|
|
Guziakiewicz E. AFRODYTATemat z pozoru wyświechtany i banalny — miłość klonowanego androida i człowieka, rzecz nie taka niezwykła we współczesnej prozie science fiction, eksploatującej wszelkie możliwe motywy. Dla autora tej mikropowieści jest on wszakże pretekstem, by zająć się ostrożną psychologiczną analizą związku olśniewająco pięknej młodziutkiej kobiety i dużo starszego od niej mężczyzny. Czy w takim stanie rzeczy chodzi tylko o wyuzdanie i seks? Co może łączyć faceta, który życie ma już za sobą i łapie jego ostatnie chwile, z nieco naiwną laską, nieświadomą posiadanych umiejętności i niezwykłej siły przebicia? Jest to ponadto utwór z pewnym niepokojącym przesłaniem, wyraźnym dla bardziej krytycznego czytelnika. Konwencja sf pozwala bowiem autorowi na ukazanie tego, jak dalece będzie można w przyszłości uprzedmiotowić człowieka i zamienić go w kosztowną zabawkę. Roztacza więc wizję niewolnictwa w epoce technologicznej perfekcji, a przy tym niewolnictwa na swój sposób wyrafinowanego. Piękna kobieta z kontrolowaną elektronicznie osobowością jako pociągający «towar» daje bowiem oferującej ją firmie niewiarygodne wręcz możliwości skrytej manipulacji klientem. *** Część pierwsza Zamarła przy wejściu do wyłożonego marmurem wysokiego salonu. W milczeniu stała, z oddaniem wpatrując się w pochłoniętego myślami Raoula. W takich chwilach czas się dla niej nie liczył. Ten wreszcie drgnął, słysząc cichutki szelest lub raczej domyślając się jej obecności i machinalnie się obejrzał. Z roztargnieniem zlustrował jej postać. Przyszło mu do głowy, że pewnie zadurzona w nim dziewczyna adoruje go tak już od kilku minut, a na jego twarzy zagościł zagadkowy półuśmiech. Z ulgą się przeciągnął i odłożył na blat błyszczący prospekt, nad którym się zadumał. Uzmysłowił sobie, że bardzo dobrze zrobił, decydując się na tę długonogą laskę. Była warta grzechu. Połakomił się na anielicę z figurą Miss Universum i nie miał powodu, by tego żałować. Naturalnie musiał przezwyciężyć w sobie pewne opory, związane z tradycyjnym wychowaniem. Pamiętał, że początkowo krępowały go niewinne spojrzenia chabrowych oczu boskiej dziewiętnastolatki i że w pierwszych tygodniach jej posiadania zachowywał się wobec niej jak nuworysz wobec lodowatego i dystyngowanego lokaja. Było w tym coś na kształt nie tylko subtelnego kompleksu niższości, ale i spychanego do podświadomości poczucia winy. Z moralnego punktu widzenia nie zasługiwał na kogoś takiego jak ona. Na utworzonej z asteroidów między Marsem a Jowiszem i znanej z zamożności Dianie nabywanie klonowanych dziewcząt było wszakże zalegalizowane — zatem każdy, kto dysponował większym szmalem, a przy tym lubił nim szastać, mógł sobie taką zafundować. Na innych globach Układu Słonecznego krzywiono się z cicha na tę praktykę, zarzucając Diananom, że handlowanie klonowanymi hurysami pachnie niewolnictwem. Przyganiał kocioł garnkowi. Ci popieprzeni dyplomaci najchętniej zamieniliby cały Układ Słoneczny w szkółkę niedzielną! Nic się nie zmieniło pod tym względem od stuleci — a szczególnie na Ziemi, która miała opinię najbardziej konserwatywnej z planet. No, może nieco inaczej było na księżycach Jowisza i Saturna. Im dalej od trzeciej od Słońca, tym większy luz! On sam po kilkudziesięciu latach służby ostatecznie pożegnał przejmującą grozą lodowatą bazę na odległej planetoidzie i przeszedł na zasłużoną emeryturę. Nigdy nie był żonaty i pewnie dlatego wysyłano go tam, gdzie diabeł chichocząc mówił dobranoc, czyli na obrzeża Układu Słonecznego. Na jego koncie w Marsjańskim Banku Komercyjnym uzbierała się niezła sumka, która dodatkowo urosła dzięki temu, że poza orbitą Plutona przypadkiem trafił na znaczne złoża retelitu, więc mógł się urządzić na spokojnych przedmieściach Nowego Konstantynopola. Kupił urządzoną ze smakiem kredowobiałą willę z palmami w przestronnym atrium i podświetloną pływalnią z delfinem. Miał dwa młode oswojone owiraptory. W rezultacie tego wszystkiego zajmował się tym, o czym skrycie marzył od najmłodszych lat. A więc niczym. Z natury pasywny, uwielbiał błogą bezczynność i już jako podrostek potrafił godzinami wylegiwać się i wpatrywać się w biały sufit lub z rękami w kieszeniach włóczyć się bez celu po okolicach miasteczka i zbijać bąki. W głębi duszy nie gardził — jak prawie każdy mężczyzna — subtelnymi doznaniami zmysłowymi i nie zmieniły jego skłonności wymagające wstrzemięźliwości lata służby w Siłach Kosmicznych Układu. Co więcej, wydawało się, że je jeszcze wzmocniły. — Podejdź, nie przeszkadzasz mi — życzliwie zachęcił dziewczynę. — Już skończyłem... Afrodyta była pierwszą i jedyną niewolnicą, na jaką mógł sobie w życiu pozwolić. Bywały chwile, w których wątpił w to, czy psychicznie dojrzał do jej posiadania. Jakaś część jego ja nie godziła się bowiem z tym, że modelka o fenomenalnej urodzie nie posiada przyrodzonych praw, należnych żywej istocie ludzkiej. Przez pierwszy tydzień tłumił w sobie żądze, nie chcąc posuwać się wobec niej za daleko i traktując ją nieomal jak daleką kuzynkę, która na krótko zatrzymała się pod jego gościnnym dachem. Zachowywał się jak zadurzony sztubak i skwapliwie zabiegał o jej względy. Instynktownie grał rolę, która mu odpowiadała i jakoś go usprawiedliwiała we własnych oczach. Obiektywnie biorąc, jego zawstydzające zaloty i żenujące umizgi nie miały najmniejszego sensu i stanowiły bezsporną stratę czasu. Afrodyta bowiem była do niego bezwarunkowo przystosowana, a wszczepione jej standardowe programy z wyrafinowanym kluczem erotycznym załatwiały sprawę. Rzadko kiedy zawodziły. Psychotronika stała wysoko na Dianie i w mózg klonowanego ciała, w którym aż roiło się od implantów i mikroprocesorów, wpisano złożony zespół zachowań, zadowalających nawet najbardziej wybrednego kochanka. Blondynka o figurze Marilyn Monroe była więc na wpół elektroniczną maszyną do uprawiania seksu i zaspakajania męskiej chuci. I właściwie niczym więcej. Z prawnego punktu widzenia pozostawała androidem klasy zerowej. Człowiek wolny posiadał naturalnych rodziców i miał trochę inaczej poukładane w głowie. — Niczym więcej? — zapytał swego niewyraźnego odbicia w forniturze czarnego fortepianu, gdy podniósł się z wyściełanego miękką skórą fotela. — Niczym?! Dopiero teraz podeszła do niego, nie rozumiejąc jednakże rzuconych półgłosem słów. Nie była Alicją z Krainy Czarów i nie mogła przejść na drugą stronę lustra. Tym niemniej umiała wodzić go na pokuszenie i posiadała przewyborny dar zrzucania z siebie w jego towarzystwie i tak z reguły dość skąpego odzienia. Owiał go oszałamiający zapach jej drogich perfum. — Tak, Raoulu? — zapytała, a jej niewinnie spoglądające niebieskie oczy wydawały się wyrażać potrzebę odgadywania jego najskrytszych pragnień. — Coś cię niepokoi? Ogarnął ją ramieniem i przytulił do siebie. Lubił ciepło jej ciała i jedwabistą gładkość jej skóry. — Nie, zupełnie nic — westchnął. — Jesteś słodka jak cukiereczek — pocałował ją w ucho, odgarniając furę jasnych włosów. — Jak zwykle. Zamruczała jak kotka i lekko się od niego odsunęła. — Czy wieczorem gdzieś razem wychodzimy? — ciekawie zapytała. Zerknął na wmontowany w ścianę cyferblat zegara, pokazującego czas na wszystkich planetach i księżycach Układu Słonecznego. — Może tak, a może nie — ziewnął, dyskretnie przysłaniając dłonią usta. — Pogodę mamy jak wymaluj i nie zapowiadano na dzisiaj deszczu — skonstatował, ale bez przekonania. Na południu znaczyły się rozległe pola uprawne, więc kropiło tam częściej niż gdzie indziej. Nagle się ożywił. — Wiesz, o czym dumam? Nigdy byś nie zgadła. Na tak postawione pytanie Afrodyta miała zawsze gotową tylko jedną odpowiedź. — Chcesz się teraz kochać? — gdy się z tym do niego zwracała, jej lekko wibrujący aksamitny głos wydawał się zniewalać. — Nie — pokręcił przecząco głową. — To znaczy, tak — poprawił się z ożywieniem. — Ale nie o tym myślałem, wspominając o mych najskrytszych marzeniach. — Zawahał się. — Lata lecą, a póki co chciałbym jeszcze wybrać się na Ziemię — zdradził wreszcie z pewnymi oporami. Zajrzał z niepokojem jej w oczy, jakby licząc na to, że przesłodka przyjaciółka oceni ten zamysł z własnego punktu widzenia. — Tam się przecież wychowałem, spędziłem dzieciństwo i młodość, chodziłem do szkoły i studiowałem. Stąd sentymenty. Ech, dużo by opowiadać! Dziewczyna nigdy jednak nie oceniała jego projektów i zamierzeń. Tego jej nie było wolno i pod tym względem — niestety — nie różniła się nawet od prymitywnego androida klasy czwartej, który co piątek przylatywał mobilem i czyścił jego basen. Tkwiła w cienkiej półprzeźroczystej powłoce snu i obce jej były zawiłości życia wewnętrznego. — Jeżeli tak uważasz... — uniosła brwi, lekko marszcząc czoło. Przez króciutką chwilę się zastanawiała. — Czy to oznacza, że zabierzesz mnie tam ze sobą? — Ma się rozumieć — roześmiał się, z rozbawieniem zacierając ręce. — Przecież stać mnie na bilety w obie strony. Póki co, nieźle stoję z kasą. Potem sięgnął dłońmi do jej pełnych piersi, delektując się nimi i delikatnie je pieszcząc. Uwielbiał je całować. Przeszyła go odkrywcza myśl, że Bóg miał naprawdę dobry dzień, kiedy stwarzał kobietę. Była jego najbardziej udanym dziełem. Wyczuł twardniejące sutki. Poddała mu się z rozkoszą, a jej źrenice lekko się zwęziły. Przyciągnął ją do siebie i musnął wargami jej szyję, a następnie odsłonięte ramię. Zastanowił się mimochodem nad planowaną wyprawą na Planetę Matkę. Nie był pewny tego, czy mógłby faktycznie tam polecieć z prześliczną kurtyzaną o platynowo-złotych włosach. Znakomicie sprawdzała się jako osoba do towarzystwa i był dumny jak paw, mogąc pojawiać się z nią w publicznych miejscach. Ostatnio chwalił się nią na zlocie swojego rocznika Sił Kosmicznych Układu i widział wściekłą zazdrość w oczach niektórych kolegów. Ani jeden z nich nie domyślił się, że towarzysząca mu skromnie piękność jest klonowaną „podróbką”. Jedynym znakiem rozpoznawczym cyborga była mikroskopijnej wielkości metalowa tulejka, mieszcząca się tuż poniżej kości ogonowej — ale przecież żaden z przypadkowych obserwatorów nie zaglądał urodziwej seksbombie do dessous. Jednak na Ziemi posiadanie stymulowanych elektronicznie niewolnic było zakazane. Obiło mu się gdzieś o uszy, że podobno czyniono jakieś wyjątki dla osób, cieszących się obywatelstwem Diany, lecz nie był pewny tego, czy obejmują one takich jak on dysponentów. Przeszło mu przez głowę, że powinien połączyć się z radcą prawnym firmy, w której ją nabył i go o to zapytać. — Gdzie to zrobimy, kochany? — omdlewająco półszepnęła. Na myśl o rozkoszy oczy zachodziły jej mgłą. Wskazał jej dłonią miękki puszysty dywan, pokrywający środek salonu. Poszła spojrzeniem za tym gestem. Ułożyła się wdzięcznie w miejscu, które wybrał i zachęcająco rozchyliła uda. — Chodź! — błagalnie wyciągnęła do niego ramiona. B ezmyślnie dłubał wykałaczką w zębach i z poirytowaniem wlepiał gały w wirtualny ekran, nie pojmując, skąd się biorą fale anomalii. Symulacja z początku przebiegała bez zakłóceń, potem jednak coś się rwało, a doskonale wymodelowane i płynne zachowania hurysy traciły harmonię. Wydawało się, że w programie są błędy. Nagłe i obce impulsy sprawiały, że urocza madonna przeistaczała się w okamgnieniu w wojowniczą amazonkę, jeśli nie wręcz w napastliwego i pozbawionego skrupułów najemnika. — Co za palant grzebał w projekcie?! — wykrztusił wreszcie z siebie, nie pojmując, co się stało. Chodziły mu po głowie różne domysły. Ubrdał sobie, że to wina jakiegoś programisty nieudacznika, który musiał coś schrzanić. Zajęcie miał nudnawe, jak wszyscy początkujący w tym dziale. Od dwóch dni testował na monitorze kolejne nafaszerowane chipami klony, badając ich reakcje w kilkuset standardowych sytuacjach, ale wcześniej nie natrafił na żaden podobny przypadek. Rzadko kiedy odstępstwa od normy były większe niż dwie lub trzy setne procenta. Popadł w niepokojącą zadumę, potem sięgnął od niechcenia po pobudzające pastylki, wysypał kilka z tulei, wybrał jedną i wrzucił sobie do ust. Popił sokiem z pomarańczy. Zdecydował się przejrzeć jeszcze raz symulację, oznaczoną numerem dwieście siedemnastym, ale postanowił wpisać od nowa parametry wyjściowe. Interakcje z pierwszej setki były bezbarwne i usypiające, więc ciągnęły się mu jak włoski makaron. Klonowana piękność odpowiadała bowiem na zwroty typu: "Dzień dobry!", "Do widzenia!" i na banalne pytania z rodzaju: "Jak się nazywasz?", "Co cię łączy z panem X"? Druga setka była ciekawsza, bo zahaczała o gry ruchowe i sporty ekstremalne, a poza tym obejmowała różnorakie sytuacje konfliktowe. Testowana madonna, mająca na imię Iryda, znajdowała się w grawitującej w próżni dużej bazie kosmicznej, gdzie napadał na nią silniejszy od niej jednooki cyborg, przystosowany do bezpardonowej walki wręcz. Powinna była zręcznie się wycofać, korzystając z labiryntów słabo oświetlonych korytarzy. Tymczasem ku zdumieniu Paula ta wcale nie zamierzała dawać nogi. Stawała dęba i jak byk na corridzie ruszała do wściekłego kontrnatarcia, które kończyło się dla niej fatalnie. Ogarniała go groza. Walcząca dziewczyna w wirtualnym starciu traciła obie ręce, a potem cyklop dostawał ją w swe łapy jak łopaty, łamiąc jej z trzaskiem kręgosłup. Odstępstwo od wzorca sięgało siedemdziesięciu czterech procent. Siedział w obrotowym fotelu i główkował nad rozsierdzonym klonem kamikadze. Ukończył z wyróżnieniem informatykę przemysłową ze specjalizacją z dziedziny produktów metaorganicznych, ale teoretyczną wiedzę uniwersytecką dzieliła zawsze od praktyki spora przepaść. — Dlaczego ten wredny babsztyl utracił instynkt samozachowawczy? — warknął, wyrzucając z siebie, co go bolało. — Też mi coś, grecka bogini tęczy, posłanniczka Zeusa i Hery! — Zaaferowany gładził brodę, na której rysował się ledwo znaczący się zarost. Jeszcze się nie golił. — Co to może być, do diaska? — z wysiłkiem koncypował. — A jeśli to jakieś zwarcie na pułapie sprzężeń zwrotnych? — olśniła go nagłe przypuszczenie. Zaraz je odrzucił. Wreszcie dał sobie z tym spokój. — Szlag by to trafił! — żachnął się, z niesmakiem sumując domorosłe zmagania z pięknym klonem, który nie chciał się podporządkować firmowym wymaganiom. Nie był od tego, żeby zajmować się tak wyrafinowanymi zadaniami. — Hej, profesorze!.. — zawołał, nie ruszając się zza pulpitu. — Maaa-myyy kło-po-ty!.. Ten akurat przechodził obok jego boksu, więc chcąc nie chcąc musiał się zatrzymać. Krótko przypatrywał się temu, co na ekranie pozostało z walecznej hurysy, a potem skrzywił się z niechęcią i orzekł: — Znów pracujemy na podzespołach tych klonowanych amazonek. Wojowniczki jakoś ostatnio nie idą, wyszły z mody. Klienci są zdania, że klony płci męskiej lepiej się prezentują w roli goryli i ochroniarzy, więc tamci z góry z konieczności przystosowują nam części do kurtyzan, nad którymi teraz, biedaku, siedzisz. Oto cena, jaką musimy płacić za drastyczne oszczędności w firmie — podsumował. — Ale nie przejmuj się — życzliwie klepnął chłopaka po plecach. — Zapisz ten egzemplarz na straty. Przepuszczaj tylko te, które za bardzo nie wierzgają. — Serio?! — Paul zrobił wielkie oczy. Wydawało mu się, że dorośli nie są zdolni do takich świństw jak to, na które patrzył. — Przecież te mikroprocesory są już po solidnej obróbce. Nie da się więc do końca wymazać instynktu walki. Jak taka rozmarzona słodka cizia w pewnej chwili uzmysłowi sobie, że może z nagła przyłożyć fagasowi, który korzysta z jej usług, to... — Ciii-cho! — profesor rozejrzał się niepewnie dookoła, jakby w obawie, że ktoś niepowołany może ich usłyszeć. Licho nie spało. — To nie moja, ani nie twoja sprawa, młody kolego — bezradnie zatrzepotał rękami. — Rób tylko to, co do ciebie należy — gorączkowo rzucił na pożegnanie i odfrunął czym prędzej w stronę innych boksów. Paul pozostał sam na sam z kasandrycznymi myślami. Długo medytował, wreszcie podniósł się i podejrzliwie rozejrzał nad ściankami działowymi, bacznie lustrując otoczenie. Inni już wychodzili, kończąc pracę. Pokusa była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Zamruczał wstydliwie pod nosem i ukradkiem sięgnął do szuflady, wydobywając maleńki dysk, który przemycił poprzedniego dnia. W niespełna dwie minuty ustawił na nowo parametry wyjściowe symulacji. Dorzucił swoje dane osobiste, założył kask mentalny, a następnie zanurzył się w błogim świecie wirtualnym. Był ciekawy tego, jak zaprogramowana na miłość i oddanie Iryda wobec niego się zachowa. — Narowista jesteś, kochana, ale taki ogier jak ja poradzi sobie z tobą — szepnął podniecony. — Dostaniesz więcej niż się spodziewasz, madonno. Pewnie już przełykasz ślinkę. Pierwsze sekwencje były obiecujące. Śliczna kurtyzana zaprosiła go do komfortowego apartamentu. Następnie opuściła go na chwilę, zmieniając toaletę. Wróciła do niego w czymś, co sprawiło, że zaparło mu dech z wrażenia. Wziął ją w ramiona, szepcząc jej do ucha szalone wyznania miłosne. Kiedy jednak łakomie zsunął dłonie na jej kształtne biodra, odepchnęła go, a potem niespodziewanie przywaliła mu pięścią w zęby. Instynktownie się cofnął, a jego fotel poleciał do tyłu. — Szlag by to trafił! — warknął, podnosząc się z posadzki w szachownicę i zrywając kask mentalny. — Boli. — Masował ręką stłuczone ramię. Pomieszczenie wypełnił modulowany sygnał alarmowy, a czerwone światło nad wejściem zaczęło pulsować. — Wpadłem, to nokaut! — bezradnie jęknął, rzucając się do komputera, żeby skasować nagranie. Milutki kobiecy głos ciepło instruował przez głośniki: "Naruszenie statusu w sekcji B. Uprasza się o przerwanie pracy, natychmiastowe opuszczenie sali i zgłoszenie się do punktu kontroli!" J ak się pokrótce okazało, mógł polecieć na Ziemię w towarzystwie bliskiej jego sercu, aczkolwiek nieco kłopotliwej niewolnicy. Ozięble mu zakomunikowano, że rysuje się taka ścieżka prawna, ale wiąże się ona z pewnymi niedogodnościami i w związku z tym nie jest zalecana przez właścicieli firmy "Body Perfect". Połączono go z szefem jakiegoś ważnego działu, który mu wyjaśnił, jak się rzeczy mają. Raoul musiał mianowicie — śmieszna sprawa — wziąć ślub z domowym androidem. He, he! Ma się rozumieć, na Dianie nie udzielano takich małżeństw, a co więcej — bezwzględnie ich zakazywano, grożąc poważnymi sankcjami. W przestrzeni kosmicznej panowały jednakże inne obyczaje niż na tym globie, a na pokładach wahadłowców respektowano liberalne przepisy kodeksu międzyplanetarnego. Tam pasażer mógł się związać świętym węzłem małżeńskim — opowiadano sobie o tym z rechotem, trzymając się za brzuchy — nawet z robotem do prac ogrodniczych z sekatorami zamiast rąk. Jednakże w drodze powrotnej z Planety Matki Raoul musiał z kolei — również w kosmosie — wziąć rozwód z nafaszerowaną mikroprocesorami dziewczyną, o ile chciał z powrotem bezpiecznie zagościć na Dianie i z rozpędu nie trafić za kratki lub do hibernatora. Szczegółowych instrukcji, z tym związanych, miał mu udzielić w osobistej rozmowie radca prawny firmy. Niezbędne formularze były dostępne na pokładach transportowców, choć też nie na każdym. Trzeba było zachować ostrożność i z pedanterią zatroszczyć o to, by niczego nie przeoczyć. Odpychający urzędas, z którym telekonferował, łypnął w końcu łaskawie okiem i doradził mu, żeby skorzystał z usług "Air Saturn Company", gdyż u tego przewoźnika o wszystko skrupulatnie dbano. No, ale dojrzał za plecami Raoula coś, co go naprawdę poruszyło, wyzwalając w nim potrzebę wyciągnięcia przyjaznej dłoni. Zaaferowany komandor nie zastanawiał się nad tym, co, gdyż z tyłu za sobą miał tylko marmurową ścianę i wejścia do modułu kuchennego oraz do dwu uroczych sypialni. Odniósł przelotne wrażenie, że właśnie kręcił się tam któryś z jego owiraptorów, Cezar lub Brutus. Połączenie z biurem informacyjnym się urwało i wypełniający całą ścianę salonu przestrzenny obraz skurczył się i zgasł, zamieniając się w świecący coraz słabiej punkt w przestrzeni. Raoul przeciągnął się z ulgą, aż strzeliły mu kości. Uśmiechnął się pod nosem. Nieoczekiwanie zarysowano przed nim błogą perspektywę miesiąca miodowego. Nęciło to i kusiło. Wyciągnął się wygodnie w fotelu, przymykając powieki, a myślami się przeniósł na pokład turystycznego wahadłowca, jak przez mgłę widząc Afrodytę w króciutkiej białej sukni ślubnej i z bukiecikiem orchidei w ręku. Jakież to było słodkie! Usłyszał za sobą cichy szelest, to nie mógł być owiraptor, więc obejrzał się zaskoczony. Romantyczny obraz rozprysł się jak rzucone o ziemię zwierciadło. Przyłapała go na gorącym uczynku i zarumienił się jak sztubak. — Już maleńka nie pływasz? — nie mógł ukryć zdumienia. Nie przypuszczał, że dotrze do jej uszu ta rozmowa, no i że ujrzy ją przy okazji sterczącą za nim oschły facet z firmy. Bóstwo było owinięte tylko ręcznikiem kąpielowym. Dziewczyna zwykle nie wychodziła z mającego kilka metrów głębokości i podświetlanego od dołu basenu przez dwa lub trzy kwadranse, z wdziękiem nurkując i ścigając się z delfinem. Potrafiła obyć się bez oddychania znacznie dłużej niż Raoul. — Wróciłam przed kilkoma chwilami, ale przez wschodni pawilon — skwapliwie się wytłumaczyła. — Stałam i nie chciałam ci przeszkadzać. Włosy miała jeszcze wilgotne. Spoglądała na niego z oddaniem, a jej zmysłowe usta aż błagały, żeby je całować. — Ach tak? Po raz któryś z rzędu uzmysłowił sobie, że kiedy wdawał się z kimś w rozmowę, natychmiast pojawiała się obok niby duch. Nie, żeby podsłuchiwać, nic z tych rzeczy! Po prostu była elektronicznie uwarunkowana na pewien rodzaj dyskretnej asysty. Do jej cichych obowiązków należało powściągliwie wspierać go swoją obecnością, z wdziękiem uśmiechać się do interlokutorów i taktownie przytakiwać. I zwykle się z tego wywiązywała. No, ale facetów aż skręcało, kiedy wpadała im w oczy lub o nich się ocierała. Rzadko kiedy można sobie było pozwolić na wymianę grzeczności z tak seksowną babką. — Słyszałaś moją rozmowę z biurem "Body Perfect"? — zapytał, udając oziębłość i surowość. Króciutko się wahała, ale jej wyraz twarzy w niczym się nie zmienił. — A nie powinnam? — zapytała naiwnie i szczerze. — Jeśli nie, to mogę o niej zapomnieć. Cóż prostszego? Odwrócił się wraz z fotelem, nieco skonsternowany. Nerwowo zatarł ręce. Wiedział, że Afrodyta potrafi w jednej chwili wymazać każdą wskazaną przez niego scenkę ze swoich wspomnień, ale wcale nie pragnął, by non stop to czyniła. Tego, co raz zapomniała, nie dawało się już przywrócić. Było jak skasowane z twardego dysku. — Och, nie w tym rzecz — szybko skwitował. — A więc słyszałaś? — Tak — kiwnęła głową. — Mówili, że mogę wyjść za ciebie. Czuł, że musi się wytłumaczyć. — To warunek, byś mogła polecieć ze mną na pieprzoną Ziemię. Powinnaś tam występować w roli mojej żony. To wszystko przez te idiotyczne przepisy, które na każdej planecie są inne. Tam musisz być moją połowicą, zaś tu — z kolei — absolutnie nie możesz nią być — objaśniał. — Więc w drodze powrotnej czeka nas rozwód! — dorzucił z odrobiną złości, bo wiedział, że brzmiało to wykrętnie. Chciał to nieudolnie naprawić, więc ociężale podniósł się z fotela i zbliżył się do dziewczyny, przyciągając ją do siebie. Z czułością pogładził jej wilgotne włosy. — Zgadzasz się na takie rozwiązanie?! Myślał, że potwierdzi to bez wahania, jak zwykle dodając, że jego wola jest dla niej święta i że uczyni wszystko, czego od niej zechce, ale Afrodyta tym razem tak się nie zachowała. Zmarszczyła brwi, z cicha nad czym medytując. — A czy po rozwodzie nic się między nami nie zmieni? Nadal będę mogła być z tobą, i tylko z tobą?! — wiernie zajrzała mu w oczy. Przez chwilę przyglądał się jej podejrzliwie, a potem odetchnął z niejaką ulgą, wypuszczając z płuc powietrze. Nie do końca wierzył, że można tak doskonale sformatować klonowany mózg. Czy raczej — aż tak go wypaczyć. — Ufff! Ależ oczywiście. Nie mogłoby być inaczej — potwierdził z przekonaniem, z przyjemnością gładząc jej rozkosznie gładkie ramię. — Wiesz, że nie zamierzam się z tobą nigdy rozstawać. Ani teraz, ani w przyszłości... Wygłaszając tę kwestię, ciężko westchnął. Bezczelnie kłamał, a to ostatnie wcale nie było prawdą. Klonowane piękności miały gwarancję na siedem lat. A potem po prostu szły na złom, bo firma nie dawała pewności, że nadal wszystko z nimi będzie w porządku. Zwracano je z powrotem do magazynów, gdzie po rozmontowaniu podzespołów — jak Raoul gdzieś zasłyszał — młode martwe ciała wrzucano do pieca krematoryjnego. Zwrot uprawniał do sporej bonifikaty przy zakupie następnej seksbomby. Jeżeli klient był wyjątkowo kapryśny i wybrzydzał na inne piękności, chcąc mieć znowu taką samą dziewczynę, mógł z odpowiednim wyprzedzeniem zamówić klonowanego sobowtóra. Rzadko jednak kiedy nowy egzemplarz był dokładnie taki sam jak poprzedni. Zwykle czuło się i widziało różnicę. Zwłaszcza na początku. Przecież nabywany towar miał znowu dziewiętnaście a nie dwadzieścia sześć lat. Przyszło mu do głowy, że mógłby po ślubie zostać z nią dłużej na Ziemi, ale "Body Perfect" nie miała tam rozbudowanego serwisu. Raz do roku należało oddać androida do okresowego przeglądu, który trwał zwykle kilka dni. Musiałby więc przez sześć kolejnych lat z rzędu latać z dziewczyną na Dianę, sześć razy się z nią rozwodzić i tyleż samo razy brać ślub. Ale takiego numeru już by mu nie wybaczono. Dla przykładu pod byle pretekstem powieszono by go za jaja, by inni nie poszli w jego ślady. — Jeżeli tak, to zgadzam się — potwierdziła. — I na małżeństwo, i na rozwód. Zresztą, po co pytam? — dodała, marszcząc zabawnie nosek. — Przecież twoja wola jest dla mnie święta. I zawsze będę czynić to, co uznasz za słuszne! Pomyślał, że Afrodyta się uczy. Jakaś bardziej optymistyczna część jego męskiego ja obudziła się i zachichotała radośnie. Gdzieś tam, w zakamarkach jej spapranego chipami umysłu, rodziła się potrzeba samodzielnej oceny sytuacji. Ta pesymistyczna miała jednakże pewne wątpliwości. W grę bowiem mogło wchodzić działanie najzwyklejszego pod słońcem programu adaptacyjnego. W miarę możliwości sprzedany przez firmę nabytek powinien był stopniowo się dostrajać do zmieniających się z upływem czasu oczekiwań właściciela, choć nie powinno było to rzucać się w oczy. Postanowił uciąć tę dyskusję. — Ile razy już dziś kochałaś się ze mną? — delikatnie pocałował ją w czoło. Tym razem odrzekła natychmiast, wzdychając z odrobiną żalu: — Tylko raz, kochany. Tuż przed świtem. Nie mógł pozwolić na to, by jego ósmy cud świata cierpiał. Sięgnął po leżący na ławie poradnik, otwierając kolorowe stronice. — A może byśmy zrobili to w taki sposób? Podeszła i skwapliwie przyjrzała się ilustracji. — Dobrze — odrzekła, pozwalając, by ręcznik, którym się owinęła, niby to mimochodem zsunął się na posadzkę. Znowu była boginią, wynurzającą się z morskiej piany i skłonną do kolejnego elektryzującego spektaklu. Świadoma swej nieziemskiej urody z wdziękiem uklękła przed nim, sięgając dłońmi jego szortów i obiecując spojrzeniem chabrowych oczu ekstazę i upojenie. Część druga P rofesor przywitał go z miną zwycięskiego wodza, tryskał energią i emanował niezwykłą pewnością siebie. — Masz niebywałe szczęście, szczeniaku! — palnął, gdy tylko ujrzał w drzwiach płaszczącego się rudzielca. Szerokim gestem zachęcił go, żeby wszedł. — Uratował cię twój młody wiek — zauważył z podnieceniem. — A poza tym — dorzucił, niedbale pokazując mu krzesło — dowiodłeś, że jesteś dobry w te klocki. Elektroniczny system oceny to potwierdził. Mimo że trudnisz się tu od niedawna, masz już siedem punktów na dziesięć. Nie mogło to umknąć sprzed oczu tym zadufanym i zapatrzonym w siebie ignorantom z kadr. A doskonale wiesz, że to tępe pały! — buńczucznie podsumował swoich przełożonych, siadając za biurkiem. — Nie obijasz się, nie zawalasz terminów i jak dotąd nie było z tobą żadnych kłopotów. Takie rzeczy są w cenie w dziale personalnym na samej górze, gdzie króluje ta zasuszona wiedźma, Konstancja — zgrzytnął zębami przy tym imieniu. — Sytuacja była podbramkowa, to fakt, obawiałem się, że cię wyleją, tym niemniej rozeszło się to szczęśliwie po kościach. A zazwyczaj się nie cackają. — I z ulgą przypieczętował, zawieszając na chwilę głos: — Do diaska, nie ma się nad czym rozwodzić. Tak więc skończyło się na... upomnieniu — uciął. — To przestroga na przyszłość. Paul pojął, że trafił na właściwy moment. — Dziękuję — skruszony wydukał. Cieszyło go, że cało wyszedł z opresji, czego nie zamierzał ukrywać przed profesorem. Przez dwa dni warował w boksie z duszą na ramieniu, niespokojnie zezując w stronę oszklonego korytarza, ilekroć ktoś tamtędy przechodził. Czuł się jak zbity pies. Było mu strasznie głupio, bo pocztą pantoflową momentalnie się rozeszło, że usiłował przelecieć pięknego klona. Jednak nikt nie zabawiał się złośliwie jego kosztem, a starsi koledzy po fachu przeszli tym nad ekscesem do porządku dziennego. Wzięła górę przysłowiowa samcza solidarność. Nie złowił uchem żadnego żartu na swój temat. Nie miał ochoty rozglądać się za nową pracą, gdyż ta mu w zupełności wystarczała i — jak dotąd — chwalił ją sobie. Dodawała mu skrzydeł. — Jestem bardzo wdzięczny za pomoc, bo obawiałem się najgorszego — wiercił się nadal na krześle, czując, że szef działu nie zdradził mu jeszcze wszystkiego. Tamten chował coś w zanadrzu, ale póki co nie pokusił się, żeby to wyciągnąć. — Czy zatem mogę wrócić do mojego boksu? — chłopak podniósł się, markując gotowość radosnego wyfrunięcia z gabinetu. Profesor chaotycznie przerzucał leżące na biurku dokumenty, jakby naprawdę czegoś szukał. — Jeszcze nie... — zatrzymał chłopaka. Spojrzał na niego z uwagą. — Nadal bywasz na siłowni? — wychrypiał ni w pięć, ni w dziewięć. Paul machinalnie przytaknął. Przysunął sobie krzesło do jego biurka i oparł się łokciami o matowy blat. Pozwalał sobie na taką poufałość w przeszłości wiele razy — ale tylko wtedy, kiedy widział, że w przypływie słabości stary chce z nim