Guziakiewicz E. PRZERWANY LOT

Akcja tej mikropowieści SF toczy się na ogromnym statku pasażerskim, lecącym z Ganimeda [księżyc Jowisza] na Marsa. To daleka przyszłość. Głównym bohaterem jest Bob, agent Wywiadu Solarnego, oddelegowany na Czerwoną Planetę w związku ze Świetlistymi, reprezentantami cichej i groźnej cywilizacji, której ostrożną ekspansję odnotowano w obrębie Układu Słonecznego, a której istnienie utrzymywano w tajemnicy.
Nieprzewidziany ciąg wydarzeń na pokładach tnącego próżnię «Titanica» sprawia, że sprawy osobiste głównego bohatera wysuwają się na pierwszy plan, usuwając w cień służbowe. Okazuje się, że światem — jak zwykle — rządzą piękne kobiety...

Autor ukończył ten utwór w grudniu 2004 roku. Należy on — obok «Afrodyty», «Banity» i «Ekscytozy» — do prezentowanej w Internecie serii «Przyloty na Ziemię».

CZĘŚĆ PIERWSZA

Zapowiadał się nudnawy lot. Wprawdzie porażający swoją wielkością okrzyczany "Titanic" należał do komfortowych i luksusowo wyposażonych kosmicznych statków pasażerskich, istnych gigantycznych hoteli w próżni, jednak pech chciał, że tego roku Jowisz i Mars ulokowały się złośliwie po przeciwnych stronach Słońca — jedna z tych planet była w aphelium, a druga w peryhelium. Na pokonanie dzielącego je koszmarnego dystansu, wynoszącego ponad miliard kilometrów, trzeba było około miesiąca. Na tę absurdalną podróż decydowali się więc przeważnie ci, którzy mieli nóż na gardle i z ważkich powodów musieli jak najszybciej dotrzeć do Czerwonej Planety. Pamiętający o tym Bob straszliwie ziewał już w dniu odlotu. Nie pojmował, dlaczego szefowie właśnie jego oddelegowali na Marsa. Czy tam nie mieli speców od Świetlistych? Nie ominęło go wrażenie, że został złośliwie wypchnięty w próżnię. Z gasnącą nadzieją na odmianę podłego losu marudnie się przyglądał ostatnim nieśpiesznie okrętującym się pasażerom, jednak wśród ładujących się na pokłady nie dostrzegł absolutnie nikogo, z kim chciałby zawrzeć bliższą znajomość. Wreszcie opuścili statek portowi kontrolerzy zabezpieczeń i zatrzaśnięto włazy, odcinając mu ostatecznie drogę ucieczki.
Wcześniej usiłował oswoić się z rozkładem głównych pomieszczeń kosmicznego kolosa, a było tego niemało. Po starcie zaś tkwił nastroszony około godziny na jednym z górnych pokładów przed grubym, ale przejrzystym iluminatorem, z bólem żegnając najpierw odpływającą w dal stację orbitalną z cumującymi przy jej rękawach czarnymi kontenerowcami, a następnie otoczonego cienką powłoką lekko fluoryzującej atmosfery kurczącego się Ganimeda. Akurat jego dwa sztuczne słońca kryły się za zakrzywioną linią horyzontu. Statek miał całkiem niezłe przyspieszenie, więc oddalający się księżyc w mig się zamienił w ledwo widoczny świecący punkt na straszącym nocną czernią rozgwieżdżonym niebie. Potem jeszcze jakiś czas gapił się na Jowisza, jakby to on był winien jego zgryzot.
Cóż było czynić? Nie mógł już się wycofać.
— Zła passa — rozżalony bąknął pod nosem, godząc się jakoś z tym, że tego nie zmieni.
Zawrócił do swojej kabiny, omijając wyłożony tłumiącym kroki miękkim dywanem szeroki korytarz, wiodący do sal reprezentacyjnych. W centrum była wysoka na trzy poziomy i otoczona antresolą sporawa sala jadalna, główne miejsce codziennych kilkakrotnych spotkań wszystkich pasażerów, a wprost z niej można było przejść do kilku pustawych jeszcze pierwszego dnia kawiarenek i salonów rozrywki. Najbardziej podniecające było ponoć złociste kasyno o wiele mówiącej nazwie "Las Vegas", ale nie przypuszczał, że będzie tam częstym gościem. Na drugim poziomie znajdowała się pływalnia z prawdziwą wodą, ambulatorium medyczne, pomieszczenia rekreacyjne, siłownie, solaria i gabinety masażu oraz pasaż ze sklepami. Jego apartament był dosyć przyzwoity i z wyrafinowanym smakiem urządzony, żadna tam pokraczna więzienna cela czy rodzaj przyciasnego korytarzyka ze ścienną wnęką do spania. Kwaterę wyposażono — między innymi — w porządne wirtualne okna z powiewem, zapachami i gamą naturalnych dźwięków. Znaczyły się za nimi zależnie od wybranej opcji bądź to rozświetlona słońcem ściana gęstej tropikalnej dżungli z rozciągającą się wzdłuż niej żółtą plażą, żywcem ściągnięta z Tahiti lub z Moorea, bądź to będący wyzwaniem dla miłośników sportów ekstremalnych odpychający i surowy w swym majestacie zalodzony masyw Herkulesa. Aby znaleźć inne jeszcze mamiące oczy ugłaskane świetlne obrazy, należało cierpliwie pogrzebać w katalogu. Mógł ponadto zmieniać kolor ścian, ale meble pozostawały wciąż te same. Korzystając z rzuconego na fotel podręcznego terminala z lektorem jeszcze raz w skupieniu przejrzał listę pasażerów, ale znowu nie dostrzegł niczego zajmującego. Lektor miał głos obojętnie matowy i nie nadawał się na rozmówcę. "Titanic" mógł standardowo pomieścić na swoich pokładach dwustu piętnastu podróżnych, jednakże tym razem zabrał ich tylko osiemdziesięciu dwóch. Po starcie część z lecących zwykle decydowała się na płytką hibernację. Rozejrzał się po salonie. To wyjaśniało, dlaczego za cenę kajuty drugiej klasy leciał w komfortowym apartamencie pierwszej. Zaintrygowała go klasyczna biblioteka, gdyż na nią akurat natrafił w terminalu. Obok niezliczonej ilości e-filmów i e-booków, księgozbiór obejmował kilkadziesiąt tysięcy bardzo starych papierowych pozycji książkowych z różnych dziedzin — począwszy od filozofii, etyki i religii, a skończywszy na naukach przyrodniczych. Musiał sobie jakoś poradzić z nadmiarem wolnego czasu i przyszło mu do głowy, że mógłby wzorem dziadka Brunona podumać nad pismami Arystotelesa ze Stagiry, bądź też zastanowić się nad sensem życia i wreszcie przeczytać Biblię, której nigdy nie trzymał w rękach.
— To jest myśl! — półszepnął. Nie należało pochopnie rezygnować z asystencji uskrzydlonych muz.
Jego dziadek cieszył się opinią znakomitego filozofa, myśliciela nowej generacji, a laury zdobywał w okrzyczanej Akademii Humanistycznej w Nowym Amsterdamie na południu księżyca. W terminalu zachwalano ponadto ogród botaniczny, w którym mieściło się kilka tysięcy prawdziwych okazów ziemskiej flory. Ponoć kwiaty wolno było własnoręcznie zrywać, a pachnące bukieciki i wiązanki zabierać do kajut. Oprócz tego oczekiwało na zwiedzających sporawe oceanarium z różnymi gatunkami morskich stworów, jednak nie dające możliwości płetwonurkowania wśród paradnych podwodnych brzydali. Zapraszało nadto kilka innych naturalnych środowisk, ale z jakich planet, tego nie sprawdzał.
Znudzonym głosem przekazał naściennemu komunikatorowi podstawowe dane o sobie, a potem skorzystał ze zajmującej róg łazienki kabiny do regeneracji, wcześniej odruchowo wodząc palcami po jej dostępnych ustawieniach. Okazało się, że w tę wbudowano kilka arcyciekawych modułów. Między innymi była wyposażona w poszerzony zespół reduktorów nadwagi, co pozwalało wygodnickiemu pasażerowi w ogóle nie martwić się o kalorie. Odświeżony i zrelaksowany z ciekawości zajrzał potem do pokładowego menu, chcąc się zorientować, czym załoga "Titanica" ma zamiar truć skazanych na niekończący się lot podróżnych i gwizdnął z niekłamanym uznaniem. Samopoczucie od razu mu się poprawiło. Rozdmuchany do niemożliwych granic jadłospis obejmował około sześciu tysięcy pozycji. Było w czym wybierać. Prawie wszystkie odpowiadały standardowi "eko", co oznaczało, że bukietem smakowo-zapachowym, nie mówiąc o innych własnościach, nie różniły się od naturalnych potraw. Z niejakim rozbawieniem pomyślał, że pewnie połowę kosmicznego kolosa wypełnia przeogromny skaner kuchenny. Nie powinien był się temu dziwić. Cóż bowiem pozostawało skazanym na bezczynność biednym pasażerom, uwięzionym w mknącej przez zimne pustki Układu Słonecznego pancernej fregacie? Robiło się wszystko, żeby zabić nudę, a jednym ze sposobów na to, by nie wykorkować z nadmiaru czasu, było poświęcanie się niekończącej się wyżerce. Nie brakowało też mocnych trunków, nie mówiąc o setkach gatunków win.

