Potocki J. R?KOPIS ZNALEZIONY W SARAGOSSIE (70)

Dzie? sze??dziesi?ty czwarty
Nazajutrz nie zaniecha?em uda? si? do kopalni, gdzie przez ca?y dzie? gorliwie wykonywa?em rzemios?o g?rnika. Wieczorem poszed?em do szejka i prosi?em go, aby dalej raczy? opowiada?, co te? uczyni? w tych s?owach:
DALSZY CI?G HISTORII SZEJKA GOMELEZ?W
M?wi?em ci, ?e otrzyma?em od mego ojca list, z kt?rego dowiedzia?em si?, ?e moja wr??ka jest kobiet?. Znajdowa?em si? na?wczas w Gadames. Sid-Ahmet wyprawi? si? ze mn? do Fezanu, kraju wi?kszego od Gadames, ale mniej ?yznego, i gdzie mieszka?cy s? wszyscy czarni. Stamt?d udali?my si? do oazy Ammona, gdzie musieli?my czeka? na wiadomo?ci z Egiptu. Ludzie wys?ani przez nas powr?cili po dw?ch tygodniach z o?mioma dromaderami. Ch?d tych zwierz?t by? nie do wytrzymania, trzeba go by?o jednak znosi? przez osiem godzin bez przerwy. Gdy zatrzymali?my si?, dano ka?demu dromaderowi kulk? z ry?u, gumy i kawy; wypocz?li?my przez cztery godziny i znowu ruszyli?my w drog?.
Trzeciego dnia stan?li?my w Bahr-bela-ma, czyli na morzu bez wody. Jest to szeroka dolina piaszczysta i pokryta muszlami; nie spostrzegli?my ?adnego ?ladu ani ro?lin, ani zwierz?t. Wieczorem przybyli?my na brzegi jeziora obfituj?cego w natron, kt?ry jest rodzajem soli. Tam porzucili?my naszych przewodnik?w i dromadery i przep?dzi?em noc sam na sam z Sid-Ahmetem. O ?wicie przyby?o o?miu krzepkich ludzi, kt?rzy posadzili nas na noszach dla przeniesienia przez jezioro. Post?powali jeden za drugim, gdzie br?d zdawa? si? do?? w?ski. Natron kruszy? si? pod ich stopami, kt?re jednak dla ochronienia od ran poowi?zywali sk?rami. Tym sposobem niesiono nas d?u?ej ni? przez dwie godziny. Jezioro wychodzi?o w dolin? os?oni?t? dwiema ska?ami z bia?ego granitu, po czym gin??o pod wielkim sklepieniem, utworzonym przez natur?, ale wyko?czonym r?k? ludzk?.
Tu przewodnicy rozniecili ogie? i nie?li nas jeszcze przez jakie? sto krok?w, a? do pewnego rodzaju przystani, gdzie ??d? na nas czeka?a. Przewodnicy nasi ofiarowali nam lekki pokarm, sami za? posilali si?, pij?c i kurz?c haszysz, czyli wyskok z konopianego nasienia. Nast?pnie rozpalili pochodni? z ?ywicy, szeroko o?wiecaj?c? przestrze? doko?a, i uczepili j? do steru ?odzi. Wsiedli?my, nasi przewodnicy zmienili si? w wio?larzy i przez ca?? reszt? dnia p?yn?li z nami pod ziemi?. Nad wieczorem przybyli?my do zatoki, sk?d kana? rozlewa? si? na kilka koryt. Sid-Ahmet rzek? mi, ?e tu zaczyna si? s?awny w staro?ytno?ci labirynt Ozymandiasa. Dzi? pozosta?a tylko podziemna cz??? gmachu, ??cz?ca si? z jaskiniami Luksoru i z wszystkimi podziemiami Tebaidy.
Zatrzymano ??d? przy wej?ciu do jednej z zamieszkanych jaski?, sternik poszed? dla nas po po?ywienie, po czym owin?li?my si? w nasze haiki i zasn?li?my w ?odzi.
Nazajutrz znowu wzi?to si? do wiose?. ??d? nasza p?yn??a pod obszernymi galeriami, nakrytymi p?askimi g?azami nadzwyczajnego rozmiaru; niekt?re z nich ca?kiem zapisane by?y hieroglifami. Przybyli?my nareszcie do portu i udali?my si? do miejscowej za?ogi. Dowodz?cy ni? wojskowy zaprowadzi? nas do swego naczelnika, kt?ry podj?? si? przedstawienia nas szejkowi Druz?w.