szczerze pogadać. — Owszem — chętnie odpowiedział. — Dwa, trzy razy w tygodniu. A poza tym nie opuszczam zajęć ze wschodnich sztuk walki — pochwalił się przed swoim szefem. Nie był łamagą i napawało go to niejaką dumą. — Zdaje mi się, że to wszystko było w twoim kwestionariuszu osobowym — profesor sucho zauważył. Odkaszlnął i ponuro dodał: — A w związku z tym pomyślano, żeby dać ci... — zawiesił głos — bardziej odpowiedzialną pracę. Wiążącą się z możliwością bezpośredniego kontaktu z naszymi ekstra produktami. — Jeżeli się wahał, to tylko sekundę. — Przenoszą cię do serwisu... — znienacka wbił mu nóż w plecy. Chłopak zrobił wielkie oczy. Wyprostował się i odsunął od blatu. Takiego zbijającego z tropu posunięcia nie przewidział. — Do ser-wi-su?.. — ze zniechęceniem wydukał. Nie przypuszczał, że tak zawstydzająco się to skończy. Zapadło kłopotliwe milczenie. Pilnie oglądał swoje paznokcie. — Co, nie cieszysz się? — tamten zrobił dobrą minę do złej gry. Paul zmieszał się, a na jego pokrytą piegami twarz z nagła wypełzł rumieniec. — Mam latać do klientów, którzy weszli w posiadanie naszych słodkich lasek? — ostrożnie się upewniał, lękliwie zezując na profesora. — A tam ładować w kształtne pupcie ich dziewcząt zamówione programy? Stary przytaknął. Przekazał podwładnemu odgórną decyzję, gdyż należało to do jego psich obowiązków, ale było widać, że nie ma zielonego pojęcia, dlaczego taka zapadła. Urzędnicy z kadr niechętnie odsłaniali przed nim swoje karty, najczęściej nabierali wody w usta, więc pozostawały mu tylko mgliste domysły i niejasne przypuszczenia. Nie przeszkadzało mu to niuchać na własną rękę. — Sądzę, że polubisz nowe zajęcie — zasugerował, licząc na to, że może Paul mimowolnie coś palnie. Chłopak głęboko odetchnął. Zdradził się z tym, że go ciągnie do klonowanych niewolnic, więc złośliwie się postarano, by je sobie pooglądał z bliska. Wystrychnięto go na dudka. — Może chodzi o to, że lubię podróże — odrzekł wykrętnie. — Tak przynajmniej podałem w deklaracji. Profesorowi było to nie w smak. — Do cholery, a co z tym wspólnego mają podróże? — zniecierpliwiony podniósł głos. I nagle zamarł z uniesionym do góry arkuszem białego papieru w ręku. Niespodziewanie doznał olśnienia. A potem nieco się przygarbił. Cóż, miał swoje lata. — Ach, podróże... — wykrztusił z siebie. Spuścił głowę. Niedbale machnął ręką w stronę wejścia. — Możesz odejść, mam kupę roboty — wymamrotał. Paul był już jedną nogą na korytarzu, gdy pojął, że zapomniał o czymś ważnym. — A od kiedy mam zacząć w serwisie? — ostrożnie zapytał od drzwi. Profesor nie podniósł głowy. — Zgłoś się tam jutro z samego rana! — rzucił. W yciągnięty jak długi, oddawał się lenistwu na gładkim pneubedzie, z lubością wystawiając twarz do grzejącego niby-słońca na niebie. Powieki miał półprzymknięte i momentami odnosił wrażenie, że rozkosznie lewituje. Bywało w młodości, że śniło mu się, iż unosi się lekko w powietrzu jak Piotruś Pan. Ręce pełniły rolę niby to ptasich lub anielskich skrzydeł. „Ach, te marzenia!” Jeżeli ktoś chciał poczuć, że nic nie waży i pofikać nad ziemią, ładował się do komory antygrawitacyjnej lub wybierał się na orbitę, by tam pozwolić się wypchnąć w próżnię w srebrzystoszarym kombinezonie kosmicznym. Godzina bujania się w przestworzach zwykle wystarczała do szczęścia. Blada gwiazda przesunęła się ku zenitowi, lecz to nie jej Raoul zawdzięczał złotą opaleniznę. Była za daleko od jego cud-planety, by dawać czadu jak na Bahamach. Rekompensowały ten brak umieszczone na orbitach okołodiańskich sztuczne źródła energii, skorygowane w pozornym ruchu po nieboskłonie z prawdziwym słońcem i wspomagane przez rozsiane w górnych warstwach atmosfery wyrafinowane mikrofiltry. Technika robiła swoje, spece od zjawisk meteorologicznych przechodzili samych siebie i w rezultacie tego pod względem klimatycznym sztuczna Diana nie różniła się tak bardzo od naturalnej Planety Matki. Miała zniewalająco szeroki pas śródziemnomorski. A to się liczyło. I działało jak magnes na tych, którym chodziła po głowie przeprowadzka tutaj i zastanawiali się nad kupnem posiadłości. Do tego dochodziła perfekcyjna kontrola pogody — nie bez znaczenia ze względu na rozległe uprawy rolne za miastem. Kiedyś ominął pobliskie wzgórza, rysujące się na południu i wybrał się na dłuższy spacer po gładkiej równinie, omal się nie gubiąc w ciągnących się aż po horyzont złocistych łanach pszenicy i kukurydzy. Zdrowej żywności nigdy w nadmiarze! Nie inaczej było z wodą, pozostawała w cenie, mimo że trzy czwarte powierzchni Diany pokrywały morza. Przeważały te płytkie, pozbawione ziemskich głębi. Zadumał się nad firmą, która dbała o jego kuchnię. Raz w tygodniu przed jego willą zatrzymywał się biały niby-kontenerowiec, by uzupełnić zapasy. Kiedy pojawiła się u niego Afrodyta, musiał skorygować zamówienia. Z ulgą się przeciągnął, zmieniając pozycję na wygodniejszą. Nie lubił drakońskich wyrzeczeń. Jeden z kręcących się w pobliżu pływalni owiraptorów, złakniony pieszczot, trącił go w dłoń i Raoul uniósł się, by pogłaskać go po twardym łbie. Tamten przyjaźnie liznął go jęzorem. Musiano tym gadom coś poprzestawiać w genach, bo popisywały się jak psiaki. — Prawdziwe cuda, cudeńka... — mruknął od niechcenia do siebie. — To wprost nie mieści się w głowie! Bogiem a prawdą nie ogarniał tych szalonych zmian, dokonujących się bez przerwy w rozległym Układzie Słonecznym. Z pozoru nic nadzwyczajnego się nie działo, jednak wciąż mieszkańców globów i księżyców szokowano jakimiś rewelacjami. Czym w istocie kierowali się inwestorzy, którzy przed kilkoma wiekami zabrali się w Pasie Planetoid za stwarzanie od zera nowego ciała niebieskiego? Chcieli robić za Pana Boga? Chlubnie sobie zasłużyć na poczesne miejsce w podręcznikach historii? Czekało ich żmudne zlepianie ze sobą w próżni tysięcy asteroid, co wymagało odwołania się do wyrafinowanych technologii i niewiarygodnego wręcz nakładu pracy. Powiodło się im, z szumem wykreowali Dianę i łatwiej im potem było powtórzyć sukces na orbitach Jowisza i Saturna. Po co dwadzieścia maleńkich lodowo-skalnych księżyców, jeśli można z nich uformować jeden duży? Afrodyta akurat wróciła z treningu i przerwała mu bezpłodne medytacje, ożywiając jego senne myśli, krążące wokół spraw bez znaczenia. Nieomylnie odnalazła go nad wodą. Świetnie się prezentowała w kusym różowym kostiumie z dużym dekoltem. Kiedy skupiał na niej wzrok, czuł miłe łechtanie w okolicach serca i momentalnie budził się do życia. Skakała mu adrenalina i rozpierała go duma. Wyglądała jak te dupcie z międzyplanetarnych reklam, nieskazitelna pod każdym względem. Kreacje sobie sama dobierała, on tylko za nie płacił. Najczęściej bez słowa. Nigdy nie przyszło mu do głowy, by sprawdzić, na co jego bezskrzydły anioł wydaje szmal. Pod tym względem bezgranicznie jej ufał. — Jesteś, ósmy cudzie świata? — zamruczał, z ulgą się przeciągając i przecierając oczy. Jego boska istota na ogół przez pierwszą godzinę grała w tenisa, zaś drugą spędzała w sali z wymyślnymi urządzeniami do ćwiczeń siłowych. W domu takich nie miał. — Jak to miło, że cię zastałam, kochany — zaświergotała, czule cmokając go w czoło i chcąc coś mu śpiesznie wyjawić. — Odwiózł mnie — jak zwykle — Robert — powiedziała. — Jest uczynny i znakomity jako trener. Rzecz w tym, że nie odjechał, tylko waruje teraz przed wejściem. Uparł się, że mnie zabierze późnym wieczorem do klubu „Hercules”. To taki ekskluzywny nocny lokal w centrum handlowym. W menu ma ekstra popisy ekstremalne. Odmówiłam mu, ma się rozumieć, ale ten twardziel nie ustąpił — trzepała językiem. — Zasłoniłam się więc tobą. Powiedziałam mu, że to ty o takich sprawach decydujesz. Wydaje mi się, że powinieneś wyjść przed willę i przemówić mu do rozumu — zakończyła. — Ociupinkę. Myślę, że go przekonasz. Skrzywił się z niesmakiem i dźwignął się z pneubeda. Nie znosił takich sytuacji. Laskę miał jak marzenie, zatem z góry można było przewidzieć, że o jej względy będą zabiegać różnej maści amanci. Wciągnął luźną półkoszulkę. Traciło się dla niej głowę, co zresztą najlepiej widział po sobie. Bez niej chyba by zwariował. Poinstruowano go w firmie, że przepędzając konkurentów nie powinien im wciskać, iż dziewczyna jest androidem. Z ich doświadczenia wynikało, że trzy czwarte adoratorów i tak w to nie wierzyło, a na wielu z nich taka wzmianka działała jak czerwona płachta na byka. Ruszali do frontalnego ataku, święcie przeświadczeni, że klonowana lala nie stawi im oporu. Nieprzystępny rosły brunet z drobnym wąsikiem nieruchomo tkwił w autolocie, wiszącym kilkanaście centymetrów nad asfaltem parkingu. Był zapewne słusznego wzrostu. Stwarzał wrażenie faceta, który zawitał do Raoula tylko służbowo, więc nie kieruje się względami natury osobistej. To mu pozwalało zachować uderzającą pewność siebie. — Och, mam nadzieję, że Afrodyta czyni postępy — właściciel klona zdawkowo rzucił na powitanie. Odkaszlnął i nie czekając na to, co tamten powie, szybciutko dodał: — Jednak dziś wieczorem jest zajęta, więc nie może pójść się zabawić. Mamy coś innego w planie. Przyjaciele zaprosili nas na kolację. Tamten drań był bystry. Nie wyglądał na naiwnego młodzika, który ma bzika na punkcie kobiet. Natomiast dawało się odczuć, że należy do tych, którzy kultywują siłę fizyczną i w nią wierzą. Na jego muskularnym ramieniu znaczył się okropny tatuaż, przedstawiający ziejącego ogniem smoka. Zmarszczył czoło, usilnie nad czymś główkując. A potem powściągliwie wycedził, nie rezygnując z ponurej miny: — Chyba pan mnie nie rozumie, panie Dupont. Tu nie wchodzą w grę żadne amory. Nie zamierzam panu podbierać dziewczyny. Nawet przez myśl mi to nie przeszło — zamilkł na krótką chwilę. Nie wiedział, jak to wytłumaczyć zaślepionemu zazdrością nestorowi. — Chodzi o coś zupełnie innego — dodał z rozmysłem. Głupio mu było wciskać tamtemu, że jest pedałem. — Chciałem zapytać — zawahał się — czy widział pan kiedykolwiek Afrodytę, trenującą na siłowni? Czy orientuje się pan, co ona potrafi? Raoul nigdy nie oglądał Afrodyty na siłowni. Nigdy też nie przyszło mu do głowy, że mógłby się tam z nią udać, żeby się przypatrzeć jej ćwiczeniom. Po prostu to go nie zajmowało. — A co potrafi? — zdziwił się, zerkając na młokosa. — Czy to coś szczególnego? Tamten układnie przytaknął. — Owszem — potwierdził z przekonaniem. — To coś szczególnego. Orientuję się, przecież od pewnego czasu jestem jej instruktorem. A propos — zmienił nagle temat, pojmując, że znalazł wyjście z patowej sytuacji. — Jeśli Afrodyta nie chce wybrać się ze mną do tego klubu, to niech wyskoczy tam z panem. Zależy mi jako trenerowi — wyjaśnił z naciskiem — żeby obejrzała sobie to, co tam pokazują we wtorki i w czwartki. Zapuścił silnik i pojazd uniósł się nieco wyżej. — A cóż takiego tam pokazują? — zapytał zdegustowany Raoul. Tamten skupił uwagę na pulpicie sterowniczym. Przejrzysta osłona zaczęła się już zasuwać, lecz zdążył nuworyszowi kiwnąć ręką na pożegnanie. — Walki amazonek — krzyknął przez szczelinę. — I to bezpardonowe. Prawie na śmierć i życie... Pojazd uniósł się w górę i odrobinę za szybko odpłynął z parkingu w stronę głównego traktu komunikacyjnego. Raoul pożegnał młodego trenera wzrokiem i zawrócił do klimatyzowanych wnętrz. Rozochocone owiraptowy wybiegły tu za nim w podskokach i musiał je zagonić z powrotem do środka. Afrodyta zdążyła w tym czasie zrzucić z siebie garderobę i przejść przez kabinę regeneracyjną. Miała jeszcze wilgotne włosy. — Pojechał już sobie? — zapytała ciekawie. Kiwnął głową. Przyglądał się, jak z wdziękiem wkłada na siebie skąpy strój kąpielowy. W tych skrawkach materiału jeszcze jej nie oglądał. — A propos — zapytał. — Byłaś już kiedyś w klubie „Hercules”? Spojrzała na swego pana i władcę z nieskrywanym oddaniem. — Nie, nigdy — wyjawiła. — Gdybym odwiedziła ten lokal, na pewno byś o tym wiedział. Grymas na jego twarzy dowodził, że jej wierzy. — A nie masz przypadkiem... eee... ochoty, żeby tam zajrzeć? Poprawiła ręką włosy, zaglądając mu w oczy. — Z Robertem? — była zdumiona. — Nie. Skądże znowu. Co ty? — Nie, nie z nim — zawyrokował. — Ze mną. — O rety, przecież nie musisz mnie o to pytać — skarciła go łagodnie. — Jeżeli zależy ci na tym, żeby zobaczyć, jak te głupie siksy skaczą sobie do oczu, walą się po mordach i wyrywają sobie włosy... — Jeszcze się zastanowię — rzucił wymijająco, ucinając dyskusję. Miał na głowie pilniejsze sprawy. — Aha, coś mi się przypomniało — skonstatował. — Przydałoby się, żebyś przyswoiła sobie francuski. Po przylocie na Ziemię mam zamiar zatrzymać się w Kanadzie, w Quebeku. Stamtąd pochodzi moja rodzina. — Jeśli uważasz, że potrafię. — No, właśnie, właśnie... — niepewnie wydukał i nagle z przerażenia załomotało mu serce. Był w kropce. Nie miał pojęcia, jak jej to oznajmić. Czy była świadoma tego, że jest androidem? W firmie, w której ją nabył, powiedziano mu, że pracownik serwisu może wgrać w jej cv znajomość dowolnego języka obcego. Z przyrodzonego lenistwa nie zajrzał do instrukcji i nie wiedział, jak się z klonem rozmawia o takich zabiegach. Nikt nigdy dotąd nie robił Afrodycie przeglądu technicznego, ani jej nie naprawiał, bowiem — na szczęście — ani razu się nie zepsuła. Intuicja jej podpowiedziała, o co mu chodzi. — Przyjedzie ktoś, żeby dać mi odpowiedni program? — usłużnie mu podsunęła właściwe słowa, brzmiące stuprocentowo bezpiecznie. — Otóż to! — skwapliwie przytaknął i odetchnął z ulgą, ocierając ledwo widoczny pot z czoła. — Do licha, miałem to na końcu języka... Przeszła nad tym mało ważnym dla niej tematem do porządku dziennego. — Masz ochotę coś zjeść? — poddała mu myśl. — Mogę ci coś ekstra wygenerować. — Co powiesz na kurczaka z frytkami? Albo na sałatkę jarzynową z krewetkami? Twoją ulubioną? Skrzywił się. Nie był głodny, ale poczuł, że zaschło mu w ustach. Poczłapał do kuchni i nalał sobie szklankę soku pomarańczowego. Wychylił ją niemalże jednym haustem i chyba trochę mu ulżyło. Skwapliwie tam za nim pociągnęła. — A może masz ochotę na mnie? — cieplutko zapytała, z oddaniem zaglądając mu w oczy. Cholera, jakoś nie był w nastroju. Wytrącił go z równowagi tamten młokos. Kiedy był spięty, miewał kłopoty z erekcją. Nabrał głęboko powietrza i wypuścił je, potem przeciągnął się, aż strzeliło mu w kościach. Wreszcie czule pogłaskał ją po policzku. Była taka subtelna i wrażliwa. Chował w kuchennej szafce środki, poprawiające kondycję, ale wolał ich bez potrzeby nie używać. Były skuteczne. Przy większych dawkach facet stawał się chodzącym narzędziem gwałtu. — Może... trochę później — wstydliwie wybąkał. — Teraz marzyłby mi się raczej porządny masaż. Coś mi... sztywnieją barki — usiłował nimi poruszyć. — A robisz to znakomicie — szczerze ją pochwalił. Przypomniał sobie, że lista podstawowych usług, które profesjonalnie wykonywał klon, obejmowała aż jedenaście pozycji. Sam doczytał ją bodajże do czwartej, a o następnych w ogóle nie