Dźwięczny gong przypomniał o kolacji i oddając się sennej zadumie nad kulisami lotu flegmatycznie pociągnął do sali restauracyjnej. Pasażerowie z kabin o numerach od 201 do 204 dzielili ten sam stolik, więc chcąc nie chcąc musiał przysiąść się do trzech młodych i rosłych wojskowych z Sił Kosmicznych Układu.
— Siemanko! — półgębkiem wykrztusił, siląc się na odrobinę uprzejmości i zajmując wolne krzesło.
Zmieścił się w standardzie. Chłopcy byli jak z obrazka, same asy, włosy ścięte na rekruta. Skinęli głowami w odpowiedzi. Mogło być dużo gorzej i w gruncie rzeczy pokrzepiła go na duchu ta kompania, bowiem po drugiej stronie sali z dziesięć stolików okupowali ponurzy cętkowani Wenusjanie. Nosili piętno rasy, którą zmutowano w tych odległych czasach, w których to ich wstydliwa planeta nie nadawała się jeszcze do kolonizacji, zaś ich ciała pokrywało twarde ciemnobrunatne obrzydlistwo, przypominające skórę węża lub pancerz żółwia. Przed wiekami pierwsi łakomi osadnicy na tym pokrytym gęstymi zasiarczonymi chmurami nieprzystępnym globie decydowali się na ułatwiające przetrwanie genetyczne zmiany. Chodziło o łatwą kasę. Za wrednym gadzim wyglądem poszły jednak gadzie obyczaje i rzadko kiedy się zdarzało, by wenusjańscy odmieńcy byli skłonni szukać wspólnego języka z przedstawicielami gatunku Homo sapiens z innych planet. Mieszane małżeństwa raczej się nie zdarzały. Wyczuwało się ledwo skrywane napięcie i można było się domyślić, że wcześniej czy później dojdzie do konfliktów między czarnuchami a pozostałymi pasażerami. Jak wszakże gdzieś zasłyszał, od kilku dziesięcioleci wdrażano na Wenus pokrywany przez kilka solarnych fundacji program adaptacyjny, w wyniku którego potomni mieli stopniowo tracić specyficzną rzeźbę skóry i związane z nią ubarwienie. To go jednak już nie obchodziło. Sam był białym o klasycznych anglosaskich rysach podobnie jak siedzący obok niego chłopacy.
Nie musiał bawić się w kurtuazję i tłumaczyć powściągliwym wojakom, kim właściwie jest i co robi na pokładzie "Titanica", nie znosił sprzedawania taniej żenującej legendy o sobie, bowiem odziany w ciemnogranatowy mundur z lampasami siwobrody kapitan zaczął właśnie przemawiać — wylewnie witając pasażerów i zachęcając ich, aby rozgościli się na statku jak u siebie w domu, a przy okazji zapraszając do kaplicy na wieczorne nabożeństwo w intencji udanej podróży. Deliberował około czterech minut, a to wystarczyło, by uwiązani przy stoliku nie czuli się już zobowiązani do wzajemnej prezentacji. Zresztą chłopcy wcale się do tego nie rwali, więc w chwili ciszy wybąkał tylko swoje imię. Odwzajemnili się tym samym. Gdy kapitan skończył, a lokujący się na podeście wirtualny kwintet zaczął stroić instrumenty, tematem toczącej się półgębkiem rozmowy stała się wyłącznie zawartość talerzy. Rozparci w krzesłach chłopcy w mundurach optowali za tradycyjną kuchnią amerykańską, więc nie chcąc być snobem i brzydko od nich odstawać zdecydował się ich śladem na krwisty stek, frytki i piwo. A miał przecież straszliwą ochotę na coś wyszukanego i naprawdę wykwintnego z oryginalnej karty francuskiej. Aż mu ciekła na to ślinka. Uwielbiał dostojny rytuał, związany z serwowaniem takich dań. Kogo nie bawiło chaotyczne przebieranie w potrawach i obstawianie w ciemno nic nie mówiących nazw, ten zdawał się na firmowy zestaw dnia. W tej kulinarnej loterii nie było świecących pustką losów. Na deser bez pytania podawano świeże owoce południowe. Palce lizać!
Dopiero gdy ociężale podniósł się od stolika i odwrócił z zamiarem opuszczenia sali, mignęła mu przed oczyma tamta ujmująca madonna. Doświadczenie wielu lat służby wywiadowczej zrobiło swoje i nie drgnął mu żaden muskuł na twarzy. Potrafiłby doskonale zignorować nawet eksplozję nuklearną. Mimo to skoczyła mu adrenalina. Doskonale znał Vanessę Lee. Weszła do restauracji później niż on i ulokowała się za jego plecami ze trzy stoliki dalej, więc nie mógł jej wcześniej dostrzec. W jednej chwili pojął, dlaczego siedzący przy nim młodzi wojskowi mieli rozproszoną uwagę i dyskretnie zezowali przy kolacji w tamtą stronę. Sekundowała jej para zadbanych staruszków.
Gdy mijał nakryty granatowym obrusem stolik, kątem oka zarejestrował dyskretny gest, który uczyniła ta seksbomba. Mimochodem dotknęła lewą dłonią prawego ramienia. W służbowej mimice oznaczało to, że pragnie bez zwłoki nawiązać z nim kontakt. To go uspokoiło. Nie miał nic przeciwko temu, żeby uciąć sobie z nią przyjazną pogawędkę — a najchętniej przy świetle wirtualnego księżyca i przy miłosnych trelach wyciągającego wysokie tony słowika. Tym bardziej, że już w czasie ćwiczeń na Callisto, do których oddelegowano go przed kilkoma miesiącami z ganimedzkiej sekcji, szarpała go ochota na dużo więcej. Tam jednak do ponętnej modelki nie miał raczej dostępu, a natłok zajęć szkoleniowych sprawiał, że cały czas była poza jego zasięgiem. Brakowało wolnych chwil i musiał pożegnać się z nadzieją na kameralne rozmowy i flirty. Wyszedł z restauracji na korytarz.
— Coś takiego? — mruknął z niedowierzaniem. — Jajca straszne. Ona tu? I któż by uwierzył?
Na pewno nie było tej damy na liście pasażerów, a jeżeli już ją tam umieszczono, to pod fałszywym imieniem i nazwiskiem. Podobnie jak Bob, była agentem wywiadu Unii Solarnej. Jakimże jednak cudem znalazła się na pokładzie "Titanica"? I dlaczego szef sekcji nie raczył go poinformować, że będzie mieć w drodze doborowe towarzystwo?
Pozbierał myśli i raptem go olśniło, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Śliczniutka Vanessa była księżniczką z jego bajki. Pojął, że zakochał się na amen w "Titanicu" i począł błogosławić swoich wrednych szefów za to, że go wysłali w tę niechcianą podróż.
Póki co nie mógł do niej podejść i rozkładając ramiona niefrasobliwie zapytać, co słychać na jej rodzinnym Callisto. Obowiązywały ich żelazne reguły gry. Konspiracja to konspiracja. Oficjalnie biorąc był dla Vanessy zupełnie obcym mężczyzną. Musiał więc zadbać o to, aby ich pierwsze spotkanie wyglądało na całkiem przypadkowe, a dopiero potem pozwolić sobie na kilka z pozoru niezobowiązujących pokładowych rozmów. Takie tam bajery. Wiadomo, wścibskie pokładowe kamery były wszędzie porozmieszczane, a postronnym nic podejrzanego nie mogło wpaść w oczy. A zawsze mógł się napatoczyć jakiś nadmiernie dociekliwy typ, gotowy wetknąć nos w nie swoje sprawy. Postanowił odłożyć to podniecające zadanie na następny dzień, zaś pierwszy wieczór w podróży przykładnie poświęcić lekturze.
— Boże ty mój, jak dawno nie miałem w rękach prawdziwej papierowej książki — prawie bezgłośnie wyszeptał przy bibliotekarce, która udostępniała zbiory.
Mulatka z obsługi dobrze się prezentowała w pokładowym ciemnogranatowym mundurze i nawet nie musiał długo na nią czekać. Przytargała się w trzy minuty, więc widocznie lubiła tę pracę. Przez króciutką chwilę męczyło go podejrzenie, że jest tylko chłodnym i bezuczuciowym androidem, ale na szczęście nie miała charakterystycznego tatuażu na szyi. Nie znosił kobiet pozbawionych seksapilu.
— A na co ma pan ochotę, panie?..
— Brown — podpowiedział jej skwapliwie. — Apartament dwieście trzy.
Skinęła głową w geście, który mówił, że nie musi się tak gorliwie przedstawiać. I tak nie wyniósłby przecież pożyczonych książek poza statek kosmiczny. Te papierowe były wyjątkowo cenne.
— Zatem na co? — cierpliwie powtórzyła pytanie.
Chwilę się wahał z zamówieniem, ale w gruncie rzeczy doskonale wiedział, z czym chce wrócić do swojej wygodnej kajuty.
— Na jakieś zbiorowe wydanie dzieł Arystotelesa, zwłaszcza logicznych — rzucił niby to niedbale — oraz na "Isagogę" Porfiriusza...
Zabłysnęły jej oczy i z jej twarzy zmiotło resztki kobiecej niechęci do sterczącego przed nią zadufanego faceta. Zagłębiła się między regały i przydźwigała mu cztery opasłe tomiska. Muzy niby kolorowe motyle wydawały się frygać wokół wybranych woluminów.
— Na Porfiriusza będzie pan musiał jednak zaczekać — jej głos nabrał barwy. — Nie mamy go na półkach. Jest tylko po hiszpańsku. Wyskanuję jeden egzemplarz z matrycy angielskiego wydania sprzed stu sześćdziesięciu lat. Będzie w pięknych jasnobrązowych okładkach ze skóry. I niech pan się nie martwi — zapewniła skwapliwie, poprawiając ręką włosy. — Ktoś go podrzuci panu do kajuty. Najpóźniej za dwa lub trzy kwadranse!

CZĘŚĆ DRUGA

Dopiero przed południem niby przypadkiem otarł się o czarującą agentkę z Callista. Właściwie to ona zadbała, żeby na siebie wpadli. Przy jednej z ulokowanych na pierwszym poziomie kafejek, ta była stylizowana na wyszynk z Dzikiego Zachodu, mieściła się niczego sobie sala wystawowa, a oddany sztuce pokładowy kustosz zdecydował się zaprezentować serię oryginalnych dzieł mistrzów z księżyców Saturna. Tytułem zachęty na każdym stoliku znalazł się niewielki błyszczący folder. Wyłamał się i zamówił francuskie croissanty z białą kawą i dżemem brzoskwiniowym, a później pachnące gnochci w aromatycznym sosie ze świeżych pomidorów i bazylii. Prosto z restauracji owczym pędem pociągnęli na Parnas po śniadaniu wszyscy chętni, więc i on powlókł się w ogonie. Nieuważnie lustrował cenne zbiory, starając się przy tym nachalnie nie ziewać. Nie przepadał za popartem. Utonął ostatecznie w bardzo niskim przeźroczystym foteliku, który mu się w jednej chwili rozpakował przed przedstawiającym tytańskie orchidee znanym płótnem De Smeta i tam popadł w niejaką zadumę.

Noc miał zarwaną, bo gdy ustawiał "widok za oknem" na mroźny masyw Herkulesa, zapomniał zablokować temperaturę. W rezultacie tego gdzieś po północy dojmujący chłód wyrwał go ze snu. Wiał porywisty wiatr. Dygotał z zimna, zmagając się z parametrami klimatycznymi, a oschły i obojętny głos lektora z terminala doprowadzał go do szału. Był wściekły jak diabli. Woda zamarzła w karafce, więc musiało być w apartamencie poniżej zera. Dobrze, że z sufitu nie sypał śnieg.

Podniósł się i przesunął lekki fotel pod ścianę, bo uznał, że będzie siedzieć na drodze zwiedzającym. Akurat w jego stronę ciągnęło kilka osób.

— Orchidee — wycedził.

Następnie myślami wrócił do wieczornej lektury. Pobieżnie przejrzał pisma logiczne Stagiryty, noszące wspólne miano "Organonu". Obejmowały one "Kategorie", "O wypowiadaniu się", "Analityki pierwsze", "Analityki wtóre", "Topiki" i "O dowodach sofistycznych". Przekartkował również "Hermeneutykę", a potem zabrał się ostro za przyniesioną mu przez pokładowego gońca "Isagogę".