Szejk przyja?nie poda? mi r?k? i rzek?:
- M?ody Andaluzyjczyku, bracia nasi z Kassar-Gomelezu pochlebnie pisz? mi o tobie. Oby b?ogos?awie?stwo Proroka spocz??o na tobie.
Sid-Ahmeta szejk zdawa? si? zna? od dawna. Zastawiono wieczerz?, po czym wpadli jacy? ludzie dziwnie ubrani i zacz?li rozmawia? z szejkiem w j?zyku dla mnie niezrozumia?ym. Wyra?ali si? z gwa?towno?ci?, wskazuj?c na mnie, jak gdyby oskar?ali mnie o jak?? zbrodni?. Rzuci?em wzrokiem na mego towarzysza podr??y, ale ten znik?. Szejk wpad? w niepohamowany gniew. Porwano mnie, okuto mi ?a?cuchami r?ce i nogi i wrzucono do wi?zienia.
By?a to jaskinia wykuta w skale, tu i ?wdzie poprzerywana ??cz?cymi si? ze sob? wydr??eniami. Lampa o?wieca?a wej?cie do mego podziemia, spostrzeg?em dwoje przera?liwych oczu, a tu? za nimi straszliw? paszcz?, uzbrojon? w potworne z?by. Krokodyl wsun?? p?? swego cia?a do mojej jaskini i grozi? mi poch?oni?ciem. By?em skr?powany, nie mog?em si? ruszy?, odm?wi?em wi?c modlitw? i czeka?em ?mierci.
Krokodyl jednak przykuty by? na ?a?cuchu, by?a to pr?ba, na jak? chciano wystawi? moj? odwag?. Druzowie tworzyli w?wczas liczn? sekt? na Wschodzie. Pocz?tek jej odnosi si? do pewnego zagorzalca nazwiskiem Darazi, kt?ry w istocie by? tylko narz?dziem Hakima Biamrillaha, trzeciego kalifa Fatymid?w w Egipcie. W?adca ten, znany ze swej bezbo?no?ci, usi?owa? koniecznie przywr?ci? dawne izyjskie zabobony. Rozkaza? si? uwa?a? za wcielenie b?stwa i oddawa? si? najpotworniejszym spro?no?ciom, do kt?rych upowa?nia? tak?e swoich zwolennik?w. W owej epoce nie zniesiono jeszcze zupe?nie dawnych misteri?w i odprawiano je w podziemiach labiryntu. Kalif kaza? si? wtajemniczy?, ale upad? w szalonych swoich przedsi?wzi?ciach. Zwolennicy jego, prze?ladowani, schronili si? do labiryntu.
Dzi? wyznaj? najczystsz? wiar? mahometa?sk?, ale zastosowan? do sekty Alego, jak? niegdy? przyj?li Fatymidzi. Przybrali nazw? Druz?w dla unikni?cia powszechnie znienawidzonego miana Hakimit?w. Druzowie z dawnych misteri?w zostawili tylko zwyczaj wystawiania na pr?by. By?em obecny przy kilku i zauwa?y?em ?rodki fizyczne, nad kt?rymi bez w?tpienia byliby si? zastanowili pierwsi uczeni europejscy;
nadto zdaje mi si?, ?e Druzowie maj? pewne stopnie wtajemniczenia, gdzie wcale ju? nie chodzi o mahometanizm, ale o rzeczy, o kt?rych nie mam ?adnego poj?cia. Zreszt? do zbadania ich by?em na?wczas zbyt m?ody. Przep?dzi?em ca?y rok w podziemiach labiryntu, je?dzi?em cz?sto do Kairu, gdzie stawa?em u ludzi tajemnymi zwi?zkami z nami po??czonych.
W?a?ciwie m?wi?c, podr??owali?my jedynie dla poznania skrytych nieprzyjaci?? wyznania sunnickiego, na?wczas panuj?cego. Wybrali?my si? w drog? do Maskatu, gdzie imam wyra?nie o?wiadczy? si? przeciw sunnitom. Znakomity ten duchowny przyj?? nas nader uprzejmie, pokaza? nam spis wierz?cych w niego pokole? arabskich i dowi?d?, ?e z ?atwo?ci? mo?e simnit?w z Arabii wyp?dzi?. Wszelako nauka jego sprzeciwia?a si? wyznaniu Alego, nie mieli?my wi?c z nim nic do czynienia.