pomyślał. Ale jak mu potem zdradził w sekrecie starszy od niego emerytowany komandor, mieszkający kilka posesji dalej i cieszący się posiadaniem dwu podobnych dziewczyn, tak zachowywali się prawie wszyscy nabywcy pierwszego klona. Dla wygłodniałego samca, zwłaszcza takiego, który przez wiele lat stacjonował w bazie wojskowej na peryferiach Układu Słonecznego, na co dzień prawie nie widując kobiet, potem liczyło się tylko jedno. Najważniejsze było nadrobienie zaległości. — Hm, znowu mi się coś przypomniało, kochanie! — wymamrotał, leżąc na ulubionym pneubedzie nad basenem i czując na swoich barkach delikatne ręce Afrodyty. Pachniał eukaliptusem olejek, który nakładała mu na plecy. — Odlatujemy na Ziemię już w najbliższy poniedziałek, wyobraź sobie. Mamy zarezerwowane miejsca na pokładzie. Dzisiaj jest czwartek, jeśli się nie mylę, więc pozostały nam tylko cztery dni. W zniesiona ze smakiem rezydencja o kredowobiałych ścianach robiła wrażenie opustoszałej. Była jednopiętrowa. Otwarta na oścież, wydawała się być łatwym łupem dla złodzieja. Jednak Paul wiedział, że to tylko pozory. Z pewnością nie brakowało tu czujników i kamer. Zaparkował i śmiało ruszył przed siebie. Odpowiedzialny za bezpieczeństwo komputerowy zarządca dziwnym trafem nie uznał go za natręta, bo pozwolił mu bez przeszkód wtargnąć do niby to wymarłego wnętrza. Podniesiony na duchu tym odkryciem chłopak postanowił, że odrobinę się rozejrzy i trochę powęszy. Niespiesznie skręcił z pełniącego rolę salonu pokrytego marmurem westybulu do jednego ze skrzydeł. Kroczył, mając po lewej ogromne okna, wychodzące na atrium i rzadsze po prawej, ze znaczącymi się za nimi palmami i rysującym się dalej wysokim na jakieś trzy metry gęstym żywopłotem, zamykającym posiadłość. Dopiero w połowie ciągnącej się na całą długość przepastnej sali zorientował się, że właściciel i jego urodziwa laska są na rozświetlonym słońcem dziedzińcu. Wcześniej ich nie zauważył, bo przykuły jego uwagę stylizowane na antyk płaskorzeźby na ścianach i rozstawione kamienne bryły ze śmiałymi scenami miłosnymi. Tej części otchłannej willi właściciel nie przystosował do swoich potrzeb i służyła ona za swoisty skład muzealny. Tak ją pewno urządzono zaraz po wybudowaniu, jeszcze nim znalazł się na nią nabywca. Zawrócił do przepastnego holu i dostał się do atrium szeroko otwartymi oszklonymi drzwiami. — Panie Dupont, jestem z „Body Perfect”! — złożył dłoń w trąbkę i krzyknął na powitanie, gdy pojął, że właścicielowi wpadł w oczy. W gruncie rzeczy nie musiał się przedstawiać, bowiem na jego zgrabnym ciemnogranatowym kombinezonie znaczyło się wyraziste logo firmy. Tamten uspokajająco kiwnął dłonią. Przywołał go do siebie, nie ponosząc się z pneubeda. Seksbomba gotowała się akurat do skoku, ale nagle zniechęciła się do kąpieli. Zeszła ze słupka, przekrzywiła głowę i znieruchomiała, przyglądając się z niekłamanym zaciekawieniem młodzikowi. Chyba przy tym z wrażenia zapomniała, że jej kształtne ciało okrywają tylko skąpe figi. Raoul też nie zwrócił na ten z pozoru błahy szczegół uwagi. Paula witały więc jej bezwstydnie nagie piersi. Zaschło mu z wrażenia w ustach, kiedy się zbliżył i nie wiedział, co ma zrobić z oczami. Nie bywał na mieszczącej się nad jeziorem za miastem okrzyczanej plaży nudystów, bo wstydził się paradować bez majtek. Delfin wynurzył się z wody i wydał kilka ostrych pisków. — Paul Avray — machinalnie się przedstawił, osłaniając ręką twarz od słońca. — Chodzi o języki obce i program podróżny — usłużnie rzucił do nestora. Starał się nie patrzeć na prawie nagą dziewczynę. Skupił się na sprawach służbowych, nie przejmując się tym, że przeuroczy klon go słyszy. Raoul łaskawie skinął głową. — A ile to zajmie? — z ciekawości się zapytał. — Och, najwyżej kwadrans... — chłopak grał rolę starego wygi, dobrze zorientowanego w tych sprawach. Postawił niewielki zasobnik obok siebie. — A może nawet mniej. Posiwiały facet był zaintrygowany przebiegiem tej „operacji”, ale nadal nie chciało mu się ruszać z miejsca. — Może zrobimy... to tutaj? — niezobowiązująco zasugerował, pokazując wolne leże. Afrodycie nie trzeba było niczego tłumaczyć. Cóż, android był tylko androidem. Posłusznie się usadowiła na drugim pneubedzie, jak pacjentka w gabinecie lekarskim, cierpliwie czekając na komendy. Paul odchrząknął, nieco zakłopotany i zmieszany. Przypomniał mu się nagle bardzo stary film fabularny, pewnie jeszcze z dwudziestego wieku. Czuł się przez moment sanitariuszem noszowym, podającym pierwsze w życiu zastrzyki domięśniowe. — Musisz się... musi się pani wyciągnąć na brzuchu, ręce wzdłuż tułowia — ujmująco podszepnął. Skwapliwie to uczyniła, pokazując mu gładkie plecy i przepiękne pośladki. Ukryła piersi i ustał jego nerwowy oczopląs. Bez pośpiechu otworzył czarny zasobnik i włączył psychomodulator. Wpisał numer identyfikacyjny obsługiwanego produktu, a potem wcisnął czerwony przycisk alertu. Następnie chwilę odczekał i prawie na palcach pochylił się nad boską laską, sprawdzając, czy ta zasnęła. Lekko uszczypnął ją w pośladek, lecz mięśnie nie zareagowały. — Jest wyłączona... — wychrypiał z przejęciem. Podciągnął giętki przewód i odchylił jej dessous. Zazdrosny delfin znowu wyjrzał z wody i wydał serię ostrych pisków. Była naprawdę bardzo seksy i przyłapał się na tym, że z podniecenia drżą mu ręce. Wymacał palcem tuleję i wcisnął tam końcówkę. Afrodyta została podłączona do urządzenia, więc mógł zasiąść z powrotem za klawiaturą. Tam czuł się pewniej i nie przeszkadzało mu to, że świadomy swej wyższości klient wlepia w niego gały. — Zaczynamy — orzekł z ulgą. Wyświetlił cv i przyjrzał się zainstalowanym w androidzie programom, a potem z nagła pobladł. Zimny pot oblał mu czoło. Nie spodziewał się, że na coś takiego natrafi. Przed oczyma tańczyły mu chwilę w zwariowanym tempie zakazane nazwy. — Wszystko w porządku? — zaniepokojony właściciel dojrzał jego dziwny wyraz twarzy. Paul zdołał się szybko opanować i niby to obojętnie wzruszył ramionami. — Najzupełniej — zełgał w te pędy, nie chcąc mieć kłopotów w firmie. — Tylko menu główne ma niekonwencjonalne ustawienie. Ale to bez znaczenia — oznajmił. — Wgrywam najpierw znajomość języka francuskiego — przeszedł do rzeczy. — Ma być dostateczna, dobra czy bardzo dobra? — zapytał. — No i kwestia akcentu... — Co to znaczy: dostateczna? — tamten go nie rozumiał. Paul wyświetlił informację. — To znaczy, że będzie mówić jak kiepsko przyuczony cudzoziemiec. Sprawnie i szybko, ale bez wyczucia... Po prostu jak obcokrajowiec. Raoulowi zaświeciły się oczy. — Niech będzie bardzo dobra. — A akcent? Mam francuski, belgijski, kanadyjski, kolonijny afrykański i azjatycki, wenusjański z osad południowych, marsjański i z kolonii na Ganimedzie... Tamten z cicha się roześmiał, podniósł się z pneubeda i olśniony tym, co usłyszał omal z wrażenia nie zatarł rąk. Zatrzymał Brutusa, który usiłował doskoczyć do Paula, by go po zwierzęcemu przywitać. — Niech mówi jak rodowita Paryżanka — dumnie postanowił, uwzględniając wszystkie za i przeciw. Chłopak przytaknął, a dalej poszło mu już gładko. Po francuskim wgrał śpiącemu nadal androidowi dwa popularne programy podróżne i znajomość wybranych regionów geograficznych Ziemi. Uwinął się w dziesięć minut ze zleceniem. Posługując się znowu psychomodulatorem, obudził dziewczynę, która ziewnęła i przetarła oczy. Widząc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, zamknął zasobnik i z nieopisaną ulgą pożegnał gospodarza uroczej posesji, oganiając się od owiraptorów. Miał jeszcze kilka podobnych wizyt na mieście. Na kieszonkowe nie liczył. A do tego, co ujrzał na ekranie monitora, wolał nie wracać myślami. Życie zdążyło go już nauczyć, że musi umieć przymykać oczy na pewne rzeczy. Firmowe szwindle nie powinny go były obchodzić. Część trzecia S iwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” z wyczuciem wcielił się w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego. To nie był jego debiut. W przeszłości udzielał już wiele razy ślubów na pokładach rwącej pod jego komendą imponującej korwety. Włożył galowy mundur jak spod igły, a nowożeńców powitał z niezwykłym namaszczeniem. Elegancki i nobliwy, dał im odczuć wyjątkowość chwili. Dystyngowany pan młody wyglądał na sześćdziesiątkę, a choć usilnie pozował na cywila, nietrudno było zgadnąć, że jest byłym wojskowym. Bez reszty mu oddana dziewiętnastoletnia panna młoda wywoływała podziw i admirację. Wyrzeźbiona boskim dłutem w sposób perfekcyjny, emanowała rzadkim powabem i czarem. Przewidziana na tę okoliczność ceremonia nie trwała długo, tym niemniej przebiegała z należytą powagą i zgodnie z utrwalonym od stuleci na kosmicznych szlakach pokładowym rytuałem. Kapitan wygłosił kwieciste przemówienie, pełne górnolotnych pochwał życia małżeńskiego, a potem przeszedł do rzeczy, zwracając się do stojącej przed nim pary: — Afrodyto, czy pragniesz — lekko skłonił się w jej stronę — stać się towarzyszką doli i niedoli tego oto... Raoula? — imię mężczyzny na krótką chwilę uleciało mu z pamięci. — Czy ślubujesz mu oddanie i wierność? Czy godzisz się z tym, że małżeństwo z nim będzie cię wiązać wszędzie, gdzie by cię los nie rzucił — nie tylko w Układzie Słonecznym, ale i w niezmierzonych przestrzeniach kosmosu? Młódka słodko przytaknęła. — Po stokroć tak — oświadczyła, świadoma powagi sytuacji. Potem Raoul usłyszał podobne pytania, skierowane do siebie. Potwierdził je i uśmiechnął się do młodej damy. — Jesteście mężem i żoną — pompatycznie skwitował mistrz ceremonii, zamykając przepastną księgę. Triumfalnie zabrzmiał marsz weselny Mendelssohna. Stojący z tyłu w charakterze świadków dwaj pokładowi oficerowie w odświętnych mundurach skwapliwie pośpieszyli z gratulacjami. Wcześniej ich pouczono, że pannę młodą wolno im pocałować tylko w rękę. Od stewardessy w imieniu załogi Afrodyta otrzymała ogromny bukiet białych róż, pasujący do jej może przykrótkiej, ale przepięknej ślubnej sukni, która kosztowała Raoula krocie. Potem tradycyjnie strzelił korek szampana. Podzielono pokryty białym lukrem tort weselny. Na koniec szczęśliwi nowożeńcy mogli udać się do wyposażonego z gustem apartamentu, zarezerwowanego na statku na takie okazje. Raoul postanowił zadośćuczynić pradawnemu obyczajowi. Zatrzymał się przed otwartym wejściem, wziął swą żonę na ręce i z dumą przeniósł ją przez ledwo znaczący się próg. — Zatem witaj w domu! — oznajmił uroczyście. — W domu? — zaniepokoiła się, gdy uwolniła się z jego objęć. Czasami mówił coś, czego nie rozumiała — i tym razem nie okazało się inaczej. Czarowne konkubiny programowano na bezgraniczne i podobne do psiego ślepe oddanie, a nie na uświęcone tradycją małżeństwo. Niestety, zero partnerstwa! Nie miała narzucać swojej woli mężczyźnie, który ją nabył, lecz odgadywać jego życzenia, bez zastrzeżeń godzić się z jego kaprysami i wiernie służyć mu swoim ciałem, na każde żądanie dostarczając rozkoszy. Zmarszczył brwi, uzmysławiając to sobie z nieopisanym bólem. Nie był w stanie sprawić, żeby Afrodyta przedzierzgnęła się w żonę z prawdziwego zdarzenia, nawet gdyby nie wiadomo jak bardzo się o to starał. Nie mogła go okrzyczeć i zwymyślać, ani ze złością cisnąć w niego talerzem, manifestując gniew i irytację, czy też przed nosem ostentacyjnie zatrzasnąć mu drzwi sypialni, każąc mu spać na kanapie. Wrócił myślami do kapitana kosmicznej fregaty i jego przemiłych oficerów. Gdyby brał ślub z androidem klasy trzeciej lub czwartej — z mechanicznymi odruchami i nie wyrażającą żadnych uczuć plastikową twarzą — na pewno popisaliby się równą kurtuazją i galanterią. Im było w gruncie rzeczy wszystko jedno. — Och, to tylko taka przenośnia... — wychrypiał ze skrywanym żalem. Z wdziękiem i gracją przysiadła na okrągłym łożu, które zajmowało środek salonki. On zaś pochylił się i z niemal ojcowską troską zdjął jej z nóg białe czółenka. Nadal była jego niewolnicą i aż nadto jednoznacznie odczytała tkliwy gest. — Chcesz się teraz kochać? — zapytała, a jej aksamitny głos — jak zwykle w takich chwilach — zaczynał niepokojąco wibrować, zapowiadając uniesienie, trans i ekstazę. — O, tak! — skwapliwie potwierdził. — Ale nie zdejmuj tej przepięknej sukni ślubnej — szybko sobie zastrzegł. — Sam cię od niej, najdroższa, uwolnię. Gdy później zasnęła, równomiernie oddychając, długo wpatrywał się w jej niewinną i słodką twarz. Chodziły mu po głowie szczenięce lata. Z rękami w kieszeniach wyżywał się na przypadkowych kamykach, przedzierając się przez wyimaginowaną linię obrony i celując w niewidoczną bramkę, albo rzucał kasztanami w niebo, usiłując strącić swojego anioła stróża i przywołać go do porządku. Bowiem jego anioł stróż nie był w porządku. Cóż, nie każdy chłopak mógł mieć tę dziewczynę, którą chciał. Jego szkolna miłość wybrała innego — i od tamtej pory nigdy więcej się nie zadurzył. Aż do chwili, w której pierwszy raz fizycznie posiadł Afrodytę. Coś mu wszakże mówiło, że nie powinien był zakochiwać się w androidzie. Cicho załkał, uprzytamniając sobie, jak bardzo jest opuszczony i samotny, a po jego policzkach spłynęły gorzkie łzy. Ona też była bardzo samotna. Ironia losu sprawiła, że mieli tylko siebie. P rzy bufecie było nudnawo, starszawy barman z muchą pod szyją z przyzwyczajenia mył i wycierał kieliszki, rezygnując z pomocy zmywarki, która uporałaby się z tym w lot. Orkiestra leniwie przygrywała, migocące światła przygasły, a na parkiecie tuliło się do siebie w półmroku kilka ostatnich par. Lokal opustoszał. Wysoko w ogromnym iluminatorze cieszył widok Czerwonej Planety, którą w tych dniach mijał kosmiczny goliat, pełniący rolę transportowca i zarazem statku pasażerskiego. Paul był ociężały i senny, jednak nie miał zamiaru udawać się na spoczynek, mimo iż na pokładowych zegarach dochodziła północ. Nie ciągnęło go na wyro. Trzymała go tu płonna nadzieja, że znowu się pojawi milutka stewardessa, która wcześniej obdarowała go kilka razy promiennym uśmiechem. Jej widok poprawiał mu humor. Chętnie by ją zatrzymał dla siebie, mimo że górowała nad nim wiekiem i doskonale wiedział, dlaczego wpadła mu w oczy. Była niesłychanie podobna do Irydy, a może tylko tak mu się wydawało. — Ech, złudzenia! — mruknął w pewnej chwili, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w trzymanego w ręku drinka. Wyobraził sobie, że jest nieprzyzwoicie nadzianym facetem i że wybrał się do salonu sprzedaży „Body Perfect”, aby tam kaprysząc i przebierając zafundować sobie panienkę do uciech z gwarancją na lata. Nie bez powodu znalazł się na monumentalnym „Olafie”, pędzącym kursem z księżyców Jowisza na Wenus, ze stacjami przesiadkowymi na Dianie i na Ziemi. W serwisie firmy zdążył przepracować nieledwie kilka dni, a już oderwano go od boskich dziewczyn, by go wyprawić w pierwszą służbową podróż. I to międzyplanetarną. Zaskoczono go tym, ale nie widział powodu, żeby kaprysić i grymasić. Musiał się sprężyć. Dwoił się i troił, żeby