Książeczka była niczego sobie, choć musiał przyznać, że brakuje mu nieco konceptu. Napisano ją mało klarownym językiem, lecz na szczęście nie zabrakło w niej obszernych objaśnień i wnikliwych komentarzy. Zaintrygowały go tajemnicze predykabilia. Usłyszał o nich od dziadka Brunona. Jakiś czas mylnie sądził, że wiążą się one nie z logiką, ale z odległymi asteroidami. "Isagoga" należała do najpoczytniejszych i najbardziej rozpowszechnionych dzieł w dawnych dziejach kultury. Była najpoważniejszym starożytnym traktatem logicznym, przekazanym w dziedzictwie średniowieczu. Zgodnie z podanymi w niej zasadami "różnica" ("differentia") wraz z "rodzajem" ("genus"), "gatunkiem" ("species"), "właściwością" ("proprium") i "przypadłością" ("accidens") tworzyła grupę określeń, niezbędnych przy budowie poprawnej klasycznej definicji rzeczy. A definiować umieli starożytni jak nikt już po nich.

— Repetitio est mater studiorum — mruknął do siebie, dumny ze swojej ubożuchnej łaciny. Chciał w chwili samotności odświeżyć sobie to, co przeczytał i przypomnieć sobie, czemu każdy z tych dziwacznych terminów miał służyć.

Vanessa przerwała mu dopiero co podjętą medytację. Jej zgrabne nogi znakomicie się prezentowały na tle okrzyczanego tytańskiego dzieła i Bob w nagłym przebłysku sobie uzmysłowił, że Peter De Smet popełnił katastrofalny błąd nie umieszczając ich na obrazie. Pożegnała towarzyszących jej staruszków, którzy zajęci kolejnymi płótnami olejnymi oddalili się ku drugiemu krańcowi sali. Bez przeszkód mogła odegrać przed nim rolę głupiej gęsi, która nie ma zielonego pojęcia o Układzie Słonecznym.

— Czy mógłby mi pan dopomóc? — zwróciła się do pochłoniętego myślami agenta. Z konieczności musiał poderwać się z miejsca. — Chciałabym się zorientować, skąd pochodzą te orchidee.

Zrobił poważną minę, najpoważniejszą, na jaką było go stać i zezując w stronę obrazu, odpowiedział: — Z Tytana, proszę pani!

— Och, to wiem — głupia gęś wcale nie była aż tak nierozgarnięta. — Przeczytałam pod tym płótnem — pokazała mu ślicznie palcem. — Ale gdzie jest ten... Tytan? — jeszcze raz sprawdziła nazwę. — Czy to jest księżyc Wenus?

Czuł, że ogarnia go dziwny diaboliczny chichot, ale musiał się jakoś opanować.

— Ależ nie, proszę pani, skądże znowu. O ile mi wiadomo, Wenus nie posiada księżyców, nie licząc gigantycznych stacji orbitalnych. Tytan jest dużym satelitą Saturna — objaśnił z niesłabnącą powagą.

— O Boże, już wiem — ucieszyła się. — To ten kolos z kolorowymi pierścieniami z kryształków lodu — paplała jak najęta. — Strasznie wielka planeta. Imponująca swoim ogromem. I tajemnicza. Czytałam w magazynie dla kobiet, zajmujących się biznesem. Podobno działa na nas magnetycznie. A ja w to wierzę. Air Callisto Company proponuje młodym parom miesiąc miodowy na orbicie Saturna, nawet niedrogo, sprawdzałam cenę — entuzjastycznie dzieliła się z nim posiadaną wiedzą, omal przy tym nie przewracając oczami. — Podobno ma to widoczny wpływ na trwałość związku i nawet kilka moich koleżanek zapisało się, chociaż jeszcze nie wychodzą za mąż — dorzuciła konfidencjonalnie i umilkła.

Oczarowała go swoją urodą — i właściwie dopiero teraz pojął, że ta idiotyczna rozmowa mogłaby się toczyć, toczyć i nigdy nie skończyć. W kusej różowej kiecce wyglądała ponętnie i świeżo. A poza tym była agentem znakomicie wyszkolonym i cieszącym się wysokim ilorazem inteligencji. Krótko mówiąc, miał szczęście. Zależności służbowe w centrali wywiadu na Callisto nie sprzyjały kruszeniu lodów. Tam ponadto jej wdzięki przysłaniał nie pozwalający wyeksponować kobiecej urody kombinezon roboczy. Tu zaś panował luz, a ona z niezaprzeczalną gracją paradowała w kreacjach niemalże wprost z żurnala.

Sterczał obok niej jakąś chwilę, przyglądając się tytańskiemu dziełu, a potem niby cień pociągnął za nią ku następnym płótnom, ostatecznie rozstając się z przeźroczystym fotelem. Przy niej gotów był pokochać nie tylko popart, lecz także inne zwichrowane kierunki w rzeźbie, grafice i malarstwie.

— O ile dobrze pamiętam, takie orchidee, rosnące i żywe, można z bliska obejrzeć w ogrodzie botanicznym, który mieści się na trzecim poziomie — usłużnie jej podpowiedział, przerywając wreszcie ciszę. — Jestem tam ogromna ilość roślin, zarówno oryginalnych, pochodzących z Ziemi, jak i zmutowanych na innych planetach.

Zaczął jej o nich opowiadać. Nadstawiła uszu i przytakiwała z zainteresowaniem, więc chcąc nie chcąc ciągnął ten wdzięczny temat. Na Callisto w centrum agencyjnym nie mógłby się tak popisywać. Wreszcie przerzucił się na wystawione obrazy.

Staruszkowie przydreptali z powrotem. Czy mieli coś wspólnego z wywiadem solarnym? Uznał, że raczej nie. Inaczej nie plątaliby się tak niefrasobliwie przy tej rzucającej się w oczy madonnie. Vanessa słodko przedstawiła ich sobie wzajem.

— Czy wiecie, że ten pan, którego przed chwilą przypadkiem poznałam — oznajmiła z zachwytem — doskonale zna się nie tylko na obrazach, ale także na kwiatach? Wyobrażacie to sobie, mili państwo? Na kwiatach!

Powściągliwie z nim się przywitali, łypiąc na niego z ostrożną uwagą i decydując się na chwilę niezobowiązującej rozmowy. Jednak nie mieli ochoty dalej sekundować rozkosznej madonnie i za nic nie rwali się do wyprawy na wyższe poziomy. Ich podeszły wiek miał swoje prawa.

Niby to z towarzyskiego obowiązku podjął się roli przewodnika. Kwiaty były w modzie. I to zresztą od stuleci. Pewnie od czasów, kiedy to pierwszych osadników na nowych planetach cieszyła byle roślinka. Ponieważ, jak w zaufaniu zdradził starszej pani, prowadził w Nowym Amsterdamie niedużą kwiaciarnię tuż przy Grand Place, co zresztą było zgodne z prawdą, znakomicie się do tego nadawał. Zachowując należny dystans i szacunek wyprowadził staruszków i dziewczynę z galerii, następnie zaś pokładowej piękności ochoczo wskazał drogę do windy. Ze stylizowanego na Dziki Zachód wyszynku wysypało się kilku mężczyzn w kowbojskich kapeluszach na głowach. Takie były te kawiarenki, przysypane kurzem wieków i owiane aurą romantyzmu. Mimochodem dojrzał, że ciągnie za sobą kilka zazdrosnych spojrzeń i to mu raptem dodało skrzydeł.

Nikt inny oprócz nich nie kwapił się, by wsiadać, więc znaleźli się sam na sam w oświetlonej żółtym światłem kabinie. Drzwi bezszelestnie się zasunęły.

Owiał go zapach jej perfum. Nigdy nie był z nią tak blisko, niemal twarz przy twarzy, i z wrażenia zaschło mu w ustach. Niepewnie zajrzał w taksujące go niebieskie oczy.

— Chyba są tu również windy grawitacyjne — wykrztusił z siebie, próbując czymś wypełnić nagłą grobową ciszę — ale pewnie korzysta z nich tylko załoga.

Nie wydała głosowego polecenia. Tablica z nawigacją kryła się za jej plecami, z wdziękiem się odwróciła i zręcznie stuknęła w wybrany przycisk. Winda ospale ruszyła. Jednakże nie w górę, jak się spodziewał, ale w dół. Już otworzył usta, aby układnie zauważyć, że nie pozbierana młoda dama pomyliła kierunki, ale jakiś ledwo wyczuwalny impuls sprawił, że w ostatniej chwili ugryzł się w język. Vanessa spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy, że od razu stracił ochotę na rozsądzanie o czymkolwiek bez jej aprobaty. Doświadczona agentka z pewnością wiedziała, co robi.

— A czy orchidee jako gatunek pochodzą z Ziemi, czy też stworzył je ktoś w koloniach? Może jakiś zakochany w kwieciu genetyk artysta? — niefrasobliwie zaszczebiotała, dostosowując się znowu do roli głupiutkiej gęsi.

Potarł ręką czoło w zamyśleniu. Gra dalej się toczyła, czy tego chciał, czy nie. Przedsięwzięła coś bez sensu, boleśnie wyszarpując go ze skorupy nawyków i przyzwyczajeń.

— O ile wiem, to jednak z Ziemi — potwierdził z namysłem. — Były tam hodowane przed wiekami — nim jeszcze Galileusz odkrył cztery księżyce Jowisza i nim rozpoczęły się loty w kosmos. — Króciutko szperał w pamięci, szukając przydatnych informacji. Chodziły mu po głowie tylko te oczywiste. — Orchidee są nazywane także storczykami. Większość z tych roślin jest epifitami. Pasożytują na gałęziach drzew lub rosną na skałach. Są uprawiane ze względu na piękne i ozdobne kwiaty. Przeważają żółte, chociaż często można zobaczyć różowe, fioletowe, brązowe, zielone i białe. Ich kielichy mogą być przezroczyste, nakrapiane lub pręgowane. W ostatnich stuleciach udało się wyhodować mutacje o niezwykle harmonijnych kształtach i czystych barwach. Kiedyś w Ameryce Środkowej najbogatszą florą orchidei szczyciła się Kostaryka. Na jej terytorium zanotowano blisko dwa tysiące odmian.

— Jaka szkoda — westchnęła z nie udawaną melancholią. — Niestety, nigdy tam nie byłam.

— Nie tylko pani, ja również — przyznał się bez bicia. — Też dotąd nie udało mi się odwiedzić Planety Matki. Jednakże za jakiś czas będziemy ją mijać w pewnej odległości. Jeżeli komuś się nie spieszy — puścił wodze fantazji — może przerwać podróż, pożegnać "Titanica", polecieć na nią i ją zwiedzić. A potem skorzystać z następnego połączenia z Marsem. Chociaż ponoć niewiele zostało z tamtych gęstych dżungli. — A pani skąd? — zapytał jak ostatni przygłup. — Pewnie także z Ganimeda?

Winda cicho szczęknęła, zatrzymując się, a drzwi się rozsunęły. Nie odpowiedziała.

— No, to znaleźliśmy się na trzecim poziomie — zdecydowanie za głośno oznajmiła, śmiało wychylając się na zewnątrz. — Nawet nie trwało to długo...

W rzeczywistości trafili na jeden z dolnych pokładów kosmicznego kolosa. Kątem oka dostrzegł świecącą się cyfrę "dziewięć" i skrzywił się z niesmakiem. Pod nimi kryły się już tylko zimny reaktor, silnik fotonowy i generator pola grawitacyjnego. Ciążenie było niższe o jakieś dziesięć procent i poczuł się nad wyraz lekko.