Stamt?d pop?yn?li?my do Bassory i przez Szyraz przybyli?my do pa?stwa Safawid?w. Tu w istocie wsz?dzie znale?li?my wyznanie Alego panuj?cym, ale Persowie oddali si? rozkoszom, niezgodom domowym i ma?o co dbali o post?p islamu poza swym krajem. Zalecano nam odwiedzenie Jezyd?w, zamieszkuj?cych wierzcho?ki Libanu. Nazw? Jezyd?w nadawano r??nym rodzajom sekciarzy, ci w?a?ciwie znani s? pod nazw? Mutawali. Z Bagdadu wi?c skierowali?my si? drog? przez pustyni? i przybyli?my do Tadmory, kt?r? wy nazywacie Palmir?, sk?d napisali?my do szejka Jezyd?w. Przys?a? nam konie, wielb??dy i zbrojny orszak.
Zastali?my ca?y nar?d zgromadzony w dolinie niedaleko Baalbeku. Tam doznali?my prawdziwego zadowolenia. Sto tysi?cy zagorzalc?w wy?o przekle?stwa na Omara i pochwa?y dla Alego. Odprawiono pogrzebow? uroczysto?? na cze?? Hussejna, syna Alego. Jezydowie no?ami krajali sobie ramiona, niekt?rzy nawet, uniesieni gorliwo?ci?, poprzerzynali sobie ?y?y l poumierali, nurzaj?c si? we w?asnej krwi.
Zabawili?my d?u?ej u Jezyd?w, ani?eli si? spodziewa?em, i otrzymali?my nareszcie wiadomo?ci z Hiszpanii. Rodzice moi ju? nie ?yli i szejk zamierza? mnie usynowi?. Po czterech latach podr??y szcz??liwie na koniec
wr?ci?em do Hiszpanii. Szejk usynowi? mnie ze wszystkimi zwyk?ymi uroczysto?ciami. Wkr?tce uwiadomiono mnie o rzeczach, nie znanych nawet sze?ciu naczelnikom rodzin. Chciano, a?ebym zosta? Mahdim. Naprz?d mia?em si? da? uzna? na Libanie. Druzowie egipscy o?wiadczyli si? za mn?, Kairuan tak?e przeszed? na moj? stron?; w ka?dym razie to ostatnie miejsce powinienem by? obra? na stolic?. Przeni?s?szy tam bogactwa Kassar-Gomelezu, mog?em zosta? wkr?tce najpot??niejszym w?adc? na ziemi.
Wszystko to by?o nie?le wymy?lone, ale naprz?d - by?em jeszcze zbyt m?ody, po wt?re - nie mia?em ?adnego poj?cia o wojnie. Postanowiono wi?c, ?e niezw?ocznie udam si? do wojska otomanskiego, kt?re na?wczas toczy?o b?j z Niemcami. Obdarzony ?agodnym sposobem my?lenia, chcia?em oprze? si? tym zamiarom, ale trzeba by?o by? pos?usznym. Wyprawiono mnie, jak na znakomitego wojownika przysta?o; uda?em si? do Stambu?u i przy??czy?em do orszaku wezyra. Pewien w?dz niemiecki, imieniem Eugeniusz, pobi? nas na g?ow? i zmusi? wezyra do cofni?cia si? za Tun?, czyli Dunaj. Nast?pnie chcieli?my znowu rozpocz?? zaczepn? wojn? i przej?? do Siedmiogrodu. Post?powali?my wzd?u? Prutu, gdy W?grzy z ty?u na nas wpadli, odci?li od granic kraju i do szcz?tu rozbili. Dosta?em dwie kule w piersi i porzucono mnie na polu bitwy jako poleg?ego.
Koczuj?cy Tatarzy podnie?li mnie. owi?zali moje rany i za ca?e po?ywienie dawali mi skwa?nia?e nieco kobyle mleko. Nap?j ten, mog? ?mia?o rzec, ocali? mi ?ycie. Przez rok jednak tak dalece by?em os?abiony, ?e nie mog?em dosi??? konia, i gdy horda zmienia?a koczowisko, k?adziono mnie na wozie z kilkoma starymi kobietami, kt?re mnie piel?gnowa?y.
Umys? m?j, r?wnie jak cia?o, upad? na si?ach i nie mog?em ani s?owa nauczy? si? po tatarsku. Po up?ywie dw?ch lat spotka?em mu??? znaj?cego j?zyk arabski. Powiedzia?em mu, ?e jestem Maurem z Andaluzji i ?e b?agam, aby mi pozwolono wr?ci? do ojczyzny.