wyrobić się na czas. Uznał to za niewątpliwe wyróżnienie, bo sam nie byłby w stanie sfinansować sobie tak pasjonującej eskapady kosmicznej. Bilet na Ziemię nie był na kieszeń chłopaka w jego wieku i jeżeli już coś przypominał, to główną wygraną na loterii. Miał dotrzymać towarzystwa klonowi, którego zabrał ze sobą jego zamożny właściciel, być tam gdzie oni oboje, a w razie potrzeby służyć pomocą techniczną. Przygotowano mu podręczny sprzęt i opasły tom instrukcji, z którymi miał się zapoznać podczas podróży. Było ekstra! Dumny posiadacz naszpikowanej elektroniką piękności wiedział o jego cichej asyście — jednakże zobligowano Paula, żeby się mu nie narzucał i bez wyraźnej potrzeby nie wchodził mu w drogę. Chłopak westchnął i odstawił szklanicę. Z tą niezwykłą podróżą wiązały się nie tylko plusy, ale i minusy. Afrodyta była bowiem absolutnie nietypową konkubiną, co mimochodem odkrył, wpisując jej standardowe programy podróżne. O swoich wątpliwościach półgębkiem wspomniał potem kierownikowi serwisu, ale ten niecierpliwie machnął ręką, zbywając go i nie każąc mu się nimi przejmować. Ale to nie było jeszcze wszystko. Dziwiło go, że nieopierzonego jak on młokosa rzucają nagle na głęboką wodę, nie przejmując się tym, co się z nim stanie. Czy to miało ręce i nogi? Nigdy wcześniej nie był na Ziemi i obawiał się, że z kretesem się pogubi w labiryncie ulic wielkich miast. Brakowało mu orientacji i nie wiedział, jak się tam obracać. Pocieszono go, że po dotarciu do celu zaopiekują się nim wtajemniczeni w sprawy firmy zaufani specjaliści, od lat rezydujący na kontynencie amerykańskim. Coś niepokojącego wiązało się z tak rozdanymi kartami, ale biedaczyna nie umiał przebić się przez mur niewiedzy. Złapał łapczywie swoje, szczerząc zęby i o nic nie pytając, lecz Bogiem a prawdą nie miał pojęcia, jak nimi grać. W pewnej chwili się ożywił, bowiem zaczepił o bar posępny facet, który już wcześniej mimowolnie wpadł mu w oczy. Był na pewno ze zdelegalizowanych Ekip Ekstremalnych „Omega”, a świadczył o tym noszony przez dzień lub dwa niewielki błyszczący znaczek na piersi. Paul miał nosa i od razu to wypatrzył. Później tamten zdjął odznakę, nie chcąc widocznie, by na pokładzie fregaty kojarzono go z tą niesławną formacją. Zamknięty w sobie, przykry i odpychający, z nikim nie rozmawiał, za dużo pił, a i teraz zamówił kilka kolejek. Prawdziwy typ spod ciemnej gwiazdy! Paul nawet nie próbował sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby przypadkiem zadarł z takim bydlakiem. Prawdopodobnie tamten rozerwałby go na strzępy. Na platformie pasażerskiej prawie wszyscy instynktownie schodzili mu z drogi. Nic więc dziwnego, że serce mu mocniej zabiło, gdy nieoczekiwanie do baru zbliżyła się Afrodyta. — O rany! — mruknął przejęty. — Ona tu? Masz ci los! Nie sądził, że wybierze to miejsce o tak późnej porze i zaniepokoił się nie na żarty. Po co tu przyszła? A w dodatku sama? Niepewnie uniósł się, ale zaraz z powrotem opadł na wysoki stołek. Przeczuwał, że dziewczyna może nadziać się na tamtego jak na widelec. Dyskretnie zlustrował salę, ale nigdzie nie dostrzegł Raoula Duponta. Ten leżał już zapewne w łóżku, jak przystało na jego podeszłe lata. Tak czy siak, szykowała się awantura. Urocza platynowa blondynka zamówiła coś do picia. Z gracją przysiadła, wskazała barmanowi folder, który chciała przejrzeć i nie oglądając się na nic zaczęła ze skupieniem studiować jego ilustrowaną zawartość. Nie zamierzała się stąd ruszać. Boże ty mój, aż się prosiło, żeby ją poderwać! Wychodząc, chyba się całkiem zapomniała, bo miała na sobie diablo skąpe ciuchy, w których na pewno nie powinna była pokazywać się napalonym facetom. Tylko ślepy by jej nie zauważył, a tamten rosły spec od mokrej roboty nie był ślepcem. A poza tym szukał zaczepki. — Ej, mała, napijesz się? — zachrypiał, dając do zrozumienia, że nie jest obojętny na jej wdzięki. Nie podniosła głowy i świadoma swej przewagi wzruszyła wzgardliwie ramionami. Tamten ruszył w jej stronę, lekko chwiejąc się na nogach, a barman, przeczuwając, co się święci, szybko połączył się z boksem oficera dyżurnego. Było już jednak za późno na interwencję. Seksbomba działała na zbira jak czerwona płachta na byka. — No, nie bądź taka chłodna. Na pewno mi nie odmówisz — intruz beknął poufale, brutalnie łapiąc ją w pół i po chamsku przyciągając do siebie. Barowy stołek grzmotnął o posadzkę, a Afrodyta znalazła się w jego łapach. Na ułamek sekundy chabrowe oczy dziewczyny znieruchomiały i przyciemniały. Potem pojawiły się w nich jakieś niepokojące błyski. Podniecony Paul jak przez mgłę ujrzał elektroniczne cv seksbomby i przeraził się możliwymi następstwami jej nagłego przeobrażenia. Gdzieś tam w głębi klonowanego mózgu trwał już błyskawiczny proces analizy zaistniałych okoliczności i w piorunującym tempie uruchamiały się złowrogie programy, które nie powinny były się nigdy uruchomić. Afrodyta należała wyłącznie do Raoula Duponta, emerytowanego wojskowego z Nowego Konstantynopola na Dianie i żadnemu innemu mężczyźnie nie wolno jej było dotykać i pozwalać sobie wobec niej na czułości. — No, nie! — parsknęła ze złością. — Tak cię palnę w łeb, że nie wstaniesz. Co powiedziała, to zrobiła. Starcie było krótkie i chyba mało kto z nielicznych gości dużej sali bankietowej zdał sobie sprawę z tego, co się naprawdę stało. Dziewczyna miała nie tylko przerażający refleks, ale i straszliwą siłę uderzenia, jakby przez całe lata ćwiczyła kung-fu. W ułamku sekundy wyrwała się z potrzasku. Zadała zwyrodnialcowi dwa błyskawiczne ciosy, po których ten z niebotycznym zdziwieniem osunął się jak wór piasku do jej stóp. Już nie podniósł się z posadzki. — Kretyn, idiota, palant! — wściekle rzuciła do niego, ale pewnie już tego nie słyszał. Przez kilka następnych sekund czuła się jednak zdezorientowana i zagubiona. Z niepewną miną rozejrzała się dookoła i wtedy dostrzegła Paula, skupiając na nim wzrok. Ujrzał w jej oczach lęk i rozpaczliwą potrzebę znalezienia kogoś bliskiego, kto byłby w stanie jej wyjaśnić, co się z nią dzieje. Ten miał ochotę krzyknąć: „Tak trzymaj, nie daj się!”, ale z wrażenia trząsł się jak galareta. Sparaliżowany na amen, nie mógł wykonać żadnego ruchu, ani wesprzeć jej żadnym gestem. — Poradziła sobie z nim pani? Bogu dzięki! — przejęty barman wybiegł przed kontuar, przyglądając się ze zdumieniem leżącej górze mięsa. Nie odpowiedziała. Ciężko dyszała. Jeszcze chwilę niezdecydowanie sterczała nad powalonym przeciwnikiem, kiedy jednak zauważyła, że nadbiegają w mundurach chłopcy z ochrony, błyskawicznie się pozbierała, wyniośle się odwróciła i krokiem świadomej swej urody modelki odeszła, zabierając ze sobą interesujący ją folder. Paul dopił drinka i też się podniósł. Jego myśli rozpierzchły się jak stado wróbli. Na chwiejących się z wrażenia nogach poczłapał za nią ku wyjściu. Miał aż nadto wrażeń jak na jeden wieczór i czuł się tak, jakby tamten typ przywalił mu pięścią między oczy. Biedak nie odgadywał, jak w mózgu dziewczyny konfigurują się nakazy i polecenia. Klonowana madonna zagoniła go w kozi róg, dowodząc sobą, że chłopak nie ma pojęcia o informatyce. Jakieś dziwne hiperboliczne zapętlenia i urywane labiryntowe zwoje. Jej architektonika go przerastała. — Okropność, niczego nie rozumiem! — jęknął z przygnębieniem, gdy znalazł się na korytarzu. — Do diabła, kim ona teraz jest?.. To było ponad jego siły. Oczyma wyobraźni rudzielec przeniósł się ku nie mającemu o niczym pojęcia właścicielowi. Poczuł gęsią skórkę. Czy śliczna laska przypadkiem nie stała się potworem? Gdzieś tam się znaczyła cienka jak nić granica, której nawet Raoulowi, jako wyłącznemu dysponentowi klona, nie było wolno przekraczać. Pomyślał, że Afrodyta mogłaby spuścić swojemu kochasiowi niezgorsze lanie, gdyby ten niechcąco nadepnął jej na odcisk. A gdyby tak wyciągnął kopyta? Wrócił do swojej kajuty i zabrał się za studiowanie opasłego tomiska, usiłując znaleźć odpowiedzi na krążące nad nim jak czarne kruki pytania. Jego obawy okazały się jednak płonne. Nic złego się nie stało, a kiedy z podkrążonymi z niewyspania oczami zeszedł do restauracji na śniadanie, zastał ich oboje razem przy tym samym co zwykle stoliczku. Gruchali jak gołąbki, zrelaksowani i beztroscy. Pewnie rankiem jak zwykle cmoknęła go śpiącego w czoło i słodko rzekła: „Obudź się, pyszczku, czas wstawać!” Nie doszło do rękoczynów i Afrodyta nie przetrzepała skóry podeszłemu w latach adonisowi. Nie dała mu w kość, a ten nie musiał jej awaryjnie wyłączać i rozpaczliwie wzywać pomocy technika. Odziana w szykowny kremowy kostium, wpatrywała się w niego tak, jakby był ósmym cudem świata. — Niemożliwe! Zakochana bez pamięci — z niedowierzaniem syknął, siadając na swoim miejscu w pobliżu podestu dla orkiestry. — Co za babsztyl, w głowie się nie mieści! — Potem ciekawie zerknął na łysawego barmana. A wreszcie zajął się w milczeniu kartą dań. D ziwnym trafem nikt na „Olafie” nie wziął pod uwagę tego, że ciemny typ z Ekip Ekstremalnych nie przejdzie do porządku dziennego nad tą dotkliwą porażką. Niewąsko się ośmieszył. Zbłaźnił się i wyszedł na durnia. Starający się utrzymać rękę na pulsie młodziutki Paul również tego nie przewidział, leniwymi myślami błądząc przy sprawach technicznych i z mozołem się przebijając przez nudnawe zbiory instrukcji i pouczeń. A przecież nietrudno było odgadnąć, że zawieszenie broni jest tylko chwilowe, a podły nikczemnik zechce się odegrać. I to z nawiązką. Facet był przypadkiem nieomal klinicznym, więc nie miał wyboru. Zemsta wisiała na włosku. Przytarła mu rogów długonoga modelka. Przemądrzała suka strąciła go z piedestału i z łatwością go poskromiła, czupurnie zabawiając się jego kosztem i dotkliwie raniąc jego dumę. Czy ktoś byłby w stanie wymierzyć boleśniejszy policzek takiej kreaturze? Wypadł jak ostatni niedołęga, oferma i mięczak, chociaż górował nad wątłą dziewczyną wagą i wzrostem, nie mówiąc o znakomitym przygotowaniu do walki wręcz. I nieoczekiwanie doszło do rewanżu, mimo że tamten zaszył się w mysiej dziurze, nie pojawiając się ani na śniadaniu, ani na obiedzie. Nienawistnie lizał rany. A poza tym umiał się asekurować i działać z zaskoczenia. Przepastnym „Olafem” ciągnęło na Ziemię kilku oficerów z Sił Kosmicznych Układu. Ogarnięty nostalgią Raoul garnął się do nich, co rusz naciągając ich na nieśmiałe pogaduszki. Niezmiernie go ciekawiło, co dzieje się w obrębie wielkich planet, a zwłaszcza w rozlokowanych w ich pobliżu bazach wojskowych. Trzech mundurowych leciało aż z Plutona. Dla herosów takich jak oni prawdziwe życie zaczynało się dopiero miliard kilometrów od osi gwiazdy. I tym razem po sutym obiedzie spędził z jednym z nich ze dwa kwadranse w obrębie holograficznej konsoli spacerowej, pozwalając w tym czasie zabawić się Afrodycie z kilkoma nastolatkami. Młódki wybrały się na przechadzkę po symulowanym brzegu morskim, murawa była prawdziwa, żółty piasek już nie, a potem po wcinającym się w morze długim molo. Śmiejące się słońce przedzierało się zza wirtualnych obłoków, poprawiając wypoczywającym samopoczucie. Paul przypiął się do dwóch wesolutkich lasek z Callisto, bo od tego rozbrykanego towarzystwa nie odstawał zbytnio wiekiem. Jakiś czas deptał im po piętach, a potem je dogonił, by się przedstawić. Zatrzymały się, podały mu rękę i zdradziły swe imiona. Już wcześniej kilka razy się o nie otarł, wpadały mu w oczy w pokładowej restauracji, ale nie przystawiał się do nich, bowiem całą uwagę skupił na czarownej stewardesie. Nastolatki były zadbane i mieściły się w standardzie. Szczuplutka Brigitte miała króciutko przystrzyżone blond włosy, a Arielle wyglądała nieomal jak Mulatka z ciemniejszą cerą i mocno poskręcanymi puklami, niemal przylegającymi do skóry. Pozwoliły mu zagadać, jednak zaraz z wdziękiem pokazały mu plecy. Ignorując go, przeszły na francuski, więc nijak mu było za nimi dyrdać, bezmyślnie przytakiwać i udawać, że łapie każdą myśl. Sekundował kilka minut innym pannicom, ale też prędko się zniechęcił. Były jeszcze młodsze, góra piętnaście lat, imponował im, co zdradzały ich oczy, lecz paplały tylko o muzyce i o modzie, więc migiem doszedł do wniosku, że nie znajdzie z nimi wspólnego języka. Pracował, był już dorosły i nudziły go takie szczenięce tematy. A poza tym ze swoimi obliczonymi na wygodę ciuchami nie był na topie. Ponury zbir zasadził się i warował. Drań wolał nie mieć naocznych świadków, więc przebiegle ukrył się w mroku przedsionka. Liczył na to, że z braku dowodów nikt nie będzie się go potem czepiał. Cierpliwie czekał, aż Raoul upora się z rozmową i przymierzy się do powrotu. Kiedy ten przywoławszy młodziutką żonę opuszczał konsolę, chełpliwie stanął mu na drodze. Paul nie pociągnął za odchodzącą parą. Pożeglował ponownie za Brigitte i Arielle, usiłując je dyplomatycznie wysondować. Chciał się za wszelką cenę dowiedzieć, co myślą o Afrodycie, bowiem te z nią plotkowały. — Hej, zarozumiały kolesiu — oprych rzucił zadziornie, wychodząc z cienia i grodząc wyjście na korytarz. Zalatywało od niego alkoholem. — Źle wychowałeś swoją córunię — złowrogo wycharczał. — Nie ma szczeniara za grosz szacunku dla starszych! Zapowiadała się niezła chryja, a oczy tamtego mówiły, że zetrze przeciwnika na miazgę. Raoul niepewnie zerknął na Afrodytę. — To z nim?.. — zapytał półgębkiem, porozumiewając się z nią w pół słowa. Milcząco przytaknęła. Co miał robić? Zignorował zarzut i ruszył do przodu, usiłując wyminąć oprawcę. Oprych jednak nie ustąpił i ten odbił się od niego jak od ściany. Wkurzył się nie na żarty. — O, wypraszam sobie — rzucił z irytacją do barykady ze stalowych mięśni. — Chyba... palancie... przesadziłeś! Intruz był o głowę wyższy od Raoula. Z jego przekrwionych oczu wyzierała pogarda. Niemal bezwiednie wykonał lekki skręt, zamierzając się do ciosu. Afrodyta była znacznie szybsza. — Nic z tego! — popisała się refleksem. Pięść agenta ugrzęzła w jej chwycie jak w żelaznym imadle. — Co?! — tamtego tylko to rozwścieczyło. Raoul znalazł się nagle z boku, nie pojmując, co się dzieje. — Zostaw go! — krzyknął do dziewczyny. Afrodyta jednak już tego nie słyszała. Skoczyła jak młody mnich z pradawnego klasztoru Shaolin, zwalając z nóg zaskoczonego przeciwnika. Jej razy były dokładne i bezlitosne. Pohamowała się dopiero wtedy, gdy usłyszała bezradne i stłumione baranie stęknięcie, a po nim gruchot łamiących się kości. Powolutku się wyprostowała, znieruchomiała i z zażenowaniem spuściła wzrok. — Na Boga! — Raoul zdębiał z wrażenia. Stał chwilę jak słup soli, nie wiedząc, czy powinien ufać swoim zmysłom i czy przypadkiem to mu się nie śni. Oszołomiony, przetarł ręką czoło, przyjrzał się z uwagą wojowniczce, co najmniej tak, jakby widział ją pierwszy raz w życiu, a potem z przejęciem pochylił się nad leżącym napastnikiem. Tamten cicho jęknął, zaciskając w niemym bólu zęby. Podtrzymywał bezwładną rękę. — Nie do wiary — z trudem przeszło mu przez