Migiem pociągnął za nią, lękając się, że zniknie mu z oczu. W ogromnym pustym holu panował tajemniczy półmrok. Wystające z posadzki zaczepy zdradzały przeznaczenie tego pomieszczenia. Pewnie wtedy, kiedy z pozoru nieruchawy gigant ruszał w drogę z kompletem pasażerów, ładowano tutaj bagaże. Pilnie główkował nad tym, gdzie mogą być rozlokowane miniaturowe kamery i czujniki termiczne, z których korzystano w centrum nadzoru, ale nie zdążył dojść do żadnego odkrywczego wniosku. Vanessa niecierpliwie czekała na niego kilkanaście kroków dalej. Zbliżył się do niej i przystanął. Całkiem go zaskoczyła. Z wdziękiem ujęła jego dłoń, a potem łagodnie lecz zdecydowanie pociągnęła go za sobą do ciemnej niszy tuż obok. Tam nieoczekiwanie zarzuciła mu na szyję ramiona i szaleńczo wpiła się w jego usta, namiętnie go całując.

— Mmm?! — ledwo mógł wykrztusić z siebie, gdy na krótką chwilę uwolnił się z jej słodkich objęć. Wiedział, że kobiety bywały nieprzewidywalne, ale nie spodziewał się po agentce tak ognistego wybuchu. Nie oczekiwał go i przeszyła go dojmująca myśl, że to kolejny element jakiejś zawoalowanej wywiadowczej gry, której celu i zasad nie pojmuje. Czy ktoś perfidny z zimnym rozmysłem zlecił jej, by go uwiodła i rzuciła sobie do stóp?

— Obejmij mnie — namiętnie dmuchnęła mu do ucha. — Mój ty Casanovo, nie zdajesz sobie sprawy, jak cię pragnęłam — z rozkoszy oczy miała prawie nieprzytomne. — Już tam, na Callisto, w centrum wywiadu. To cudowne... że przydzielili mnie do tej sprawy. Wiedziałam, ze wcześniej czy później znajdziesz się w moich ramionach.

Słysząc tak promienne wyznanie, stracił nad sobą kontrolę, poddał się porywowi, z żarem przylgnął wargami do jej ust, a potem obrzucił pocałunkami jej oczy, czoło, pachnące włosy i szyję. Byłby ostatnim safandułą, gdyby rozpłomienionej lali z taką klasą jak przysięgły mnich bronił do siebie dostępu. Przez krótką chwilę mógł się bez opamiętania pławić w ciepłym morzu rozkoszy. Jego ręce powędrowały w stronę kształtnych bioder i ud. Uczynił to, o czym skrycie marzył już na Callisto.

— Jakiej... spra... wy?! — wyrzucił z siebie między kolejnymi pocałunkami. Jakaś przytłumiona na moment część jego "ja" pozostała wierna zasadom, które uznawał i próbowała dociec, co się faktycznie stało.

Usiłowała się jakoś opanować. Chyba wiedziała, że przeholowała. Tak, to było za szybko. Głęboko odetchnęła, obciągnęła sukienkę, która niebezpiecznie powędrowała do góry, uśmiechnęła się i delikatnie pogłaskała go po policzku.

— Później ci to wyjaśnię, niedźwiadku. Na razie musimy wracać — ostatecznie uwolniła się z jego objęć. Popisała się tak, jakby była jego kochanką od dawna i właśnie wpadli z utęsknieniem na siebie po dłuższej rozłące. — Ten zaułek nie jest monitorowany, sprawdziłam to dzisiaj wczesnym rankiem, włamując się do systemów dowodzenia — pocieszyła go ze sporą dozą pewności siebie. — Nikt nas tu nie śledzi.

Niechętnie opuścił ciemną wnękę, opieszale ciągnąc śladem agentki. W okamgnieniu dał się omotać, ale nie miał powodów, by tego żałować. Znaleźli się na powrót w windzie, ponownie grając role dwójki przypadkowych pasażerów, którzy dopiero co się poznali.

— Mon Dieu, jak mogłam się tak pomylić? Ale to dziwne, że pan nie zwrócił na to uwagi. Zawsze z pana taki niezguła?

Niby to zawstydzony, począł się tłumaczyć:

— Podobnie jak pani, pierwszy raz lecę statkiem z tak ustawioną elektroniką. Był zbudowany na Marsie, a nie w Układzie Jowisza. Oni tam mają trochę inne systemy, więc sporo rzeczy jest tu dla mnie nowych — skonstatował ulegle, tym razem osobiście wciskając przycisk trzeciego poziomu. Potem jeszcze uważnie sprawdził, czy faktycznie dobrze trafił palcem, niewyraźnie mrucząc po nosem: — Zielone w dół, żółte w górę! — Zaś gdy winda ruszyła, zdobył się na odwagę i zaszarżował:

— A skoro dziwnym trafem wylądowaliśmy razem w ciemnej piwnicy, i to już w pierwszym dniu lotu, to może przeszlibyśmy na ty? — wypalił jak przystało na pokładowego donżuana. — Mam na imię Bob.

Chwilę się boczyła.

— Vanessa — udobruchana, podała mu wreszcie wąską dłoń. — Ale na drugi raz, gdy wsiądziesz ze mną do windy, musisz uważać, Bobie — cierpko go skarciła. — Wiesz, co by się stało, gdyby ta wyciągarka wyrzuciła nas poza obręb tego statku?

Ucieszył się w duchu, że występowała pod swoim prawdziwym imieniem. Jednak znowu ogarnął go sardoniczny chichot. Takie zwariowane numery mogły robić obdarzone inteligencją windy potworki jedynie w filmach dla maluchów.

— To fakt, mielibyśmy poważne kłopoty — potwierdził z pozorowanym przejęciem. — I pewnie nie moglibyśmy tak szybko wrócić. Chyba że... bylibyśmy zawinięci w te sreberka.

— W jakie... sreberka? — niepomiernie się zdziwiła, lustrując go z podejrzliwą uwagą.

— No, w te... kombinezony kosmiczne — ze zgryźliwą uprzejmością dorzucił.

Przypatrzyła mu się chłodno, jakby z żalem, że za wcześnie pozwoliła mu przejść na ty, a potem przeszyła go tak piorunującym spojrzeniem, iż natychmiast zrozumiał, że ze swoimi nonsensownymi pomysłami powinien pójść do wszystkich diabłów. Debil, odbierał jej rolę. To przecież ona startowała z pozycji nierozgarniętej blondynki

CZĘŚĆ TRZECIA

Przed obiadem elokwentny kapitan zręcznie wdrapał się na podest dla orkiestry, aby stamtąd podzielić się wieściami z siedzącymi już przy stolikach rozleniwionymi podróżnymi. Przyszykował kilka pobudzających wyobraźnię ciekawostek, okraszonych wzmiankami o korwecie, którą dowodził. Czynił wyraźne gesty w stronę zapatrzonych w niego starszych pań, z którymi miał przyjemność poznać się bliżej po wieczornym nabożeństwie w intencji udanego lotu.

— Miło mi zakomunikować, że "Titanic" dwie godziny temu — objaśniał ze swadą — osiągnął niewyobrażalną prędkość, wynoszącą czterysta kilometrów na sekundę, a napęd w związku z tym został wyłączony. Oczywiście, z powodu nagłej utraty przyspieszenia kierujący lotem komputer zmuszony był zmodyfikować pole grawitacyjne. Obecnie jest ono stabilne. W momencie wyłączenia silników niektórzy odczuli zaburzenia równowagi i mogli odnieść krótkotrwałe wrażenie, że podłoże huśta się pod ich stopami. Ale nie to jest jedyna rzecz, o której chciałbym dzisiaj państwu powiedzieć — odchrząknął, podnosząc pięść do ust. — Znajdujemy się obecnie w specjalnym kanale komunikacyjnym o symbolu 00X19, przeznaczonym dla statków pasażerskich — pewnie ciągnął. — Biegnie on lekkim łukiem aż za Słońce, wznosząc się ponad pasem asteroidów. Po drodze przycumujemy tylko dwa razy: na stacji Gamma i w porcie próżniowym St. Petersburg. Gwiazdę i jej przepiękną koronę będziemy mogli podziwiać z bliska. Miniemy ją w mniej więcej takiej odległości, w jakiej krąży wokół niej Merkury. Nasz kanał komunikacyjny jest bez przerwy patrolowany przez bezzałogowe maszyny, takie tam kosmiczne odkurzacze lub miotły, których zadaniem jest troska o to, by cała trasa przelotu była czysta. Usuwają one z jego obrębu drobne odłamki skalne, nie mówiąc — naturalnie — o większych ciałach niebieskich. Przy tak dużych prędkościach jest to niezmiernie ważne. Chcemy uniknąć zderzeń naszego statku z przypadkowymi meteorami. Oczywiście, niezależnie od tego na własną rękę monitorujemy niebo, upewniając się, że nic nam nie grozi. "Titanic" jest wyposażony w tzw. pługi grawitacyjne, które "orzą" przestrzeń przed jego nosem, odrzucając na boki przypadkowe pyły i drobne ziarenka materii. Trzy takie urządzenia wystrzeliliśmy już kilka godzin po starcie. Bezpieczeństwo lotu jest więc wysokie. Warto zaznaczyć, że pancerz naszej korwety jest solidny i przy obecnej prędkości wytrzymałby czołowe zderzenie nawet z obiektem o masie do jednej tony...

W to ostatnie zapewnienie Bob nie za bardzo wierzył i rozbawiony pochylił się do ucha Vanessy, zamierzając je ironicznie skomentować. Ta jednak ostrzegawczo syknęła, zasłuchana bez pamięci i ślepo zapatrzona w brodatego kapitana. Przemknęło mu przez myśl, że pewnie poprzedniego wieczora śladem starszych pań podreptała skwapliwie na nabożeństwo i zaraz po tym uzmysłowił sobie, że dotąd nie wie, gdzie mieści się kaplica. Nie widział też na oczy pastora. Wykoncypował, że pewnie ten jada z załogą.