Mu??a przem?wi? za mn? do chana, kt?ry da? mi pieni?dzy na podr??.
Dosta?em si? nareszcie do naszych jaski?, gdzie od dawna uwa?ano mnie za straconego. Przybycie moje sprawi?o powszechn? rado??. Sam tylko szejk nie cieszy? si?, widz?c mnie tak os?abionego i z nadwer??onym zdrowiem. Teraz mniej ni? kiedykolwiek by?em zdolny na Mahdiego. Wszelako wys?ano pos?a do Kairuanu dla wybadania umys??w, chciano bowiem czym pr?dzej rozpocz??.
Pose? wr?ci? po sze?ciu tygodniach. Wszyscy otoczyli go z nadzwyczajn? ciekawo?ci?, gdy wtem, w samym ?rodku opowiadania, pad? jak zemdlony. Udzielono mu pomocy, odzyska? przytomno??, chcia? m?wi?, ale nie m?g? zebra? my?li. Zrozumiano tylko, ?e w Kairuanie panuje zaraza. Chciano go oddali?, ale ju? by?o za p??no: dotykano si? podr??nego, przenoszono jego rzeczy i od razu wszyscy mieszka?cy jaski? ulegli straszliwej kl?sce.
By?a to sobota. Nast?pnego pi?tku, gdy Maurowie z dolin zeszli si? na modlitw? i przynie?li dla nas ?ywno??, zastali tylko trupy, po?r?d kt?rych ja czo?ga?em si? z wielk? naro?l? pod lew? piersi?. Unikn??em jednak ?mierci.
Nie l?kaj?c si? ju? zarazy, wzi??em si? do grzebania umar?ych. Rozbieraj?c sze?ciu naczelnik?w rodzin, znalaz?em sze?? pask?w pergaminowych, z?o?y?em je i odkry?em tajemnic? niewyczerpanej kopalni. Szejk przed ?mierci? otworzy? wodoci?g, spu?ci?em wi?c wod? i przez jaki? czas napawa?em si? widokiem moich bogactw, nie ?miej?c ich dotkn??. ?ycie moje by?o okropnie burzliwe, potrzebowa?em spoczynku i godno?? Mahdiego nie mia?a dla mnie ?adnego powabu.
Zreszt? nie posiada?em tajemnicy porozumiewania si? z Afryk?. Mahometanie mieszkaj?cy w dolinie po-stanowili odt?d modli? si? u siebie, by?em wi?c sam w ca?ym podziemiu. Zala?em znowu kopalni?, pozabiera?em klejnoty znalezione w jaskini, wymy?em je starannie w occie i uda?em si? do Madrytu jako maureta?ski kupiec klejnot?w z Tunisu.
Po raz pierwszy w ?yciu ujrza?em miasto chrze?cija?skiej zdziwi?a mnie wolno?? kobiet i zgorszony by?em lekkomy?lno?ci? m??czyzn. Z ut?sknieniem wzdycha?em za przesiedleniem si? do jakiego miasta mahometa?skiego. Chcia?em oddali? si? do Stambu?u, ?y? tam w zbytkownym zapomnieniu i kiedy niekiedy powraca? do jaski? dla odnowienia moich fundusz?w.
Takie by?y moje zamiary. My?la?em, ?e nikt o mnie nie wie; ale myli?em si?. Aby lepiej uchodzi? za kupca, udawa?em si? w aleje publiczne i rozk?ada?em tam moje klejnoty. Ustanawia?em na nie sta?? cen? i nigdy nic wdawa?em si? w ?adne targi. Post?powanie to zjedna?o mi powszechn? wzi?to?? i zapewni?o korzy?ci, o jakie wcale nie dba?em. Tymczasem gdziekolwiek si? ruszy?em, czy to na Prado, czy do Buen Retiro, albo w jakiekolwiek inne publiczne miejsce, wsz?dzie ?ciga? mnie jaki? cz?owiek, kt?rego bystre i przenikliwe oczy zdawa?y si? czyta? w mojej duszy.
Bezustanne spojrzenia tego cz?owieka wprawia?y mnie w niewypowiedziany niepok?j.
Szejk zamy?li? si?, jakby przypomina? sobie doznane wra?enia; wtem dano zna?, ?e wieczerza jest ju? na stole, od?o?y? zatem dalsze opowiadanie na dzie? nast?pny.