gardło. Znowu zwrócił się do młodej żony. — To niemożliwe. Jak to? Ty sobie z nim poradziłaś? Wzruszyła obojętnie ramionami, jakby chodziło o drobiazg zupełnie bez znaczenia, na przykład o podanie filiżanki kawy lub o odpędzenie domagających się pieszczot nachalnych owiraptorów. — Chciał cię skrzywdzić, a ja przecież chodziłam na treningi... — po przyjacielsku wyjawiła, jakby się dziwiąc, że to może nie być dla niego całkiem jasne. Bacznie zlustrowała otoczenie. — Droga wolna, możemy iść dalej — usłużnie mu podpowiedziała, pojmując, że zagrożenie minęło. — Między nami nic się nie zmieniło, kochanie — ujmująco dorzuciła, widząc jego niepewną minę. Wsunęła mu z oddaniem dłoń pod ramię. Była znowu cicha, słodka i łagodna jak owieczka. Uosobienie dobroci. Taka sama jak przez ostatnie tygodnie. S tał przy ulubionym iluminatorze i z założonymi rękami dumał nad tym, co działo się przez ostatnie dni. Nie miał powodu, by narzekać na warunki lotu, na „Olafie” wszystko szło swoim trybem, tym niemniej wkrótce jego podróż miała dobiec końca. Mars oddalał się i coraz bardziej malał, natomiast macierzysta gwiazda nieustannie rosła na ciemnym rozgwieżdżonym niebie. Ziemia przypominała już niewielki sierp z coraz wyraźniejszym zarysem kontynentów. Świeciła odbitym światłem i z ciekawością się jej przypatrywał. Z bijącym sercem kilka razy ją oglądał przez udostępniony pasażerom pokładowy teleskop. Brigitte i Arielle zaczęły się do niego mimowolnie kleić, brakowało im rówieśniczego towarzystwa, cóż w tym dziwnego, w podróży łatwo się nawiązywało znajomości, więc mógł się przed tymi dupciami popisywać znajomością geografii. Afryka, Azja Mniejsza i tym podobne... — Terra incognita! — mruknął w zamyśleniu. W rzeczywistości niewiele wiedział o tym, jak żyje się na Planecie Matce. Brigitte bardziej do niego lgnęła niż Arielle. Przy okularze teleskopu dotykała go swoim ramieniem. Czuł zachęcające ciepło jej ciała i delikatny zapach konwalii. Jednak przelotne miłostki nie chodziły mu po głowie. Nie chciał się zanadto angażować w amory, które i tak by się urwały po dotarciu do stacji orbitalnej Ziemi. Nie wolno mu było zapominać o nałożonych na niego obowiązkach, miał za zadanie prowadzić dziennik i zapisywać w nim swoje spostrzeżenia, więc jego uwagę zaprzątało to, co działo się wokół boskiej Afrodyty. Ta umiała stworzyć wokół siebie niepowtarzalną aurę. Przyszło mu na myśl ekscytujące zajście przy konsoli. — Boże, ależ dała mu popalić! — zachłysnął się nagłym wspomnieniem. Zaświeciły mu się oczy, a pod jego nosem zaigrał ironiczny półuśmiech. Okrętujący się pasażerowie z różnych planet i księżyców z reguły należeli do niekłótliwych, spokojnych i nie zdradzających skłonności do ekscesów. W następstwie tego na pokładach statków kosmicznych rzadko kiedy dochodziło do karczemnych bijatyk. W przestrzeni międzyplanetarnej awantury i rękoczyny nie były w modzie. Wystawiałyby nie najlepsze świadectwo dbającym o jakość usług przewoźnikom. Dlatego też przypadkowa bójka przy wyjściu z konsoli musiała wywołać niejakie poruszenie. Ba, przez kilka dni była tematem numer jeden! Paul mocno żałował, że jak ostatni dureń przegapił ten niecodzienny popis z fenomenalną modelką w roli głównej. Chociaż z drugiej strony patrząc, już się orientował, co ona potrafi. Był przecież wcześniej naocznym świadkiem jej niespotykanej wirtuozerii przy barze. Dyskretne pokładowe kamery wreszcie przydały się do czegoś pożytecznego. Na szczęście ich obecności ciemny typ nie wziął pod uwagę. Zarejestrowały przebieg krótkiej i bezpardonowej walki — a kto z trzydziestu kilku pasażerów „Olafa” pokwapił się, by wejść w komitywę z siwobrodym kapitanem lub z jednym z jego zastępców, ten z wypiekami na twarzy mógł ją sobie obejrzeć. Nawet kilka razy. Była nagraniem na żywo, dalekim od komputerowych symulacji. Oficerowie kosmicznej korwety należeli do raczej przystępnych i bardzo życzliwych, więc z filmową relacją z pokładowego „ringu” półprywatnie zapoznali się pewnie wszyscy, którzy nabrali na to ochoty. Reality show na sto dwa! Chcąc nie chcąc, w rezultacie tego państwo Dupontowie znaleźli się na jakiś czas w centrum uwagi. Pikanterii zaś zdarzeniom dodawał fakt, że w pierwszych dniach podróży potajemnie zawarli związek małżeński, co teraz momentalnie się rozeszło między pasażerami. Z uznaniem gratulowano Raoulowi żony z racji jej niezwykłej urody i wyjątkowej kondycji fizycznej. Trochę się zżymał, zmuszony do składania ukłonów na prawo i lewo, ale że nie brakowało mu oleju w głowie zręcznie chował się za plecami gwiazdy. Te dyskretne manewry właściciela klona nie uchodziły uwadze rudzielca. Krążył przecież ukradkiem wokół Dupontów i nieuchwytnie rejestrował wzrokiem wszystko, co się wokół nich działo. — Potem przyplątali się ci krezusi — mruknął z namysłem. — Niby niczego nie chcieli, ale... — wahał się nad swymi odczuciami. — No, właśnie? Co ich nurtowało? Para zasuszonych staruszków z Ganimeda zakochała się na amen w młodziutkiej Afrodycie, więc z konieczności Raoul Dupont musiał się z nią przenieść do ich stolika. Wyglądali na takich, którym się nie odmawia. Modelce to odpowiadało, bo lubiła towarzystwo. Byli mniej więcej w tym samym wieku, pewnie około osiemdziesiątki, on — wysoki, z orlim nosem i kopą siwych włosów jak u Einsteina, ona nieco niższa, szczuplutka i dystyngowana, jakby była wychowywana na jakimś dawnym królewskim dworze. Okazali się bardzo mili, poruszali różne tematy, również z zakresu wojskowości, a doskonale się orientowali we wszystkim, co działo się wokół Jowisza. Usilnie zapraszali Raoula, by ich z żoną odwiedził. Mieli posiadłość na Ganimedzie i udziały w tamtejszych firmach. Lecieli na Wenus, skąd jednak zamierzali szybko wrócić w rodzinne strony. Barman, z którym rudzielec wszedł w komitywę, wysiadując wieczorami przy kontuarze, przy jakiejś okazji półgębkiem zdradził mu, że byli bardzo wpływowi. Paul tak długo włóczył się za milutką stewardessą, która wcześniej wpadła mu w oko, aż ta udostępniła mu nagranie z krótkiej walki. Nad materiałem filmowym siedział jakiś pokładowy spec, bowiem był już po mistrzowsku obrobiony. Zmontowano ujęcia z dwóch kamer. Tamta babka przebąkiwała, że kapitan „Olafa” poważnie się zastanawiał nad możliwościami wykorzystania tej samorzutnej sekwencji do celów reklamowych. Pożegnał miriady gwiazd, wracając do swojej kajuty. Kolejne ekscesy się nie zapowiadały, a po ostatnim nagannym wyczynie posępny agent Ekip Ekstremalnych przestał zagrażać Raoulowi i jego uroczej żonie. Do akcji bowiem stanowczo wkroczył siwobrody kapitan. Ten nie miał wątpliwości, co należy uczynić. Korzystając ze swoich uprawnień polecił umieścić typa w areszcie pokładowym. Po przylocie na Ziemię oprych miał być oddany w ręce policji. W opadającej w dół sporawej windzie grawitacyjnej przylepionego do okna Paula witała wieczorna panorama. Barwiące niebo purpurą słońce dotykało już na zachodzie horyzontu. Oglądał połyskujące w świetle ujście rzeki Hudson. Manhattan znaczył się coraz wyraźniej i rósł w oczach, odcinając się linią brzegową od bezkresu oceanu. Okrzyczana Statua Wolności, którą zdołał wyłuskać wzrokiem, bowiem wiedział, gdzie jej szukać, zdawała się być jedynie maleńkim pionkiem, wyrzuconym poza nierówną szachownicę starej metropolii. Dalej rysowały się na sinej powierzchni morza różnokształtne sztuczne wyspy, połączone łańcuchami mostów i pokryte strzelającymi w górę zabudowaniami. — Nowy Jork... — z rozmarzeniem wyszeptał, świadomy niezwykłości chwili. — Witaj Ziemio, witaj Ameryko! Może wypadło to mało romantycznie, ale szczerze. Inni też mieli twarze z zadumą przylepione do szyb. Dla mieszkańców peryferyjnych planet i księżyców przylot tu był przysłowiową pielgrzymką do Mekki. Takich chwil się nie zapominało i chętnie się do nich powracało we wspomnieniach. Paul pobiegł myślami w stronę opryszka, uwięzionego na „Olafie”. Zastanowiło go jego zachowanie. Ujrzał go przelotem jeszcze raz, ale dopiero na ruchliwej orbitalnej stacji, do której ostrożnie przybił ich krążownik. Z pokładu zmyło się z dziesięciu pasażerów, a kilku nowych się zaokrętowało. Okazało się, że zbir był poszukiwany, a na statku zasłonił się fałszywymi personaliami. Dzwoniąc łańcuchami, potulnie kroczył korytarzem w towarzystwie kilku miejscowych agentów ochrony, zakuty w obrożę i w kajdanki. Kiedy ujrzał rudzielca, zrobił wielkie oczy i chciał się przy nim raptem zatrzymać, jakby miał mu coś niezmiernie ważnego do zakomunikowania, ale tamci na taki trick się nie nabrali. Niecierpliwie go pchnęli, każąc iść dalej. O co mu chodziło? Nie umiał sobie odpowiedzieć. — Ciągle te znaki zapytania! — półszepnął z zadumą. Wrócił pamięcią do opuszczonego „Olafa”. Brigitte i Arielle urządziły mu trochę zwariowany wieczorek pożegnalny. Leciały na Wenus, gdzie dostały stypendia. Czuł jeszcze w ustach smak czarnej kawy i kubańskiego cygara, którym go poczęstowały. Miały ze sobą całe ich pudełko. Przygasiły światło i przy prawdziwych płonących świecach czytały mu swoje liryczne wiersze. Potem Arielle grała na skrzypcach. W wysokim holu terminalu w Jersey City chłopaka opuścił podniosły nastrój. Panował tam ożywiony ruch, taki sam jak na innych dworcach kosmicznych. Snuli się przybysze z różnych stron Układu, witano się i żegnano. Uderzyło go jedynie, że nie widzi androidów. Nie wpadały mu w oczy pozbawione wyrazu plastikowe twarze, jakby Ziemia się ich wyrzekła. Opadł mu nos na kwintę, kiedy dostrzegł wypatrujących go dwóch milczących pracowników konsorcjum w kombinezonach ze znajomym firmowym nadrukiem. Sam w takich paradował w Nowym Konstantynopolu. Orientowali się, jak będzie wyglądać skromny technik z Diany i wyłowili go bez trudu z różnobarwnego tłumu, mimo iż ten był w cywilnych łachach. — Jakie mordy, obłęd... — żachnął się, gdy zbliżyli się ku niemu. — A niech to diabli, to mają być partnerzy? Tamci w niczym nie przypominali utalentowanych informatyków, gotowych z pasją i bez końca rozwodzić się o cudach elektroniki, a wręcz byli ich rażącym zaprzeczeniem. Zupełnie inaczej ich sobie wyobrażał. Ich aparycja zaskoczyła go i zbiła z tropu, a nawet zatrwożyła. Stwarzali wrażenie ponurych speców od mokrej roboty, ich zakazane gęby odstraszały, zaś jeśli z kimś mu się kojarzyli, to jedynie z podłym zbirem, który narozrabiał na pokładach korwety. Traciło się reputację, przestając z takimi typami. — Paul Avray — odruchowo się przedstawił, kiedy stanął z nimi oko w oko. — Wiemy — usłyszał w odpowiedzi. — Mam na imię John — chrapliwie rzucił goryl ze zmiażdżonym nosem — a to jest Andy. — Ten drugi skinął głową, nie próbując podawać mu dłoni. Przywitał się więc z nimi bez entuzjazmu, chłodno i raczej z rezerwą, a oni też nie silili się na życzliwość. Nie liczyli na to, że z euforią wpadnie im w ramiona. Spieszyli się, widocznie swym przylotem oderwał ich od pilnych zajęć i jeśli się do czegoś rwali, to tylko do natychmiastowego opuszczenia portu. — Nie ma co tu stać. Idziemy! — usłyszał zdawkową zachętę i podporządkował się jej bez sprzeciwu, nie mając innego wyjścia. Przypięli się do jego bagażu i bez ceregieli powlekli go ze sobą, nie przejmując się tym, że traci wzrokowy kontakt z powściągliwym Raoulem Dupontem i jego boskim klonem. Tamta para dostała się ze stacji orbitalnej tym samym lewitującym wagonikiem windy. Goryl z paskudnym nosem rozstrzygał o wszystkim w tym cichociemnym towarzystwie, o czym Paul mógł się w mig przekonać. Sekundujący mu Andy prawie się nie odzywał, ale też był niezłą kupą mięsa. Niższy, pochylony, przypominał żywcem małpę, a kiedy opuścił ręce, sięgały mu prawie do kolan. Sunąc z nimi żółtą taksówką powietrzną, niby od niechcenia przyglądał się z wysokości komunikacyjnych eskapad zabudowie strzelającego wieżowcami w gwiazdy Manhattanu. Z pozoru niewiele tu się zmieniło od stuleci. Metropolia stwarzała wrażenie raczej zadbanej i nadal należała do największych w Układzie Słonecznym, a dianański Nowy Konstantynopol wypadał przy niej nieomal jak prowincjonalne miasteczko. Mimo sporego ruchu w błyskawicznym tempie dotarli do hotelu przy Szóstej Alei. W holu chłopak nieco się ożywił, bowiem przekonał się, że państwo Dupontowie też już tam się pojawili. Przez tych kilkanaście minut dziwnie brakowało mu Afrodyty. Ta w gustownym białym kompleciku, szczupła i wysoka, mignęła mu przed oczyma przy jednej z wind. — Jesteś gwiazdo, gwiazdeczko. Stęskniłem się za tobą i za twoim zgrabnym tyłeczkiem — cichuteńko mruknął do swoich myśli. — Ech, chyba się w tobie nie zakochałem — poprawił się, siląc się na subordynację. — No, nie — skrzywił się nieznacznie. — Nie ma obawy. Nie jestem na ciebie napalony, to nie to. — Znienacka sobie uzmysłowił, że traktuje ją nieomal jak rodzoną siostrę. Apartament na sześćdziesiątym siódmym poziomie ostatecznie pozbawił go złudzeń co do roli kompanów z firmy. Powiało grozą. Gdy wpuścili go do środka, z oszołomieniem odkrył, że wnieśli tam rynsztunek, z którym można było od biedy rozpętać prowincjonalną wojnę, a na pewno bez trudu opanować niewielką planetoidę — i bynajmniej z tymi trefnymi utensyliami nie zamierzali się kryć przed ściągniętym z dworca młokosem. Przy tym wszystkim wydawało się, że działają najzupełniej legalnie. Cały osprzęt był raczej lekki, zminiaturyzowany, pachnący nowością i przedniego gatunku, zatem ktoś, kto zdecydował się na pokrycie kosztów zakupów, musiał być przy niezłej kasie. A przy tym należeć do osób wpływowych i pociągających za sznurki. Nauczony doświadczeniem o nic więc nie pytał, bo przypuszczalnie nie usłyszałby zadowalającej odpowiedzi. Tamtych gonił czas i nie mieli — na szczęście — ochoty, żeby świeżo przybyły z Diany szczeniak plątał im się pod nogami. Pojechali po niego, bo tak im kazano. Zdaje się, że chcieli to uzbrojenie zgrabnie spakować, sądząc po stojącej pod jedną ze ścian otwartej skrzyni. Po chwili mrukliwej rozmowy odesłali go więc do sąsiedniego numeru, gdzie mógł się rozpakować, odświeżyć i poczynić przygotowania do noclegu. Część czwarta Stateczna i chłodna dama była stryjenką Raoula. Podstarzała rezydencja, którą od lat zajmowała, kojarzyć się mogła z zamierzchłym okresem neosecesji. Masywny wiekowy budynek dawał poczucie bezpieczeństwa i w gruncie rzeczy stanowił budowlę obronną. Niełatwo było dostać się do jego wnętrza bez zgody właścicielki, zważywszy solidne okna z szybami pancernymi, mocne framugi drzwi wejściowych i kuchennych, nie mówiąc o finezyjnych zabezpieczeniach elektronicznych. Licząca dziewięćdziesiąt osiem lat Anna Dupont nie ufała jednak nowinkom, więc poza tradycyjnym wyposażeniem, charakterystycznym dla tak zwanych inteligentnych domów — między innymi z dbającym o zachowanie czystości i porządku komputerem — nie wpadało tu w oczy nic takiego, co mogłoby się wiązać z rozreklamowanymi w Układzie Słonecznym udogodnieniami. Niczego w nadmiarze. Piętrowy dom z lekko spadzistym dachem stał na skraju