Mruknął pod nosem "pardon!" i zajął się kartą dań. "Może coś ze specjalności kuchni północnoafrykańskiej? Couscous, to jest to!" Uprzejmie uśmiechnął się do staruszków, którzy szeptem deliberowali nad tym, co kryły stronice oprawionego w skórę menu z napisami, wytłoczonymi złotymi literami. To dzięki tej cichej parze mógł się przenieść do stolika Vanessy, a przynajmniej tak to mogło wyglądać w oczach postronnych osób w restauracji. Zdębieli z wrażenia wojacy w szaro-zielonych mundurach poderwali się jak na komendę, gdy słodka agentka niby sam szef korpusu z wdziękiem do nich się zbliżyła. Ona zaś wyzywająco zaanektowała Boba, wykrętnie się powołując na to stateczne małżeństwo. "Państwo Bregović pragną — uwodzicielsko paplała — żeby kwiaciarz z Nowego Amsterdamu zechciał im towarzyszyć ze względu na swoją wiedzę o tych biednych roślinkach, które się ścina i wstawia do wody". W życiu nie słyszał bardziej lekceważącej i bezceremonialnej oceny zajęcia, któremu poświęcał się w wolnych chwilach. "Kwiaciarz z Nowego Amsterdamu?" "Biedne roślinki, które się ścina i wstawia do wody?" Chłopcy z Korpusu Pluton II mieli takie miny, iż przełknęliby bez oporu jeszcze bardziej niedorzeczne wyjaśnienia. Gdy potem ochłonął i dyskretnie rozejrzał po sali, domyślił się, że co najmniej kilkunastu innych okupujących okoliczne stoliki mężczyzn ochoczo wskoczyłoby na jego miejsce u boku uroczej modelki. I któż by się temu dziwił? Liczba zaokrętowanych młodych kobiet, decydujących się na kurs na Marsa, nie była znowu taka duża. Wśród osiemdziesięciu trzech pasażerów znalazło się co najwyżej ze trzydzieści pań, po części w średnim i starszym wieku. Zresztą podróżnych stopniowo ubywało. Zapadali się jak pod ziemię. Znikło już z dziesięciu ponurych Wenusjan, którzy zazwyczaj pierwsi poddawali się hibernacji. Ponadto pod względem urody z Vanessą mogło właściwie konkurować niewiele przedstawicielek płci pięknej. Do tych ostatnich należała zachwycająca i roześmiana Jennifer, ale ta była jeszcze trzpiotem. Efektowna młódka podróżowała z rodzicami i jak dotąd nie pokazała się nigdzie bez ich straży. Strzegli jej jak oka w głowie. Szlajała się w czymś, co żywcem mu przypominało średniowieczną włosiennicę. Niestety, takie ponure stroje były ostatnio w modzie. Kilku facetów z wygolonymi głowami paradowało w pomarańczowych szatach, wzorowanych na odzieniach buddyjskich mnichów. Nawet Wenusjanie w nich gustowali. Siedziała kilka stolików dalej w pobliżu podestu dla orkiestry i Bob, który teraz odruchowo zerknął w jej stronę, z osłupieniem odkrył, że i ten lekkoduch ma do niego skryty żal z powodu ostentacyjnych przenosin. Pełne gorzkiego wyrzutu spojrzenie, którym go ta mała raptem obrzuciła, mówiło samo za siebie.

— Draniu jeden — konspiracyjnie syknęła Vanessa, widząca, za kim się mimochodem ogląda. — Dam ci ja inne lale...

Omal nie pobladł z wrażenia i dyplomatycznie udał, że tego nie usłyszał. Właściwie miała rację, nie powinien był naruszać obowiązujących procedur. Oparł się wygodnie, rozluźnił się, a potem zerknął gdzieś w górę, niby szukając dla siebie natchnienia. Pod pokrytym delikatną ornamentyką sklepieniem, na którym odwzorowano freski z Kaplicy Sykstyńskiej, swobodnie pływały w powietrzu dziesiątki kolorowych baloników. W podróży w piorunującym tempie zawierało się znajomości. I tak było pewnie już w czasach, kiedy najszybszym środkiem lokomocji był dyliżans.

Kapitan skończył opowiadać, zebrał niemrawe oklaski i mimo pewnej tuszy zgrabnie zeskoczył z podestu. Pojawili się pierwsi wyfraczeni kelnerzy. Większość z nich była androidami.

— To na co się połakomimy? — ulegle zapytał agentki, wlepiając znowu gały w kartę dań.

Po obiedzie Vanessa bez słowa porzuciła agenta z Ganimeda, a szklankę soku pomarańczowego pozostawiła niedopitą. Usiłował ściągnąć ją wzrokiem, ale mu nie wyszło. Zerwała się i migiem złapała pod ręce staruszków, którzy zdążyli się już podnieść, bo zrezygnowali z deseru. Rozkosznie zaszczebiotała, przypominając, że obiecała pokazać im, jak się obsługuje wirtualne okna, które były ponoć sprzężone z pokładowym multikinem. Odpłynęła z nimi, doskonale ignorując "kwiaciarza z Nowego Amsterdamu". Ten pozostał przy ciastku ze słodkim kremem ananasowym, myślami wracając z konieczności do własnych planów na przydługie popołudnie. Dopadli go zaraz przejęci chłopcy z Korpusu Pluton II, z którymi wcześniej dzielił stolik, chcący się czegoś więcej dowiedzieć o Vanessie. Jego akcje poszły raptem w górę. Byli ciekawi, czy boska modelka grywa w tenisa lub w siatkówkę, bo podobno na drugim poziomie były zgrabne korty i boisko z wirtualną widownią. Ponadto interesowali się, czy nie korzysta ze ścieżek joggingu. Mieli dziwny akcent i szorstki sposób wyrażania się. Nieco kwadratowa ale szczera twarz Johna wydawała mu się teraz ociupinkę naiwna. Rozstał się szybko z nimi, obiecując, że ją o to zapyta, a potem pociągnął do swojego numeru, omal się nie zderzając w korytarzu z młódką z Wenus o bardzo ciemnej i naznaczonej liniami delikatnych żółwich zniekształceń, niemniej ujmującej twarzy. Wcześniej jakoś nie wpadła mu w oczy. Nawet dobrze wyglądała w stylizowanej na grecki chiton przydługiej sukni. Przez króciutką jak mgnienie chwilę żałował, że ta miła istota nie pochodziła z bardziej ludzkiej planety. W apartamencie zaś z książką w ręku zapadł się w wygodny fotel. "Isagoga" nęciła, obiecując prawdziwą ucztę duchową. W pierwszej kolejności zajął się tzw. drzewem Porfiriuszowym, pozwalającym na uchwycenie związków między "gatunkiem" a "rodzajem". Lubił takie spokojne chwile. Miał wrażenie, że ze wzruszającą drobiazgowością jak z klocków składa na nowo swoje życie. Nie pozostawiono go jednak w spokoju, a modulowany sygnał przerwał dopiero co podjęte medytacje.

— To ty? — nie był właściwie zaskoczony, widząc Vanessę na wirtualnym ekranie.

— Och, państwo Bregović czują się nieco skonsternowani, bo trochę niegrzecznie się z tobą rozstali w restauracji, zupełnie bez pożegnania. I chcieliby to naprawić — paplała jak najęta. — Zapraszają cię więc do siebie. A poza tym... — uciekła gdzieś oczyma, niby nie wiedząc, jak to wyrazić.

— Masz niejakie kłopoty z uruchomieniem wirtualnego okna — obłudnie się domyślił, bez trudu odgadując, w co gra piękna agentka.

— Ależ ty jesteś przenikliwy, Bobie?! — ogromnie się zdziwiła, obrzucając go wzrokiem pełnym nieskrywanego podziwu. Błysk w oku dowodził, że ceni go znacznie bardziej niżby to wynikało z jej żywych lecz chaotycznych reakcji. A potem szybciutko dorzuciła: — Na pewno trafisz, to apartament 46 B. Czwórka, szóstka i ta literka z dwoma brzuszkami...

Jakoś ciężko mu było ruszyć się z przytulnego saloniku. Uznał więc, że nie musi się śpieszyć i znalazł się u gościnnych sąsiadów dopiero po dziesięciu minutach. Pokazał staruszkom, jak obsługuje się prosty w gruncie rzeczy program sterujący hologramami, a następnie jak wybiera się multifilmy z pokładowej kinoteki. Nie dał się jednak namówić na dłuższą pogawędkę o Nowym Amsterdamie, zachęcając ich, aby raczej coś interesującego sobie w spokoju obejrzeli.

Był to również pretekst dla głupiej gęsi, by pożegnać sąsiadów. Vanessa nie chciała im przeszkadzać — tym bardziej że starsza pani faktycznie już zdecydowała się na projekcję z jej ulubioną czwórką bohaterów z Ziemi, samodzielnie wybierając tytuł z multikina. Zafascynowana umiejętnościami "kwiaciarza" seksbomba nieco wyniośle zaproponowała mu, by odwiedził również jej apartament i właściwie ustawił odbiór programów. Nie odmawiało się damie. Wyszli więc oboje na korytarz i przez nikogo nie zauważeni przeszli do mieszczącego się tuż obok numeru 44.

Tu, gdy tylko zamknęły się drzwi, Vanessa rzuciła z niewymowną ulgą:

— Ufff! Nareszcie u siebie. Nie znoszę tych idiotycznych popisów aktorskich! — Po czym zdjęła z nóg pantofle i usiadła na brzegu sofy. Zaraz też uspokajająco dodała: — Tu jest bezpiecznie i możesz mówić, co chcesz. Sama o to zadbałam. Nie wierzę w ich kłamliwe zapewnienia, że w numerach nie ma kamer. Uruchomiłam ekranowanie — wskazała palcem stojący na komodzie niby-zegar z regularnie migającym świecącym oczkiem.

Niezdecydowanie rozejrzał się po zarzuconym damskimi fatałaszkami salonie. Leżało tu sporo strojów sportowych. Miał na nią cholerną ochotę, ale coś mu mówiło, że są rzeczy ważniejsze, z którymi powinien się najpierw uporać.

— Jesteś tego pewna? Na sto procent? — niepotrzebnie pytał, bo znał to urządzenie.

Przytaknęła, masując sobie stopy.

— Miałam pół godziny na przygotowanie się do odlotu. Istne wariactwo. Nie ze wszystkim zdążyłam — próbowała się wytłumaczyć. — Te pantofle są — na przykład — o pół numeru za małe.

Mówiąc to, lekceważąco odrzuciła je za siebie. Po czym wstała i opuściła go na chwilę.

Przysiadł w sąsiednim fotelu, wcześniej delikatnie podnosząc lekki jak mgła damski kapelusz.

— No, właśnie — zawołał za nią. — Jestem naprawdę ciekawy, ma się rozumieć. Jakim cudem tu się znalazłaś? Nie było cię przecież wśród pasażerów, pakujących się ze stacji orbitalnej na pokład "Titanica". Tego akurat jestem pewny.

— Zaraz ci powiem! — odkrzyknęła, wychylając głowę z łazienki.

Wróciła w przykrótkim różowym szlafroczku. Pewnie nie miała nic pod spodem. Stał przy wirtualnym oknie, wyświetlającym czarne rozgwieżdżone niebo z pasmem Drogi Mlecznej. Bawił się miniaturą piłki do siatkówki, którą znalazł w rogu salonu.

— Dotarłam tu w dziewięćdziesiąt minut po odlocie — niefrasobliwie wyjaśniła. Odszukała szczotkę i kilka razy przeczesała rozpuszczone włosy. — To pasażerskie bydlę strasznie szybko się rozpędza, więc czasu miałam niewiele. Doświadczony pilot supermobusa firmy jakoś sobie z tym poradził. Mamy przecież teraz te nowe ultraszybkie modele, rozwijające prędkość do 800 kilometrów na sekundę.

To brzmiało przekonująco. Nurtowała go jeszcze jedna myśl.

