ze „Zniewolonym umysłem” wkroczył Miłosz w szeregi pisarzy politycznych i antykomunistycznych. W Polsce, oficjalnie, został okrzyknięty zdrajcą, a jego książki trafiły na indeks. „Zniewolony umysł” to wiwisekcja totalitaryzmu, dlatego też książka stała się biblią opozycji demokratycznej w Polsce. Początkowo przemycano ją przez granicę, co służby celne starały się uniemożliwić, a od lat 70. do 1989 roku była dostępna w drugim obiegu. Książka ta wzbudzała kontrowersje nie tylko na linii komuniści-antykomuniści, lecz była też powodem do dysput niejako wewnętrznych. Gustaw Herling-Grudziński mówił o „Zniewolonym umyśle”, że choć książka napisana jest wspaniale, to on nie może się do niej przekonać, bo te pojęcia, które Miłosz wymyślił – Ketman, Nowa Wiara, pastylki Murti-Binga – są wydumane za biurkiem i nie mają żadnych odpowiedników w rzeczywistości (Herling-Grudziński 2000b, s.96). Jednak to nie Miłosz i nie Herling-Grudziński byli mistrzami kontrowersji i sporu. Był nim Witold Gombrowicz. W swoim „Dzienniku” bardzo krytycznym okiem spoglądał nie tylko na kraj, ale również na środowiska emigracyjne. Gombrowicz wbijał szpile, zapładniał umysły, powodował dyskusje. W 1954 roku napisał w „Dzienniku”, że literatura emigracyjna została zaprzężona do służby ideałom, ojczyźnie, czytelnikom (wszystko to doskonale potwierdza stawianą przeze mnie tezę), wszystkiemu, tylko nie własnym swoim racjom (Gombrowicz 2004, t.1, s.161). Słowa te prowokują do dyskusji o roli emigracji. Czy ma ona jakiś swój – sam w sobie – cel nadrzędny? Czy może istnieć poza ideałami, ojczyzną i czytelnikiem (a dla Polskiego pisarza, jak wiadomo, największe skupisko czytelników mieści się nie gdzie indziej, jak tylko nad Wisłą)? W roku 1956 opisuje, jak to Jerzy Giedroyc przysłał mu stos pism wydrukowanych w Polsce. W pismach tych nieznane Gombrowiczowi nazwiska, recenzje książek, o których wcześniej nie słyszał, aluzje, starcia i spięcia, których nie potrafi rozszyfrować (Gombrowicz 2004, t.1, s.324). Notatka ta rodzi kolejne pytania, jak m.in.: czy emigracja może wpływać na kraj, skoro ledwo go rozumie? W roku 1960 Gombrowicz krytykuje ukazujące się w Londynie „Wiadomości”, twierdząc, iż w piśmie tym nie dopuszczono by do głosu tych, którzy przemawiają dzięki paryskiej „Kulturze” (Gombrowicz, t.2, s.209). W ten sposób prowokuje Gombrowicz do dyskusji o różnych ośrodkach emigracji. Rola Gombrowicza to właśnie prowokowanie i zmuszanie czytelników do samozastanowienia, do analizy sytuacji, do opowiedzenia się. Dalsza opowieść to dwa nazwiska. „Chuligan wolności” – Andrzej Bobkowski i „buntownik bez powodu” – Marek Hłasko. Bobkowski po wojnie spędzonej w Paryżu, co opisał w „Szkicach piórkiem” wydanych przez Instytut Literacki w Paryżu w 1957 roku, wyemigrował do Gwatemali w ucieczce przed Europą, o czym możemy przeczytać w książeczce zatytułowanej „Z dziennika podróży”. Działał on w organizacji Niepodległość i Demokracja, która protestowała przeciwko Jałcie i Poczdamowi, i cofnięciu uznania przez państwa zachodnie Rządowi RP na obczyźnie (Bobkowski 2006b, s.208). Sam Bobkowski określał siebie mianem intelektualisty „z jajami”, w opozycji do Miłosza, który jaj miał być pozbawiony (Bobkowski 2006a, s.67), a o Gustawie Herlingu-Grudzińskim mówił: „bratnia dusza” (Herling-Grudziński 2001, s.462). W sprawie Polski umieszczenie Bobkowskiego na linii między Miłoszem a Herlingiem-Grudzińskim wydaje mi się bardzo trafne. Co do Hłaski – warto wspomnieć autobiograficzną książkę „Piękni dwudziestoletni” wydaną po raz pierwszy w 1966 roku przez Instytut Literacki w Paryżu. W książce tej opowiada Hłasko w sposób kompromitujący o sytuacji w kraju, mówi o tym, jak to nie chciano wydać mu dwóch książek, jak go szkalowano. Książeczka ta ciekawa jest dziś szczególnie ze względu na debatę lustracyjną. Otóż Hłasko opisuje w „Pięknych dwudziestoletnich” swoje kontakty z UB. Twierdzi, że wdzięczny jest swoim „łapsom”, bo