pachnącego żywicą lasu, a tuż przed nim znaczyła się gładka tafla jeziora, w którym nie brakowało okoni, sandaczy, szczupaków i muskie. Przywitała go dosyć powściągliwie, ale było widać, że bardzo się cieszy z przybycia kuzyna. Francuski Afrodyty nie budził zastrzeżeń, więc starsza pani — w pierwszych chwilach nieco się bocząca na uwiedzione przez Raoula niewinne dziecię — w mig ją zaakceptowała, roztropnie przewidując, że prześliczna młodziutka kobieta na jakiś czas wygoni z jej domu nudę. Pierwsze lody zostały przełamane. Przezorny Raoul nie zamierzał ukrywać przed stryjenką prawdziwego pochodzenia madonny, którą ze sobą przywiózł na Ziemię. Ta była jednym z cudów techniki. Zasiedli wieczorem przy grzejącym nogi kominku, w którym płonęły z trzaskiem sosnowe klocki i polana, niespiesznie gawędząc o koligacjach rodzinnych i musiał jej w końcu w sekrecie zdradzić, jak wszedł w posiadanie tak ślicznej hurysy. Starsza pani przyjęła tę rewelację bez specjalnego zdziwienia. — Coś takiego chodziło mi po głowie, gdy tylko ją ujrzałam — z namysłem wyjawiła. — Ja mam dobre oczy. A poza tym wiem, jak to jest w tych laboratoriach naukowych. Stają na głowie, żeby stworzyć nowe odmiany. Ma być uosobieniem piękna. Perfekcyjnie doskonała i bez skazy. Genetyczne cacko. Naturalni rodzice nie mogliby sobie pozwolić na tak idealnie obrobione dziecko. Stworzone z niewyobrażalną finezją. Kogo by było na to stać? — zamilkła. — I pomyśleć, że kiedyś przed wiekami drogą krzyżowania tworzono tylko nowe hodowlane odmiany roślin i zwierząt. Teraz nagminnie robią to samo z naszą rasą. Za grosz wstydu nie mają w tych koloniach... — omal się nie zachłysnęła. — Jak można? A gdzie prawa boskie i ludzkie? Nie chciał, by zgryźliwie ciągnęła ten nudnawy i przegrany temat. Gościł na konserwatywnej Ziemi, z podstarzałym pokoleniem, zapatrzonym w przeszłość, z kompleksami sprzed stuleci i z krytycyzmem w stosunku do z pozoru niemoralnych nowości. Zresztą, jakaż to była nowość? — I nie będzie ci to wadzić? — badawczo zapytał. Uniosła brwi w wyrazie zdziwienia, biorąc z nakrytego koronkowym obrusem stolika słodkie ciasteczko. — No, wiesz? Nie należy wtrącać się do cudzego życia — odrzekła z odrobiną samozaparcia. Zaraz jednak skwapliwie dodała: — Ale pozwól, że stara wścibska kobieta zaspokoi swoją ciekawość. Czy będziesz mieć z nią dzieci? Nieznacznie się zarumienił, ale w półmroku nie było tego widać. A może to ogień z kominka rzucił właśnie na jego oblicze szkarłatny blask? — Raczej... nie. — Co to znaczy: „raczej nie”? Poczuł się jak sztubak, przyłapany na kłamstwie. Teoretycznie biorąc, mógł sobie zafundować dzieciaka, powołanego do życia w probówce i wyhodowanego w inkubatorze. Jednakże musiał pamiętać o tym, iż — Bogiem a prawdą — nie miałby się kto nim zająć, zważywszy, że Afrodycie nie była pisana świetlana przyszłość. A poza tym z takim śmiałym wyzwaniem wiązało się mnóstwo rozmaitych komplikacji. Nie był pewny, czy dianański kodeks rodzinny i opiekuńczy pozwala na posiadanie potomstwa z klonowaną niewolnicą. Ponadto nie miał pojęcia, kto rozporządzał prawami do jej genów — może firma „Body Perfect”, a może jakaś inna eminentna spółka, od której tamta z kolei nabyła licencję? I tak dalej, i tak dalej. Zgubiłby się w tym bezlitosnym labiryncie. — No, na pewno nie! Stryjenka z bólem westchnęła. — To było do przewidzenia — w zadumie pokiwała siwą głową. — Przypuszczam jednak, że ona ci się jeszcze do czegoś przyda... — po chwili namysłu zagadkowo dorzuciła. Raoul zrobił wielkie oczy. Wyrażała się nazbyt enigmatycznie. — Do czegóż to, stryjenko? Staruszka znowu westchnęła. Nie paliła się do odpowiedzi. — Chodzi o te złoża retelitu, które zapewniły ci dostatek — wreszcie z siebie wydusiła. Lekko się najeżył i zesztywniał. Bestia, za dużo o nim wiedziała! Tylko kto ją w to wtajemniczył? Czyżby niechcący wygadał się przed stryjem Bobem, kiedy ten jeszcze żył? Chyba się mylił, naiwnie sądząc, że stryjenka ze względu na podeszły wiek będzie zdradzać objawy sklerozy. Nie wyrzekła się opinii wszystkowiedzącej Pytii. O jej wnikliwości mówiło się w całej rodzinie. — Cóż w tym dziwnego? — ostrożnie zapytał, chcąc dowiedzieć się od niej czegoś więcej. — Jak to, co? Nie wiesz? Umiem niuchać, kochany. Tylko ostatni kiep nie wpadłby na to, że niefortunnie wszedłeś w drogę komuś, kto już wcześniej odkrył tę planetoidę i chciwie położył na niej łapę — rzekła, a w jej oczach pojawiły się dziwne błyski. — To była złota żyła. Zdaje się, że jakaś pokrętna grupa przemytnicza chciała ukryć przed władzami fakt jej posiadania i cichej eksploatacji. Wiesz, ile kosztuje ta ruda na czarnym rynku... Zdusił w sobie niepokój. A może po prostu czytywała za dużo kryminałów? Kobiety powinny były dostawać do rąk tylko łzawe romanse. — Sądzisz, że będą chcieli się zemścić? — Całkiem możliwe — odpowiedziała. — Przez kilka ostatnich dni węszono w tej okolicy. Dyskretnie wypytywano o ciebie i twoje koneksje. Oj, musisz naprawdę na siebie uważać. To nie przelewki — rzekła, spoglądając z troską na kuzyna. Nie wierzył samemu sobie. Dygotał, nie pojmując, jak weszła w posiadanie informacji, które tak starannie ukrywał. — Jesteś znakomicie zorientowana. Skąd wiesz, że na tym zarobiłem? — próbował wiercić jej dziurę w brzuchu. Blado uśmiechnęła się pod nosem, widząc, że uderzyła w jego czułą strunę. — Nie będę cię męczyć, powiem — rzekła. — To zasługa twojego nieodżałowanego stryja, a mojego męża — postanowiła wyjawić mu w sekrecie. — Ty robiłeś karierę w Siłach Kosmicznych Układu, on zaś pracował w wywiadzie Unii Solarnej. Nikt nie miał o tym zielonego pojęcia, żadni krewni czy znajomi. Ty też. Interesował się twoimi poczynaniami, a jeśli było trzeba niepostrzeżenie usuwał ci kłody spod nóg. Biedny staruszek — z żalem westchnęła — swoje przeżył. Tego i owego przy nim się nauczyłam, gdyż byłam jego powierniczką — ziewnęła, zasłaniając sobie ręką usta. — I nadal umiem poniuchać, posługując się jego sekretnymi sposobami — zaczęła podnosić się z fotela. Chcąc nie chcąc, musiał również się unieść. — No, czas spać — z ulgą wsparła się na jego ramieniu. — Jeżeli ci to nie sprawia trudności, odprowadź mnie teraz do mojej sypialni. A potem wracaj do tej ślicznotki. Ech! Jest przesłodka. — No, dobrze. Ale co ona ma z tym wspólnego? — usiłował się dopytać. Nie miała ochoty ciągnąć konwersacji. Przecząco pokręciła głową. — Nie nudź. Może jutro do tego wrócimy — rozstrzygnęła, kierując się w stronę drzwi. — Jest już za późno na takie rozmowy. Jeśli ona jest androidem klasy zerowej, to powinieneś wiedzieć, co potrafi — rzuciła na obchodne. Nie zamierzał się z nią rozstawać. — Nie mówiłem ci, stryjenko, że Afrodyta jest androidem klasy zerowej — zatrzymał ją, usiłując znowu pociągnąć ją za język. — Głuptasku — zasłoniła mu starczą ręką usta. — Nie bądź niedorzeczny. Jeśli nie jest człowiekiem, to musi być androidem. A której klasy? Wystarczy na nią spojrzeć, by wiedzieć, że najwyższej — wykpiła się w mig. Strzelił na nią okiem z nieskrywanym podziwem. Ani chybi była kolejnym wcieleniem Sherlocka Holmesa. — To prawda — pokornie odpowiedział. — No, to dobranoc. Do jutra — pożegnała go i zamknęła mu przed nosem drzwi sypialni. Przesyłkę przyjęła Afrodyta, która naglona poczuciem obowiązku ześlizgnęła się wczesnym rankiem do kuchni, chcąc zabrać się za pichcenie śniadania. Wprawdzie posłańcy wyglądali jak typy spod ciemnej gwiazdy, to jednak nie byli w stanie jej przerazić. Bez nerwów wpuściła ich do środka. Nie musiała lękać się prymitywnych gorylowatych facetów — i chyba tamci doskonale wiedzieli dlaczego, bo zachowywali się nad wyraz uprzejmie i aż do przesady grzecznie. Właściwie to mieli niezłego pierdla, co sprawiało, że popisywali się jak błazny. Wnieśli to, co mieli wnieść i bezzwłocznie opuścili posesję, jak chińscy kelnerzy gnąc się w pół, cofając się i nie spuszczając oczu z wysportowanego klona. Omal nie robili w gacie. Sporej wielkości skrzynia, która spoczęła w szerokim holu, była zaadresowana na Raoula Duponta. Mniej więcej w godzinę później otworzyli ją we troje, zaciekawieni tajemniczą zawartością. Ta zaś dawała do myślenia. Anonimowy nadawca wypełnił pojemne wnętrze wyposażeniem grup specjalnych. Raoul wydobywał kolejne części zabójczego ekwipunku, ostrożnie układając je na podłodze. Wszystko było gotowe do użytku. Zatrzymał w rękach jakiś wymyślny miotacz, który z niczym wcześniej poznanym mu się nie kojarzył. Nieroztropnie odbezpieczył broń i przymierzył się, celując w okno. Choć służył w armii, musiał przyznać, że niektóre z tych akcesoriów widzi pierwszy raz w życiu. — Uważaj! — ostrzegła go Afrodyta, zręcznie wyjmując mu z rąk niebezpieczną zabawkę. — Rozwaliłbyś cały dom. Zdziwił się, zezując na dziewczynę. — Umiesz się tym posługiwać? — zapytał. Przytaknęła bez wahania. — To jest oscylator pulsującego megapola, typ B-156. Działa cicho, ale jest straszny. Znam wszystkie te maszynki. Są naprawdę groźne. Zmarszczył brwi. Zapomniał się na chwilę i zapytał z odrobiną ironii w głosie: — A któż cię tak wyszkolił, mała? Rozpaczliwie ugryzł się w język, lecz było już za późno. Dziewczynie wymazano część przeszłości i nie powinien był usiłować tego odgrzebywać. Ta chwilę się z sobą szamotała, zgodnie z wszczepionym jej imperatywem usiłując mu odpowiedzieć. Wreszcie bezsilnie opadły jej ręce i bezradnie wyznała: — Nie pamiętam, Raoulu. Ale jestem pewna, że ktoś się do tego przyłożył. Zapakowali sprzęt z powrotem do skrzyni. Potem idąc za radą stryjenki Raoul nakazał Afrodycie wybrać kilka sztuk i przenieść do stojącego przed willą autolotu. Licho nie spało, więc dobrze było mieć pod ręką to i owo z tego rynsztunku. Jakiś nieuchwytny impuls sprawił, że Raoul nagle otworzył oczy. Mogła być druga lub trzecia w nocy, w sypialni panowała zupełna cisza, jednak Afrodyty nie było przy nim na posłaniu. Przebiegł szybko myślami cały ostatni dzień. Zajrzał z dziewczyną do szkoły, do której chodził w dzieciństwie, odwiedził miasteczko i złożył wizytę w domu, gdzie kiedyś mieszkał, niestety należącym już od lat do nowych właścicieli, a po południu wybrał się z nią na ryby. Pływali po jeziorze. Potem w pojedynkę udał się na cmentarz, zatrzymując się przy grobie rodziców. Na wystających z trawy i pokrytych mchem płytach widniały ich imiona i nazwiska. Jego szkolna miłość też już odeszła z tego świata i chwilę medytował przy jej kamiennym obelisku. Księżyc w pełni przedarł się właśnie przez chmury i dojrzał Afrodytę, która tuż przy oknie przywarła do ściany. Była już ubrana. Wsparł się na łokciu. — Co się stało? — szepnął w jej stronę. Cicho odsunęła się od futryny i zawróciła do łóżka. — Mamy niespodziewanych gości — dmuchnęła mu w ucho. — Jest ich co najmniej sześciu. I chyba jeszcze jeden pozostał w wahadłowcu. — Widzisz ich? — zdziwił się niezmiernie. — Tak, na podczerwieni. Nie pytał, jak to się dzieje, że nie ma żadnych kłopotów z niuchaniem w zupełnych ciemnościach. — Co mam robić? — rozpaczliwie zapytał. — Ty? Nic. Zostaw to mnie. — Może trzeba zawiadomić policję? Skrzywiła się. — Co ty, to są cwaniacy. Ekranują wszystkie połączenia. Żaden sygnał się nie przebije. Nim się spostrzegł, znowu rozpłynęła się w mroku. Poruszała się cicho jak tropiący białych Indianin na prerii. Domyślił się, że zeszła na dół, więc narzucił coś na siebie i na palcach ruszył tam za nią. Na szczęście schody nie skrzypiały. Nie omylił się. Szukała czegoś w skrzyni ze sprzętem wojskowym. Coś tam z niej wydobyła, przytraczając sobie do pasa. — Chcesz się z nimi zmierzyć? Odgarnęła włosy. — Muszę. Inaczej cię zabiją. Założyła czarną kurtkę, wiszącą obok drzwi wejściowych. — Idź do stryjenki. Niech ze swego pokoju otworzy główne wejście. Ale najwyżej na pięć sekund. A potem niech je zamknie — cicho poleciła. — Wrócę i zastukam, jak będzie po wszystkim! Posłuchał jej i szybko wspiął się po schodach. Adrenalina robiła swoje i dopadło go nagłe wrażenie, że ubyło mu lat. Anna Dupont czuwała, a przy tym — jak się zorientował — była uzbrojona po zęby. Miała wyczulony słuch i dobrze wiedziała, co się dzieje wokół jej domu. — Żywcem nas nie wezmą! — syknęła do kuzyna, stając z dumą w bojowej postawie z automatem w ręce. Bezczynność była jednak dla Raoula nie do zniesienia. Warował przy oknie, usiłując przebić wzrokiem ciemności nocy, wszakże poza nieruchomym zarysem drzew i krzewów, rozjaśnionych srebrzystą poświatą księżyca, nic więcej nie wpadało mu w oczy. Wytrzymał tak może z pięć minut, potem zmełł w ustach soczyste przekleństwo i postanowił działać. To było od niego silniejsze. Wymógł na stryjence, by powtórzyła manewr z otwieraniem i zamykaniem drzwi, a korzystając ze zwolnionej na kilka sekund blokady jak cień wymknął się w ślad za Afrodytą. Księżyc właśnie skrył się za chmurami, jeszcze bardziej ograniczając widoczność. Poczuł na twarzy lekki powiew mokrego wiatru. Pochylony, wytężał wzrok. Z paralizatorem w dłoni ostrożnie podążał dookoła posesji, trzymając się okolicznych zarośli. Założył, że w pobliżu jeziora nikogo nie spotka. Potknął się wreszcie na czymś, co okazało się ciałem jednego z napastników. Przewrócił tamtego na wznak. Facet był nieprzytomny. Odór gazu usypiającego sprawił, że cofnął się z obrzydzeniem. Poszedł dalej, wchodząc w sosnowy las. Ze skarpy dojrzał jeszcze jednego typa, leżącego z bezradnie rozłożonymi rękami. Ponad poszyciem w oddali błysnęło światło i domyślił się, że ukryto tam wahadłowiec, o którym wspomniała dziewczyna. Udał się ostrożnie w jego stronę, bacząc, by nie mu nie strzeliła pod butem jakaś sucha gałąź. Obłe kształty pojazdu stały się wyraźniejsze, ale nie zdążył rozsądzić, czy powinien podejść bliżej, czy nie. Jakaś dłoń zasłoniła mu usta i nim się spostrzegł, wywinął kozła, miękko lądując na trawie. — Ciii-cho! — Afrodyta zwolniła ucisk. — Tamci już nie są groźni. Został tylko ten ostatni koleś w maszynie. Z konieczności pozostał z tyłu, pozwalając jej dalej swobodnie grasować. Dziewczyna poskrobała delikatnie w pokrywę włazu. Czuła się w ciemnościach nocy jak drapieżny zwierz, który ruszył na łowy. Chwilę trwało, nim klapa się uchyliła. Amazonce to wystarczyło. Mężczyznę, który był w środku, wyrzuciło jak z katapulty. Wywinął olimpijskie salto. Unieszkodliwiła go, nim zdążył krzyknąć. — Gotowe! — oznajmiła, siedząc na nim okrakiem. Jednym skokiem dostała się maszyny, lokując się za sterami i zręcznie manipulując przyrządami pokładowymi. Zaraz też otworzył się luk towarowy. — Pomóż mi ich przytargać — półgłosem rzuciła. — Albo nie! — zawahała się. — Lepiej zrobić to inaczej. Po co się męczyć? Kazała mu wsiąść i lekko poderwała wahadłowiec do góry, osadzając go zgrabnie w kilku kolejnych i niezbyt odległych od siebie miejscach, więc po niejakim czasie cała siódemka — wbrew swojej woli — znalazła sobie raczej mało wygodne posłania w dość hermetycznej pustawej ładowni. Raoul trochę się przy tym