— A jakie przydzielono ci zadanie? — zapytał. Odkaszlnął, zasłaniając sobie usta.

Obrzuciła go uważnym spojrzeniem, w którym było jednak wyjątkowo dużo ciepła. Pociągająco wyglądała z bosymi stopami.

— Ależ mnie badasz. Nie wygłupiaj się, chodź... — usiłowała pokonać tę przeszkodę. — Opowiem ci o tym, ale najpierw dokończmy to, co zaczęliśmy na dole. — W jej oczach czaił się głód.— Potem już chyba nie będziesz mieć na to ochoty... — przewidująco dorzuciła. Podniosła się i zachęcająco wyciągnęła do niego szczupłą dłoń.

Odrzucił piłkę. Podszedł do niej i łapiąc ją w pół porywczo przyciągnął ją do siebie. Poczuł wywołujący zawrót głowy zapach jej włosów. Ogarnęła go fala podniecenia i przez moment toczył z sobą walkę.

— Zaszokowałaś mnie tam, na dnie kolosa. Przestraszyłem się, że to element jakiejś zawoalowanej gry, w której jestem tylko pionkiem... — podzielił się swoimi obawami.

— Gra? Nigdy... — ścisnęła jego rękę. — A co? Nie podobam ci się? — na jej twarzy znaczył się ból.

Odnalazł jej usta.

— Owszem, nawet bardzo. Bardziej niż przypuszczasz — zdradził jej to w sekrecie. — No, ale są konwenanse.

— Nie lekceważę ich — broniła się. — Nie zdajesz sobie sprawy, jakiego miałam bzika na twoim punkcie — cichutko wyznała, ogarniając go ramionami. I ostrożnie zapytała: — Pamiętasz o tym niezwykłym włamaniu do twego mieszkania przy Alei Słońca, półtora miesiąca temu? Nic ci wtedy nie zginęło...

Zmarszczył brwi w niebotycznym zdumieniu. Ona w roli kobiety-kota?

— To byłaś ty?! — nie chciało mu się wierzyć.

Potwierdziła skinieniem głowy.

— Z domowej kolekcji wykradłam tylko twój dziennik. Zabrałam ze sobą kopię nagrania.

— Ale który? Ten z zapiskami, dotyczącymi hodowli kwiatów?

Pokręciła przecząco głową.

— Nie, ten osobisty, dobrze schowany na dysku. Ukryłeś go w folderach z plikami programowymi, stosując dodatkowe zabezpieczenia. No, ale jak ktoś z uporem maniaka używa hasła "Vanessa"!

Zaszokowała go tym wyznaniem. Poznała go na wylot i to dlatego była górą.

— No wiesz? Naprawdę ci odbiło! — to mu się nie mieściło w głowie. Spore partie notatnika poświęcone były spalającej go jak ogień namiętności. Dzielił się z komputerem swymi chimerycznymi fantazjami erotycznymi, związanymi z tą czarowną agentką.

— Jeśli przeżyjemy, pokażę ci moje zapiski i notatki. Nie różnią się tak bardzo od twoich. I będziemy kwita. Też puszczałam wodze fantazji. Zresztą, gdybym nie przeczytała twojego dziennika, nie poszłabym na całego. Chyba się domyślasz. Przecież nie jestem pieprznięta.

Teraz już wszystko rozumiał. Delikatnie przygryzł jej ucho. Jednak coś go nadal niepokoiło.

— "Jeśli przeżyjemy"?! — powtórzył jak echo jej słowa.

Zajrzała mu w oczy, jakby usiłowała dociec, co kryje się na dnie jego nieco mrocznej męskiej duszy.

— Och, nie musisz się tak bardzo lękać. Opowiem ci o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami jeszcze dziś...

— A czemu nie teraz? — zmarszczył ze zdziwieniem brwi.

Dojrzał w jej oczach opór. Znowu pokręciła przecząco głową.

— Kochany Bobie — złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. — Od miesięcy marzyłeś, żeby mnie mieć, a ja tęskniłam za tym samym.

Nie miał zamiaru ustąpić.

— No, rozpruj ten worek z sekretami, naprawdę jestem ciekawy! — podpowiedział.

Teraz ona się odsunęła. Wydawało się, że za chwilę wypróbuje na nim któryś z zaawansowanych technicznie chwytów z walki wręcz, by go nauczyć moresu. Nie postępowało się tak z kobietą, oferującą swoje wdzięki i nieomal podającą siebie na tacy. Wydawało się, że założy z powrotem tamtą sukienkę, a potem wyrzuci go z apartamentu.

— Okropny jesteś, kobiety mają rację, poszło ci za łatwo i zaczynasz mnie lekceważyć. Typowy facet spod znaku Wodnika — żachnęła się.

— Mam się obchodzić z tobą jak z jajkiem? Jeśli tak, to proszę!

Chwileczkę się zastanawiała, a potem nagle ustąpiła.

— Skoro tak bardzo ci na tym zależy... — rzekła z namysłem. — Otóż skierowano mnie tu, bowiem w ostatniej chwili okazało się, że na pokład tej fregaty dostał się jeden ze Świetlistych. Pomiary były ponoć absolutnie pewne...

Poczucie komfortu, które go nie opuszczało od chwili wejścia na pokład "Titanica", rozpłynęło się gdzieś bez śladu. Dojrzała to w jego oczach, ale innej reakcji się nie spodziewała.

— Te szalone stwory stały się ostatnio wyjątkowo agresywne... — wychrypiał z żalem. — Ale żeby tu? Trzeba nie mieć fartu!

Leciał na Marsa po to, by wziąć udział w tajnej akcji, którą starannie zaplanowano w związku z dwoma buszującymi tam "duchami" z kosmosu. Nie mógł jednakże przewidzieć, że nim dotrze na miejsce, będzie mieć jeszcze pod bokiem trzeciego.

Usiłował się pozbierać.

— Dobra, niczego więcej nie mów — rzekł, widząc, że znowu otwiera usta. Przygarnął ją do siebie.

Odetchnęła z głęboką ulgą i przymknęła oczy. Pieszczotliwie przeczesała palcami jego włosy.

— Chodź! — niecierpliwie pociągnęła go za sobą do mieszczącej się obok sypialni.

CZĘŚĆ CZWARTA

Przed południem gnuśniał na pływalni. Wybierając się tam, zabrał ze sobą oprawioną w skórę nęcącą go "Isagogę", jej lektura jednak mu nie szła. Ten rozleniwiający zakątek statku nie sprzyjał wyrafinowanym analizom intelektualnym. Wygodnie się wyciągnął, wystawiając tors i twarz do grzejącego jak na Majorce wirtualnego słońca, a spod spuszczonych powiek filował na dokazującą w wodzie rozpromienioną Jennifer. Ponętna nastolatka usiłowała zwrócić jego uwagę i musiałby być niewiarygodnie ograniczony i tępy, żeby tego nie zauważyć. Przyciągała go do siebie nieomal jak magnes, rozkosznie niepokojąc i drażniąc jego zmysły. Należał do korzystnie prezentujących się facetów, tak przynajmniej sądził w głębi ducha, więc nie miał podstaw, żeby szczególnie się dziwić z powodu tego, co wyczyniała. Tylko ta fatalna różnica wieku... Wskazówka kompasu w jego głowie nerwowo dygotała, zwracając się śladem krążącej żywej przynęty to ku tej, to ku tamtej stronie basenu. Nie wypadało mu smyrgnąć do wody, by z nią podokazywać. Dyskretnie ziewnął, starając się nie okazywać tego, że jak stary satyr ślini się na jej widok. Kilka razy wdrapała się po drabince na sięgającą wysoko trampolinę, aby pochwalić się przed nim precyzją skoków. Poruszała się jak urodzona baletnica, a jej wolty były godne podziwu. Rozejrzał się za jej starymi, ale nie wytropił ich na pustawych trybunach. Mieli z pewnością ważniejsze sprawy na głowie niż śledzenie jej harców. Ich córcia pluskała się sama, a co najdziwniejsze nie dotrzymywał jej towarzystwa żaden z młodocianych pasażerów kosmicznego kolosa, zaś na jej popisy reagował jedynie pozujący na trenera dyżurujący tu rosły ratownik. Czyżby ta żywa jak rtęć modelka nie miała wielbicieli? Przyszło mu do głowy, że po tylu dniach lotu, zważywszy urodę i wdzięk, powinna ciągnąć za sobą sznur adoratorów.

Zmienił pozycję na dogodniejszą. Usiłował sobie uzmysłowić, kim są jej rodzice i czym się zajmują na Ganimedzie, by wreszcie z mozołem dojść do tego, że ta nieodrodna trójka pochodzi z Marsa. "No, tak, z Czerwonej Planety!" — odkrywczo mruknął do leniwie biegnących myśli. Smithowie ani chybi wracali do domu. Z ich swobodą, obyciem i pewnością siebie wiązało się coś frapującego, co agentowi z jego rutyną powinno było od razu wpaść w oczy, ale przecież nie był od tego, żeby maniakalnie śledzić pasażerów i z uporem dochodzić takich rzeczy. Miał zresztą inną misję — i to o niebagatelnej wadze. Przypomniał sobie o tym i odruchowo skupił uwagę na niebezpiecznym obcym. Uczuł lekki ból, jak zawsze, gdy zaczynał dumać nad Świetlistymi i przetarł palcami pokryte kropelkami potu skronie.

— Co za pacany — mruknął. — Szkoda gadać!

Nikt nie przypuszczał, że do pierwszych kontaktów z tajemniczymi przybyszami z kosmosu może dojść w tak niecodziennych okolicznościach. Natrafiono na nich przypadkowo, a to dzięki pracom badawczym nad wpisywaniem nośnych informacji do subkwantowych struktur cząstek elementarnych, a ściśle mówiąc — dzięki wyrafinowanej aparaturze do wykrywania aury subkwantowej. Pierwsze odkrycie zupełnie zbagatelizowano, zaliczając je pochopnie do zjawisk klasy "psi", lecz kiedy na Plutonie udało się sfilmować za jednym zamachem aż cztery "duchy", swobodnie krążące po wnętrzu bazy i wnikające w ciała trudzących się tam osób, poważnie się nimi zainteresowano. Eksplodowały emocje. Póki co, wszystko to było ściśle tajne i nikt nie ujawnił publicznie tych informacji. Lękano się, że dojdzie do wybuchu histerii i do żenujących polowań na czarownice. Ustalono, iż Świetliści pochodzą spoza Układu Słonecznego. Niezwykle intensywna aura wskazywała na to, że są istotami inteligentnymi. Wbrew pozorom nie byli jednak duchami. Bytowali fizycznie i jakkolwiek ich subtelne ciała były pozbawione typowej dla organizmów ziemskich budowy, egzystowali podobnie jak inne istoty żywe. Przekonano się o tym, gdy wreszcie "złapano" jednego z nich. W niewoli przeżył około miesiąca, a pozbawiony dopływu energii, wykorkował, pozostawiając po sobie wyschnięty szkielet o wadze kilkunastu gramów. Pojawiło się wiele znaków zapytania. Najbardziej przerażające było to, że obcy niezwykle destruktywnie wpływali na zjadacza chleba, który znalazł się w ich mocy. W związku z tym niektórzy z analityków porównywali tych niewidzialnych drani do biblijnych demonów, a ich oddziaływanie nazywali wprost opętaniem. Sceptycy ostrzegali jednak przed próbami wyświetlania ich fenomenu przy pomocy starożytnej symboliki kulturowo-religijnej. Takie podejście metodologiczne poważnie zawężało obszar badań, równocześnie prowadząc do niebezpiecznych uproszczeń. Nie można było jednak wykluczyć tego, że już w starożytności natrafiono na ślady ich obecności. Zresztą ich nazwa kojarzyła się wyraźnie z imieniem księcia ciemności, Lucyfera.