gdyby nie kazali mu pisać donosów, pewnie nigdy nie zostałby pisarzem (Hłasko 1988, s.21). Do tego – pisanie donosów pobudzało go twórczo, pisząc donosy zmyślał, budował intrygi i afery, dbał, by każda z jego ofiar miała swój własny styl mówienia, swoje powiedzonka. Pisanie donosów dla UB było dla niego także szkołą formy – krótkie, zwięzłe, klasyczne historyjki. Wszystko to wykorzystał później pisząc swoje opowiadania. Książki takie jak „Piękni dwudziestoletni” były ważne, ponieważ pozwalały poznać prawdę oderwanym od kraju emigrantom. Poznać prawdę o kraju pomagał też m.in. Stefan Kisielewski, który – choć przebywał w kraju – publikował za granicą pod pseudonimem, jako Tomasz Staliński. Nie czytałem tych książek publikowanych przez niego w Paryżu, ale z ich opisów, oraz z tego, co sam Kisielewski pisał w swoich „Dziennikach” wynika, że książki te były właśnie diagnozą sytuacji społecznej w kraju. Długo by wymieniać kolejne nazwiska, dlatego też przejdę od razu do jednego z nazwisk kluczowych. Mam tutaj na myśli Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który od początku lat 70. zaczyna na łamach paryskiej „Kultury” publikować swój „Dziennik pisany nocą”. Dziennik ten, w wydaniach książkowych, dzięki drugiemu obiegowi dociera do czytelników w Polsce. Gustaw Herling-Grudziński zdecydowanie opowiadał się za obaleniem komunizmu i był przeciwnikiem jakiegokolwiek kompromisu z komunistami. Jego „Dziennik…” to doskonały przykład podbudowujący moją tezę, że literatura czasu PRL miała swój nadrzędny cel w suwerenności Polski. Dziś jednak Gustaw Herling-Grudziński, mimo tak zdecydowanej postawy, nie stanąłby po stronie lustrujących i dekomunizujących prawicowców, bo jego zdaniem w 1989r. miał w Polsce miejsce klasyczny upadek reżimu i wtedy – tylko wtedy – należało wyraźnie zaznaczyć głęboką cezurę pomiędzy komunizmem a III RP na wzór okresu tzw. epuracji, czyli w przypadku omawianym przez Herlinga-Grudzińskiego, przejścia od faszyzmu do ustroju demokratycznego we Włoszech (Herling-Grudziński 2000b, s.84-85). Sytuacja przedstawiona przeze mnie to duże uproszczenie materii. Emigrant emigrantowi nierówny. Hłasko pracował na czarno jako robotnik budowlany w Izraelu (Hłasko 1988, s.107), Gombrowicz był urzędnikiem bankowym w Argentynie, Bobkowski prowadził w Gwatemali sklep i klub modelarski, Miłosz zaś, jak sam pisał w „Widzeniach nad Zatoką San Francisco”, był elementem tzw. „emigracji talentów” (Miłosz 2000, s.201). Niektórzy wracali, jak Melchior Wańkowicz (Bobkowski 2006a, s.65, przypis 2) i szli do więzienia, lub więzienie przynajmniej im groziło. Inni jeszcze, jak Janusz Głowacki, wyjeżdżali późno i przypadkiem (Głowacki 2004, s.5-19). Kolejni emigrowali – do wewnątrz. Przykładem może być tutaj Henryk Elzenberg, który z czystym sumieniem mógł fragmenty swego dziennika drukować w prasie krajowej, bo zajmował się filozofią, etyką, literaturą biorąc na warsztat myślowy to, co wydawało się nieaktualne, niegroźne, akademickie. Suwerenność jednak – wspólny mianownik wszystkich tych prac – przez cały czas wisiała w powietrzu. 4. Polska literatura emigracyjna po 1989 roku to dla mnie głównie dwa nazwiska: Krzysztof Rutkowski i Mariusz Wilk. Pozornie wiele ich dzieli. Pierwszy mieszka w Paryżu, drugi peregrynuje po bezdrożach północy Rosji. W „Ostatnim pasażu” pisze Rutkowski o stolicy Francji: „Przypowieść niniejsza dotyczy Widowiska Wcielonego [koncepcja Guy’a Deborda – W.W.], w którym tkwię zanurzony od dwudziestu lat. Widowisko to rozgrywa się w Paryżu. W Paryżu Widowisko rozgrywa się wyraźniej i głośniej niż w innych miastach Europy, bo Paryż był i jest stolicą znaków wyjątkowo licznych, wyjątkowo nachalnych, wyjątkowo jaskrawych, bezczelnie natrętnych” (Rutkowski 2006, s.37). Jest to świat trendów i mód, pieniędzy i blichtru, szyb wieżowców i lakieru najnowszych wozów. Mariusz Wilk zaś pisząc o swoim miejscu zamieszkania zgoła inne porusza tematy: „Ziemia