zasapał, bo napastnicy byli rośli. Gdy Afrodyta zamykała właz, właśnie jeden z nich zaczynał się budzić. Podniósł głowę i rozejrzał się nieprzytomnie. — Rozgość się! — Raoul rzucił mu kpiąco na rozstanie. Niecierpliwie wybijał palcami rytm na przeźroczystym blacie okrągłego stołu, od wczesnych godzin rannych oczekując na meldunek z Ziemi. Kiedy rozległ się modulowany sygnał, nerwowo poderwał się z fotela. — No i jak? — zapytał, gdy tylko Konstancja weszła do jego gabinetu. — Są już jakieś wiadomości? Tamta nie śpieszyła się z odpowiedzią. Przez krótką chwilę wybierała wzrokiem fotel, a potem bez pośpiechu się rozsiadła, co najmniej tak jakby chodziło o kolejną i nudną poranną naradę, dotyczącą z reguły rzeczy nieważkich, bzdurnych i arcybanalnych. — Owszem, są już wiadomości z Ziemi — odrzekła oschle i sucho. Zawsze była taka. — Zostało coś z tej Afrodyty? — tamten się naprawdę niecierpliwił. — No, mówże wreszcie, kobieto! — rzucił ponaglająco. Bez przekonania odchrząknęła. A potem wyrecytowała jak kiepski automat: — Model klonoandroida, oznaczony symbolem CA 1056, o imieniu własnym "Afrodyta", będący w posiadaniu niejakiego Raoula Duponta, sprawdził się w stu procentach. Wyeliminował bez trudu siedmioosobowy zespół, złożony z byłych funkcjonariuszy Ekip Ekstremalnych i działający na zlecenie prowadzącej mafijne interesy Grupy Trzynastu. Afrodyta pozostała zdrowa i cała, a jej właściciel, jak dotąd, nie złożył u naszego technika żadnych zastrzeżeń, dotyczących jej funkcjonowania... Prezes oniemiał. A potem popadł w niebywałe uniesienie. Porwał nagle Konstancję i wycałował ją w oba policzki. Omal nie odtańczył z nią triumfalnego tańca po jasnym gabinecie, z którego ogromnych okien było widać strzelający w górę na kilkadziesiąt pięter Pomnik Słońca. Później jednak oklapł i ciężko opadł na swój fotel. — A więc zwycięstwo, wielkie zwycięstwo, choć — bądźmy szczerzy — nieco pyrrusowe — podsumował, zadyszany. Oczy jednak nadal radośnie mu się świeciły. — Udało nam się wreszcie bezkolizyjnie połączyć słodką dziewczynę do uciech cielesnych z bezpardonową i bezwzględną wojowniczką. Boże, ileż kosztowało naszą firmę naprawianie szkód, wywołanych przez wcześniejsze nieudane modele. Te długotrwałe procesy sądowe i te krociowe odszkodowania. Na szczęście, ten okres mamy już za sobą! — użalał się do współpracowniczki. — Niech pan będzie szczery, panie prezesie. Czy powiodłoby się nam, gdybyśmy się nie odwołali do reguł paradoksu Rogersona? Gdyby nie ta udana teoria matematyczna, dalej dreptalibyśmy w miejscu. — Masz rację, kochana Konstancjo. Napijesz się czegoś? — skwapliwie zapytał, widząc wchodzącą sekretarkę. Potem dodał: — A co z tym Raoulem Dupontem? Czy nie należy mu... — Och, nie! — pewna swych racji przerwała szefowi. — Skoro jest zadowolony z dziewczyny, nie widzę powodu, byśmy się z nim spotykali i dzielili najtajniejszymi sekretami firmy. — Wzgardliwie wzruszyła ramionami. — Po cóż miałby wiedzieć, że stał się królikiem doświadczalnym — dorzuciła. — I że wytypowaliśmy go do naszego ukrytego eksperymentu? Zresztą w jedenastym punkcie zestawu umiejętności klona mieści się sztuka samoobrony. Sądzę, że to powinno rozwiać jego wątpliwości, o ile jakieś mu się nasuną — chłodno postawiła na swoim. Zgodził się bez oporów. Z zadowoleniem zatarł ręce. — My zaś będziemy mogli rzucić na rynek nowy i absolutnie rewelacyjny produkt. Nareszcie poprawią się obroty spółki!.. T a myśl niepokoiła go od czasu do czasu, ale kiedy niespodziewanie powracała, niby targana wiatrem fala, niecierpliwie tłumił ją w sobie, uznając, że są granice, których dbającemu o zachowanie twarzy facetowi nie wypada przekraczać. Takim pokusom się nie ulegało. Tego dnia jednak słodki napływ podniecenia okazał się silniejszy niż się spodziewał i nie umiał się mu oprzeć, a to go na moment wyprowadziło z równowagi. Owiraptory ścigały się jak szalone dookoła basenu i wypoczywając obok Afrodyty przez dobrą minutę śledził w napięciu ich harce. Potem zebrał się na odwagę. Wstydliwie odkaszlnął i zapytał, przezwyciężając zażenowanie: — A gdybym nie poprzestał na tobie i zafundował sobie jeszcze jedną zgrabną laskę? Drugą przyjaciółkę od serca i niby-żonę? Byłabyś w stanie to przełknąć? Gniewałabyś się na mnie? Wyrzucił to z siebie, zaraz płochliwie umykając wzrokiem i usiłując sprawić wrażenie, że interesują go tylko białe obłoki, rysujące się od rana na tle błękitu. Przez chwilę czuł się jak sparaliżowany. Dopadło go wrażenie, że to idiotyczne pytanie zawisło gdzieś w próżni i że nigdy nie usłyszy na nie odpowiedzi. Nie kazała mu długo czekać. Niepewnie zatrzepotała powiekami, bo wybił ją z rozkosznego półsnu. Skierowała twarz w jego stronę, jednak nie znikł z niej wyraz słodyczy. — To ty decydujesz, drogi Raoulu, nie ja — nie namyślając się, cichutko odrzekła. Lekko się podniosła, podpierając się na łokciu. — Liczy się twoje szczęście i tylko ono jest dla mnie ważne... — z oddaniem zaszczebiotała. Rzuciła tę kwestię gładko i z czarem, a zabrzmiała jak dawno temu wbite do głowy credo. Boże ty mój, grzechem byłoby je zapomnieć! Umiała się znaleźć w każdej sytuacji i pod tym względem okazywała się zawsze bez zarzutu. Wiadomo, savoir-vivre androida klasy zerowej... Ramiona mu opadły i odrobinę zblazowany podejrzliwie się jej przyglądał. Zachowywała stoicki spokój i to go czasem irytowało. Jeżeli miał zamiar perfidnie wbić jej szpilę, to minął się z celem. Przyszło mu na myśl, że gdyby ugrzązł w związku z krewko reagującą kobietą o diablo ognistym temperamencie, ta pewnie w porywie złości z miejsca przylałaby mu w mordę, na odlew, raz i drugi, przywołując go do porządku i nie czekając na to, czym ją jeszcze będzie w stanie zaskoczyć. — Niemożliwe! Zaakceptowałabyś jej obecność? — nie chciało mu się wierzyć i z uporem maniaka zaczął wiercić jej dziurę w brzuchu, a jego brwi powędrowały wysoko w wyrazie niebotycznego zdumienia. — Jasne! Ma się rozumieć. Jeżeli ty ją pokochasz, to ja też — z anielską cierpliwością potwierdziła, a jej oczy zdradzały, że mówi najszczerszą prawdę. — Ha! — mruknął z niejaką ulgą, powoli kładąc się obok niej na plecach. Stopniowo się uspokajał i wracała mu pewność siebie. Jednak zaraz niespokojnie się poderwał, nadal drążąc ten ekscytujący temat i nie chcąc pozostać bez kropki nad i: — A co sądzisz... eee... o seksie we troje? Przez króciutką chwilę wydawało mu się, że strategom z „Body Perfect” zabrakło wyobraźni i że nie przewidzieli tak niedorzecznej sytuacji. — Już ci odpowiedziałam, Raoulu. Jeśli ty ją pokochasz, to ja też... Przestał wisieć jej na ustach i pogrążył się w pełnej znaków zapytania zadumie. Usłyszał, co chciał, jednak to wszystko nie mieściło mu się w głowie. Z bólem serca wykoncypował, że jednak ci chciwi dranie uwzględnili tak występny scenariusz. Co za chytre lisy? Dopiero teraz błysnęło mu pod czachą, że przecież w ich podłym interesie leżało, by nabycie pierwszej dupci nie uniemożliwiało klientowi kupna następnej. Produkt był produktem, niczym więcej. — Heh! — wypuścił z płuc powietrze. — Wpadła mi w oko taka, ma na imię Iryda — wyjawił ze smętkiem w głosie. Afrodyta nie wiedziała, że po kilku dniach wahań z duszą na ramieniu wdepnął do wiadomej firmy, a tam z wypiekami na twarzy kilka razy przekartkował cały katalog. Nie połakomił się już na obejrzenie filmowych reklamówek z wytypowanymi pannicami, bo wymiótł go stamtąd wstyd. Obawiał się kpin i wydawało mu się, że pracownicy zezują na niego ze skrytym współczuciem jak na godnego pożałowania, śliniącego się erotomana, którego należy czym prędzej wysłać na dłuższe leczenie. — Kiedy się do nas wprowadzi? — jak gdyby nigdy nic zapytała, a jej chabrowe oczy wyrażały jedynie niewinną dziecięcą ciekawość. Rozdziawił gębę, nie kryjąc zaskoczenia. — No, nie wiem! — usprawiedliwiająco wymamrotał. — W gruncie rzeczy... — żałośnie zachrypiał, zaczynając się wycofywać — nie podjąłem jeszcze decyzji. Nic na serio. Tak po prostu... zapytałem... z ciekawości. Chciałem wiedzieć, jak się na to... eee... zapatrujesz... Bo gdybyś była przeciwna, to... Albo gdybyś miała cień wątpliwości... Wyciągnął się znowu, wystawiając twarz do słońca i pokonany przymknął oczy. Dziewczyna rozsiewała delikatny zapach egzotycznych kwiatów. Niepokoiła go niekiedy myśl, że się od niej uzależnił jak od niebezpiecznego narkotyku, ale szczerze mówiąc z pewnością było to dużo lepsze od dawnej samotności. Wprawdzie umiał cieszyć się ciszą i brakiem zajęć, jednakże kiedy poznał Afrodytę przestało mu to wystarczać. Dlaczego jednak chodził mu po głowie ten szalony pomysł? Czy był mu potrzebny do szczęścia drugi android? Czy nie groziło mu, że wpadnie z deszczu pod rynnę? Wykoncypował, że to chorobliwe pragnienie zakiełkowało w nim już wtedy, kiedy po raz pierwszy zagościł u mieszkającego niemal po sąsiedztwie emerytowanego komandora z Urana, cieszącego się posiadaniem dwóch skośnookich gejsz. Cóż za słodkie istoty! Wrócił myślami na Ziemię do przebojowej stryjenki. Mieli szczęście i zgarnęli pospołu niezły szmal, bo za ujęcie zbirów, którzy wpadli w ręce Afrodyty wyznaczono niemałą nagrodę. Ci byli poszukiwani w całym Układzie Słonecznym. Staruszka zrzekła się swojej części na jego rzecz, więc od razu przyszło mu do głowy, że mógłby zainwestować w nową pannicę z „Body Perfect”. Nie, nie chodziło mu o bezustanne nurzanie się w rozkoszy. Usiłował dociec, jakie skryte intencje nim kierowały, bo był przekonany, że zwykle działa racjonalnie. Czy przypadkiem instynktownie nie szukał asekuracji? Jego myśli błądziły wokół tej sprawy. Szczerze mówiąc, po nocnej akcji w posiadłości stryjenki powinien był zacząć bać się o swoje życie. Ta szemrana grupa przemytnicza, którą pozbawił złóż retelitu, mogła przecież jeszcze raz próbować dobrać mu się do skóry. Tacy maniacy z przedziwnym uporem wyrównywali rachunki. Rozsądek mu podpowiadał, że nie zaszkodziłoby mieć jeszcze jednego, równie dobrego jak Afrodyta ochroniarza. A dzięki niespodziewanej nagrodzie mógł sobie na takiego pozwolić. — Taaa... tego się będę trzymać... — z ulgą mruknął do siebie, pozostając przy tej odkrywczej konkluzji. — Czego, Raoulu? Musiał jej to powiedzieć. — Myślę, że z tobą i z... Irydą byłbym bezpieczniejszy. To na wypadek, gdyby tamci znowu usiłowali mnie dopaść. — Spodziewasz się, że powrócą? — zapytała. — Mam nadzieję, że nie, ale kto wie? — westchnął z udawaną rozterką. P rofesora omal nie zamurowało na jego widok. Znieruchomiał na środku gabinetu, robiąc wielkie oczy. Jednak w jednej chwili się otrząsnął. — A jesteś! — nieco łaskawie zauważył, choć nie bez nuty starczego przekąsu w głosie. — Ha, ha, ale już jako młody Ziemianin... — sucho się roześmiał, ubawiony własnym dowcipem. Niedbale pokazał mu ręką krzesło i Paul usiadł, ciekawie rozglądając się wokół siebie. W gabinecie było tak samo jak dawniej, tyle tylko że przybyła doniczka z kwitnącym kaktusem. — Stęskniłem się za panem — powiedział. Tamten też usiadł. — No i jak tam? Miałeś po powrocie dwa tygodnie urlopu. Rudzielec przytaknął. — Klawo było, nie da się ukryć. Ziemia jest pasjonująca. Warto tam polecieć. Kocham naszą firmę! Profesor skupił uwagę na jego chłopięcej twarzy, szukając sobie tylko wiadomych zmian. Jednak ich nie znalazł. Paul był taki sam jak przedtem. — Spotkały cię jakieś przykrości? — zapytał. — Niespodzianki? Kłopoty z tą lalą? Rudzielec zaprzeczył. — Nie — odpowiedział. — Ten Dupont ani razu mnie nie wzywał. Gorzej natomiast było z naszymi fachowcami, którzy na Ziemi mną się zajęli. Kogóż to nasza firma tam trzyma? Co za typki. Pan sobie nie wyobraża, jacy to... Naukowiec niecierpliwie machnął ręką, nie pozwalając mu dokończyć. — Jacy są, tacy są — parsknął. — To mnie nie obchodzi. — Były tematy, które niechętnie poruszał. — No więc mówisz, że z tą modelką nie było kłopotów? Spisywała się na medal? Chłopak przytaknął, zezując na róg biurka. Spod sterty papierów wydostał się maleńki żółw. Rozpoczął marsz w kierunku profesora. — Jest znakomita. I w roli kochanki, i w roli ochroniarza. I właściwie trudno orzec, w której jest lepsza. Pan wie, te programy... — Wiem — uciął profesor. Zapadło na chwilę milczenie. — To, co? Wracasz do pracy? — zapytał. Złapał żółwia i umieścił go przed sobą. — Tak, tylko nie wiem, czy... — Twój boks jest wolny. Wczoraj któryś z elektroników z góry robił tam porządki. Pewnie z myślą o tobie. — To świetnie — Paul zatarł ręce. — Hola, hola. Ale nie wiesz wszystkiego. Ta... Iryda. Pamiętasz, obwiesiu? Chłopak się zaniepokoił, że tamten chce wrócić do incydentu sprzed tygodni. — Pamiętam. — Wyobraź sobie, że znalazł się na nią nabywca. I pewnie nie zdziwisz się, gdy się dowiesz, kto był chętny. Chłopak miał oczy jak talary. Intensywnie wpatrywał się w pokryte zmarszczkami oblicze przełożonego, jakby szukał w nim natchnienia. — Ten Dupont? — wreszcie zapytał, doznając olśnienia. Profesor przytaknął. — A jak, on, takie buty! — odsapnął. Rudzielec wstydliwie spuścił wzrok, a na jego twarz nieoczekiwanie wypełzł rumieniec. Po chwili przemógł się i podniósł głowę. — Serio? Kiedy się zdecydował? — miauknął, ostrożnie sondując starego. Tamten zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć. — Był tu w ubiegłym tygodniu, by uporać się z ostatnimi formalnościami. Taka tam prawnicza kosmetyka. Przypadkiem otarłem się o niego na górze — cmoknął. — Facet się sprężył, nie da się ukryć. — I dorzucił: — Z ciekawości zajrzałem wczoraj do inkubatorni, wyobraź sobie, by zobaczyć, co z tego wyniknie. Ciebie tam nie wpuszczą! — zaraz zdecydowanie zaznaczył, widząc niezwyczajne ożywienie w oczach chłopaka. — Skończyli faszerować mózg, a teraz zabierają się za budzenie klona — odkaszlnął w zwiniętą dłoń. — Za dzień lub dwa laska będzie jak się patrzy. — Potem z namysłem pokiwał głową. — Dobra robota, do diaska, to lalunia ostra jak brzytwa. Pełna wigoru. Nie pozwoli mu spocząć na laurach. — Taaa... Ma doskonały prawy sierpowy — cierpko skwitował Paul, odruchowo macając sobie szczękę. Profesor zdawał się go nie słyszeć. Co innego chodziło mu po głowie. — Cóż to za duet, jak on z tego wybrnie? — wybąkał w zamyśleniu. Złagodniał na moment, jakby puściły w nim jakieś hamulce. — Anioł i diabeł, jak pragnę zdrowia, niby to w jednej tanecznej parze. Ty wiesz, co ona potrafi? Nie uwierzysz! — zwrócił się znowu do chłopaka. — Posiada przewyborny dar przewidywania zagrożenia, to jakaś forma zwierzęcego instynktu. Z góry wie, skąd przyjdzie atak i jest w stanie go uprzedzić. Uderza, jeszcze nim wróg zdecyduje się na bezpośrednią konfrontację. Czyni to odruchowo i nie można jej powstrzymać. Tamten otworzył z wrażenia usta. — Ale jajca — rzekł po chwili. — To ten Dupont może mieć niezłe kłopoty. Stary się skrzywił i zatarł ręce. — Może tak, a może nie. Pożyjemy, zobaczymy. A zresztą, to nie nasza sprawa — zakończył.
категории: [ ]
|
Новости сайта10.01.2008 - состоялось открытие сайта. Поиск |