— Diabła tam ze Świetlistym — żachnął się, ustawiając leżak w poziomie i wyciągając się na brzuchu. — Jak dotąd drań się nie ujawnił — wycedził przez zęby z odrobiną niesmaku. Może tego opryszka nie było w ogóle na statku?

Przez pierwsze dni podróży nie wydarzyło się nic takiego, czym zamknięta w powłoce kosmicznego goliata mała społeczność mogłaby się do głębi przejąć i na okrągło zamartwiać. Krótko mówiąc: brak śladów po srogim przybyszu z kosmosu. A w prawie ukończonej bazie na północny Plutona czterech Świetlistych doprowadziło do groźnej rewolty. Tamtejsi spokojni mechanicy i instalatorzy zamienili się w paranoików, zaczęli skakać sobie do oczu, a potem w bestialski sposób nawzajem się mordować. Wyrżnęli się do szczętu.

— Koszmar! — prychnął z odrazą. Nie wyobrażał sobie czegoś podobnego na pasażerskim statku kosmicznym. Nie byłoby wesoło.

Wyglądający jak cygaro "Titanic" z majestatem ciął przestrzeń, wytrwale dążąc do wyznaczonego przez pokładowy komputer celu, zdegustowani pasażerowie zaś leniwie ocierali się o siebie i poznawali się wzajem, tworząc stopniowo mniejsze i większe kręgi towarzyskie, przeważnie oparte na podobieństwie zainteresowań. Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek... Jedni lgnęli do kasyn i salonów rozrywki, inni wysiadywali w bistrach, jeszcze inni spędzali czas nad oświetloną słońcem pływalnią lub trenowali w świetnie wyposażonej siłowni. Dawało się nawet pojeździć rowerem. Piątek, sobota, niedziela, znowu poniedziałek... Na drugim poziomie kusiły luksusowe sklepy, w których można było dokonać niezbędnych sprawunków. Z uznaniem odnotowano sukces Wenusjańczyka, któremu w "Las Vegas" udało się rozbić bank. Hołysz zgarnął tyle żetonów, że właściwie do końca życia mógł już byczyć się i oddawać przyjemnościom. W piątym dniu podróży z zaintrygowaniem oglądano spory asteroid, którego tor lotu nieomal krzyżował się z torem "Titanica". Skalny wędrowiec miał dosyć nietypowe kształty i przy odrobinie wyobraźni można było przyjąć, że przypomina ogromną kość, obgryzioną przez jeszcze większe psisko, pewnie imponującego buldoga, a następnie wyrzuconą w próżnię.

Już prawie zasypiał, gdy wtem się ocknął, czując, że ktoś przy nim sterczy. Uniósł się na łokciach, z osłupieniem oglądając długonogą małolatę. Rozdziawił gębę, nie wierząc własnym oczom. Nie sądził, że laska podejdzie do niego.

Jennifer zdecydowała się wydostać na brzeg basenu. Trzymała w dłoniach niewielki plastikowy balon.

— Hej, porzucałbyś ze mną piłką? — zaświergotała przymilnie. Zapytała w takim tonie, jakby był jej szkolnym kolegą.

Przemógł w sobie ochotę, żeby natychmiast się poderwać i skwapliwie za nią pobiec.

— Ja? — sapnął. — Serio? To już nie ma nikogo młodszego? Wiesz, ile mam lat?

— A co to ma do rzeczy? Ty! — zmysłowa nimfa wodna skinęła głową i roześmiała się, pokazując garnitur ślicznych zębów. Z jej oczy wyczytał, że nie powinien się wahać. Obcisły kostium kąpielowy uwydatniał jej pociągające kształty. — Tu zresztą nie ma żadnego innego interesującego faceta.

Z lekka się skrzywił. Nie zachwycił się rolą, która usiłowała mu narzucić. Ześlizgnął się wzrokiem na jej mokre stopy, ze skrytym podziwem odnotowując idealnie zrobione pedicure.

— Oj, nie, mała, wolę się pogapić, jak się pluskasz — rzucił bez entuzjazmu, nie chcąc jej jednak do siebie zrazić. Podniósł oczy na jej buźkę, omijając wzrokiem piersi. — To o wiele bardziej zajmujące. I mniej męczące.

Jego odmowa nieco ją speszyła. Nie dawało się kosza takiej madonnie.

— Też coś? — na jej słodkiej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Nie przewidziała, że znudzony życiem facet okaże jej jawne lekceważenie.

Odwróciła się ze wzgardą, z impetem cisnęła piłką i skoczyła na głowę do basenu, wybijając strumienie wody. Popłynęła delfinem. Minutkę się wahał, próbując sobie uzmysłowić, co by się stało, gdyby na pływalnię zajrzała Vanessa i nakryła go na figlach z małolatą. Podjął w mig decyzję. Poczuł się niezręcznie, bo zachował się niegrzecznie. Z upływem lat traciło się duszę dżentelmena.

Ociężale podniósł się z leżaka.

— W porządku, idę! — krzyknął do anielicy w kostiumie kąpielowym, naprawiając swój błąd. Ustawił się na słupku i wziął zamach.

Od razu go rozgrzeszyła. Woda była ciepła, a w dole znaczyło się niebieskawe dno. Jakiś czas się wygłupiali, robiąc za dwójkę zabawnych gówniarzy. Nie miał kłopotów z harcami, nie był niezdarą, a piłka trafiała tam, gdzie powinna, bo lata treningu robiły swoje, jednak mimo to piękność wciąż zmniejszała dystans. Wreszcie odrzuciła balon daleko, ostentacyjnie celując w przeciwległy róg basenu. Znudziły się jej te psoty, dobre dla pętaków.

— Co to za papierowy buch, który czytasz? — z zainteresowaniem zapytała, unosząc się na wodzie jakieś dwa metry od niego. Koniuszkami palców stóp co rusz dotykała dna, leciutko się odbijając.

Przysunął się, sytuując się naprzeciw niej i z uwagą studiując jej delikatnie rzeźbione rysy twarzy.

— Książka? — obejrzał się. — Ach, to z filozofii. A dokładnie z logiki. Mało ciekawe — skwitował.

— Faktycznie, mało ciekawe — potwierdziła. — Ale na kwiatach się znasz, to słyszałam.

Podpłynął jeszcze bliżej. Rozłożył na wodzie szeroko ręce, tak jak ona. Raptem poczuł, że ma znowu osiemnaście lat. Było bosko.

— Prowadzę kwiaciarnię w Nowym Amsterdamie. Taki sklepik. Mieści się nieopodal Grand Place — rzucił z ożywieniem.

— No, jasne jak słońce — odrzekła. — I dlatego mam do ciebie prośbę. Wyobraź sobie, że... zdobyłam zielnik z kwieciem ziemskich łąk. I w związku z nim... chciałabym ci zadać kilka pytań. Mogę z tym przygnać do ciebie?

Zamurowało go. Powinien był odesłać ją do pokładowego systemu informacyjnego, w którym było wszystko na temat ziemskiej fauny i flory, ale coś mu mówiło, żeby nie palić za sobą mostów.

— Owszem, czemu nie? — nie zgłosił sprzeciwu.

— No to po obiedzie! — rzuciła się w wodę, usiłując go opuścić.

— Ale gdzie? — desperacko za nią zawołał.

Zawróciła, wykonując zgrabną przewrotkę.

— Moi starzy nie lubią, jak się z kimś spotykam... — rzeczowo objaśniła, wciągając go w swoje babskie sekrety. — Zajrzę więc do twojej kabiny, ale tak żeby żadnemu baranowi nie wpaść w oczy — w te pędy rozwiała jego niepewność.

Przy ostatnich słowach na jej twarz nieoczekiwanie wypełzł rumieniec. Dała nura w wodę, żeby tego nie było widać, wynurzając się dopiero kilkanaście metrów dalej. Krzyknęła do ratownika, by podał jej piłkę. Przyszło mu do głowy, że gdyby się z nią ścigał, przegrałby z kretesem. Nie był aż tak wysportowany.

Wydostał się na brzeg, ociekając wodą. Ułożył się na swoim leżaku, nie mogąc wyjść z podziwu nad jej strategią. Jakież to było proste! Umówił się na randkę z małolatą. Pomyślał, że dobrze by się z nią robiło interesy, jednak póki co przypadła mu w udziale skromna rola korepetytora. Gracja, powab, urok, styl i ta wytworność ruchów, znamionujących przyszłą damę. Nie była okropną istotą płci żeńskiej z wężami zamiast włosów jak mitologiczne Gorgony. — Biedny Porfiriusz! — półszepnął do swoich wcześniej rozlatanych myśli, które teraz już zgodnie biegły w jedną stronę. Genialny neoplatończyk przegrywał z tą zadbaną panienką. Kurczył się, bladł i rozmywał, spychany do epoki, w której nie znano maszyn drukarskich i elektryczności. Uciekało z niego powietrze jak z nadmuchanej gumowej lalki.

Jednak nie uległ do końca pokusie, wziął się w garść i z godnym uznania samozaparciem przeczytał kilka zadrukowanych stron. Należało być wiernym raz podjętym postanowieniom. Potem zaś zdecydował się wypróbować zdobytą wiedzę. Wiadomo, trening czynił mistrza. Zezując co rusz na Jennifer, która znowu wdrapała się na trampolinę, podjął wysiłek zdefiniowania jej młodego wieku.

— W omawianym przypadku uściśla się młodość, która jest pewnym etapem życia człowieka... — zarozumiale mruczał do siebie, próbując się upodobnić do dziadka Brunona i wyobrażając sobie, że prowadzi wykład uniwersytecki. — Termin ten — "młodość" — nie wskazuje jednakże na przedmiot jednostkowy i konkretny, ale na własność zbioru przedmiotów. Odwołując się tutaj do tzw. drzewa Porfiriuszowego, można powiedzieć, że młodość jest właściwością pewnego podgatunku w gatunku "człowiek". W gatunku tym można zresztą wyodrębnić więcej podgatunków, biorąc pod uwagę przemiany, związane z upływem czasu. Można zatem mówić o człowieku — dziecku, człowieku młodym, człowieku dorosłym lub dojrzałym, oraz człowieku starym. Konieczny byłby jeszcze jakiś dodatkowy termin, który charakteryzując podgatunek "człowiek młody", stanowiłby przydatną w poprawnej definicji tego podgatunku "różnicę". Chodzi oczywiście o "różnicę gatunkową". Niestety, takiego terminu akurat nie znam... — skonstatował, nieco zblazowany, zdając sobie sprawę z tego, że musiałby przerwać wywód na oczach zasłuchanych studentów, nie mogąc go dokończyć. Próbował wybrnąć z impasu. — Oczywiście, przez analogię, można również podjąć próbę zbudowania definicji — półszeptem kontynuował — odnosząc własność, określoną tu terminem "młodość", nie do gatunku "człowiek", ale do gatunku "życie ludzkie". O ile w nakreślonym wyżej układzie zależności "człowiek młody" byłby definiowany jako "człowiek, który...", o tyle w proponowanym w następnej kolejności "młodość" mogłaby być definiowana jako "część życia ludzkiego, która...".