na Północy jest trudna do uprawy. Żyznej gleby tu mało, przeważa piach, glina i kamienie. […] Klimat tu także nie sprzyja ogrodom: śnieg leży długo, ziemia wolno taje, a częste przymrozki warzą rośliny. […] Na Sołowkach [archipelag wysp na Morzu Białym, gdzie mieszkał Mariusz Wilk – W.W.] dominuje kartoszka [kartofle – W.W.] – główny produkt spożywczy na Wyspach” (Wilk 1998 s.64). Mimo życia w dwóch pozornie różnych światach Wilk i Rutkowski to bratnie dusze. Świadczy o tym nie tylko fakt, że wzajemnie o sobie piszą (Wilk 1998, s.62; Rutkowski 1997, s.326-329), ale również fakt, że stoi przed nimi to samo zadanie. Symboliczny koniec XX w. dla polskich pisarzy wybierających emigrację oznaczał nowe zadania. Polska otworzyła się na świat, a Polacy potrzebowali kogoś, kto im ten świat pokaże, kto oprowadzi ich po labiryncie Zachodu (i Wschodu), wyjaśni dziwy, wprowadzi w arkana tego co za granicami, a co – zdaje się – wyprzedziło ich i zostawiło daleko w tyle. Dwaj wspominani tutaj pisarze, chcąc nie chcąc, świadomie lub nie, swoim życiem i twórczością potwierdzają moją tezę: od sytuacji Polski – i w Polsce – zależy, co piszą. W nowych warunkach chodziło o to, by opisywać obcy Polakom świat, który właśnie się na nich otwierał. Krzysztof Rutkowski wyjechał z Polski do Paryża w roku 1985. Zaliczam go jednak do nurtu związanego z rzeczonym przełomowym rokiem, a dlaczego – polski Paryżanin wyjaśni za mnie: „W roku 1989 zadzwonił do mnie Antek Pawlak, poeta. Powiedział, że zakłada z kolegami gazetę. Tytuł głupi: «Gazeta Wyborcza», ale jak wreszcie pognamy czerwonego, to się tytuł zmieni. Zapytał, czy nie pisałbym felietonów z Paryża: lekkich, trochę snobistycznych, ale bez przesady, jak się tu (czyli we Francji) żyje i jak smakuje paryskie powietrze. Dla pożytku, przyjemności i pokrzepienia serc” (Rutkowski 1998, s.14). W tej perspektywie jasna jest rola Krzysztofa Rutkowskiego, jako pisarza mającego oswajać dla rodaków szeroki świat. Mariusz Wilk na Wyspy Sołowieckie trafił pod koniec 1992 roku. Był dzieckiem Giedroycia i do jego śmierci, do 2000 roku, publikował w paryskiej „Kulturze”. „Pisząc bowiem dla «Kultury», miałem wrażenie, że jestem wzrokiem Redaktora, że dla Niego penetruję północne rubieże Rosji, a On w swoich listach do mnie zadawał mi pytania, stawiał zadania, jednym słowem: inspirował mnie. Był moim pierwszym i najlepszym czytelnikiem… Po Jego śmierci «Kultura» przestała wychodzić, a ja jakiś czas rozmyślałem, żeby w ogóle zarzucić pisanie” (Wilk 2005, s.121). Gdy Redaktor osierocił Wilka, zgłosili się do niego redaktorzy „Rzeczpospolitej”. W ten sposób jego zapiski trafiły do dodatku „Plus-Minus”, a autor „Domu nad Oniego” zaczął pisać dla większego grona polskich krajowych odbiorców, stał się wzrokiem większej ilości ludzi. 5. Pierwszego maja 2004 roku na zachód Europy ruszyły masy Polaków. Otwarcie granic i rynków pracy niektórych europejskich państw zaowocowało exodusem spragnionych godziwych zarobków i lepszych perspektyw (głównie) młodych Polaków. Zmienia się więc rola literatury. Od teraz nie potrzeba już pisarzy, którzy pokażą Polakom świat, bo Polacy sami wyjeżdżają, by go oglądać. Trzeba opisać doświadczenie szoku kulturowego, przeżycia Europejczyka ze wschodnich rubieży kontynentu w spotkaniu z Innym, wspólny los ponad miliona osób, które w poszukiwaniu dobrobytu ruszyły na podbój Zachodu. Wiemy już co się stało, ale na literaturę wciąż czekamy. Polska prasa w Irlandii i Wielkiej Brytanii kwitnie, Internet pełen jest blogów emigrantów. Co do książek, jakie pozostawi po sobie ta fala emigracji nie możemy jak do tej pory powiedzieć wiele. Napiszą coś, na pewno. Ale czy będzie wśród nich reportażysta, jak Ksawery Pruszyński? Albo poeta, jak Antoni Słonimski? Jakiś Miłosz, Bobkowski, Gombrowicz? Bibliografia: * Bobkowski, Andrzej. 2003. Szkice piórkiem, Warszawa: CiS.
категории: [ ]
|
Новости сайта10.01.2008 - состоялось открытие сайта. Поиск |