— No właśnie, która godzina?!

Obejrzał się, ale pytanie nie było do niego skierowane. Drugi z ratowników wyjrzał z szatni, ciągnąc za sobą młodych Wenusjan. W strojach kąpielowych wcale nie wypadali tak odpychająco, a wyglądali tak, jakby ich ciała pokrył ktoś gęstym tatuażem.

— Za pół godziny obiad. Ale jeszcze zdążycie się zanurzyć. Jeżeli poradzicie sobie z przepłynięciem w obie strony w ciągu trzech minut, będziecie mieć moją zgodę na skoki z trampoliny!

łosy przefarbowała na czarno, zrobiła się na czupiradło, fantazyjnie jej sterczały na wszystkie strony, a do tego miała mocny ciemny makijaż. Dopełniał całości obcisły kombinezon z miękkiej czarnej skóry, zdobiony cekinami i łańcuszkami. Na jej lewym policzku znaczył się maleńki tatuaż. W sumie nieźle się prezentowała, jak zwykle ponętna i świeża, jednak tego dnia straszyła skwaszoną miną. Ulokował się naprzeciw niej przy stoliku i pojął w lot, że jej starania poszły na marne. Toczyła z sobą walkę wewnętrzną. Dotąd nie nurtowały jej wątpliwości i uparcie twierdziła, że Świetlisty otarł się o pokłady giganta. Złośliwy obcy nie wtopił się jednak w żadnego z pasażerów fregaty, bowiem wyposażeni w soczewki kontaktowe ze specjalnymi filtrami dostrzegliby jego ledwo widoczną aurę. Liczyła się jeszcze załoga — i w związku z tym Vanessa przez ostatnie dwa dni niuchała w towarzystwie kapitana w grodziach, zarezerwowanych dla obsługi kosmicznego kolosa.

— I co? — zapytał, gdy się rozsiadł i wygodnie oparł.

Poprawiła leżącą przed nią serwetkę.

— I nic. Popieprzony kosmita — wyrzuciła z siebie z żalem. — Przepadł jak kamień w wodę.

Wziął do ręki kartę dań. Szukali igły w stogu siana. Przeszło mu przez myśl, że jeśli obcego nie ma wśród podróżnych i załogi, to należy wziąć pod uwagę pasażerów na gapę. Może jakiś amator wojaży bez biletu krył się w bagażowni lub w innych ciemnych zakamarkach statku? Od czasu do czasu pojawiali się tacy globtroterzy na kosmicznych szlakach.

Powrócił do nurtującego go tematu, gdy odprowadzał ją po posiłku do apartamentu.

— W bagażowni? — skrzywiła się. — A jak to sprawdzić? Przecież to siedem pokładów, od minus dwa do minus osiem. Prawie połowa statku.

Z roztargnieniem tarł nos, zezując na przechodzące starsze panie.

— A gdyby tak przejrzeć listy przewozowe? — wpadł na pomysł. — Niewykluczone, że to nas naprowadzi na jakiś ślad. No i jeszcze raz prześwietlić czynne hibernatory.

Uznał, że tonący brzytwy się chwyta. Jednak Vanessa spojrzała na niego z aprobatą.

— To jest myśl — odpowiedziała. I dodała: — Zajmę się tym od razu. Chociaż nie — skonstatowała. — Umówiłam się z tymi chłopakami z armii na kortach. Starają się, żeby dobrze wypaść. Może przyjdziesz się przypatrzyć?

— Zobaczę, co da się zrobić — odrzekł wymijająco. — Chciałem poczytać — skłamał. — Jeśli nie ludzie, to zwierzęta. A zaglądałaś do oceanarium?

— Jeszcze nie, a co tam mają? — ciekawie zapytała.

— Dwie ośmiornice, jednego delfina... — wyliczał. — Może też kilka wygłodniałych piranii — zażartował, usiłując poprawić jej humor.

Pod jej nosem zaigrał smutnawy uśmiech.

— No, nie bądź taki cwany — odrzekła z przekąsem, odwracając się do drzwi. Bezszelestnie się uchyliły.

— A dlaczego wyszykowałaś się na czarno? — zapytał przed rozstaniem.

Zatrzymała się w progu.

— Kompletujemy zespoły do koszykówki — w jej głosie zaznaczyła się lekka chrypka. — W moim jest dwójka Wenusjan.

— Ach, tak? — kiwnął głową z niejakim zrozumieniem. — To na razie — pożegnał ją, odchodząc.

Nie dodał, że brakowało mu było tych jasnych włosów i niebieskich oczu. I że wolał ją raczej w roli szczebioczącej głupiutkiej gęsi niż twardego kapitana drużyny sportowej. No, ale skoro musiała stanąć z tamtymi w jednym szeregu...

Zawrócił do swojego numeru. Tu przeciągnął się z nieopisaną ulgą. Włączył odświeżacz powietrza, decydując się na bukiet zapachowy, który wybrał na chybił trafił. Strzelił w ściółkę leśną i poczuł delikatną woń igliwia i grzybni. Następnie ustawił holo w wirtualnym oknie na wczesny wieczór na Marsie. Znalazł się w różowawo-niebieskawym półmroku, a usytuowane blisko siebie dwa niewielkie księżyce, Deimos i Phobos, zapuściły żurawia do jego salonu. Wreszcie przewertował katalog z muzyką poważną, decydując się na podniosły koncert fortepianowy z akompaniamentem orkiestry. Tak przyszykowany, rozsiadł się, kładąc obok przepastny tom z pismami Arystotelesa i zapadając w bezruch.

Czekał, zastygły w fotelu i zaczęła go dręczyć bolesna niepewność. Niejasno chodziło mu po głowie, że traci czas, licząc na to, że bystra młódka niebawem wdepnie, by poplotkować o kwiatach. Podszedł do tego trzeźwo i wykombinował, że pannica zakpiła sobie z niego jak z ostatniego naiwniaka i że pewnie już przed chichoczącymi koleżankami zdążyła obrobić mu tyłek. Czyż to nie było w stylu takich podlotków jak ona? Po cóż by miała wieszać się na szyi starego pryka?

Trel słowika przy wejściu uciął jego domysły. Zerwał się na równe nogi jakby go ktoś wystrzelił z katapulty, lecz natychmiast się opanował. Wziął głębszy oddech. Odczekał kilka sekund i otworzył z obojętną miną faceta, który doskonale panuje nad sytuacją.

— Ooo? — zdziwił się z odrobiną flegmy. — Byłbym zapomniał. Witaj, miło, że jesteś!

Zaradna Jennifer zdążyła przebrać się po obiedzie. Pozbyła się zapiętej pod szyję i sięgającej prawie do kostek długiej sukni z rękawami, naśladującej styl country. Zamiast tego włożyła skąpy zestaw sportowy, który składał się z krótkich szortów i luźnej bluzy bez rękawów, wyglądającej jak pozszywanej z krawieckich resztek i łat. Ciuchy były w najlepszym guście, a poza tym prezentowała się tak, jakby korzystała z usług wyjątkowo utalentowanej wizażystki. Z pewnością bez zmrużenia oka wcisnęła swoim starym, że zasuwa na siłownię. Niosła pod ręką niewielki album holograficzny, jeden z takich, które można było nabyć w każdej księgarence.

Wfrunęła do jego gniazdeczka jak gołąbek pokoju.

— Nie przeszkadzam? — z wahaniem rozejrzała się po salonie, jakby w obawie, że na kogoś tu się jeszcze natknie. Nie straszyło żadne widmo. Vanessy nie było, nie nadziała się na nią jak na widelec i odetchnęła z ulgą. — O, wybrałeś się na Marsa! — ucieszyła się. Potem zmarszczyła brwi. — Przełącz na Ziemię — pewna swego rzuciła. — Jest taki program, który lubię. Nazywa się "Popołudnie na Riwierze".

Przejrzał katalog i włączył wyszukany obraz.

— O rety?! — zdziwił się. — Fajne.

Znaleźli się na skraju pokrytego złocistym piaskiem wybrzeża, na którym aż roiło się od opalających się i kąpiących plażowiczów. Salon prześwietliły ciepłe promienie słońca.

— Uwielbiam wodę — zdradziła, sadowiąc się na brzegu fotela, w którym usiadł i jak starego przyjaciela bez żenady obejmując go ramieniem. Poczuł krągłość jej piersi. — Popatrz! — otworzyła album i uruchomiła projekcję. — Co to jest? — pokazała palcem. — To ciekawe. Na tej łące jest zatrzęsienie tych drobnych roślinek o żółtych kwiatach i lśniących liściach. Pochodzą ze środkowej Europy. A tu nie ma ich nazwy.

Odchrząknął i zabrał głos.

— Nazywa się je potocznie kaczeńcami. Fachowo, to knieć błotna, z rodziny jaskrowatych. Porasta podmokłe łąki, brzegi rzek i zbiorników wodnych — popisał się znajomością botaniki.

— Ka-czeń-ce... — przesylabizowała. A potem szybko dodała: — Wiesz, że jestem jeszcze dziewicą?

— Tak?! — wypadało mu się nieznacznie zdziwić. — To znaczy... — zająknął się, nie kończąc zdania. Zatkało go na amen.

— To znaczy, że nie byłam dotąd w łóżku z żadnym chłopakiem, wyobraź sobie — wyłuszczyła. — Ale to nie wszystko — dorzuciła bez żenady. — Zamierzam bowiem przespać się z tobą...

Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania. Nie liczył się z tym, że będzie musiał zmierzyć się z tak nieoczekiwanym wyzwaniem. Laska była niezwykle bezpośrednia i z rozpierającą ją energią dążyła śmiało do celu, który sobie wyznaczyła.

— Teraz? — bezwiednie zapytał, gryząc się zaraz w język i uprzytamniając sobie z przedziwnym oszołomieniem, że zaczyna pleść bzdury.

— Teraz — bezwstydnie potwierdziła.

Uniosła ręce do góry i w lot ściągnęła bluzę, odsłaniając swe piękne pełne piersi. Potem objęła go, zsuwając mu się na kolana. Gorączkowo szukała wargami jego oczu i ust, obsypując go szybkimi czułymi pocałunkami. Wreszcie wyrzuciła z siebie z nieskrywaną rozkoszą i słodkim bólem, zamykając oczy i lekko odchylając głowę do tyłu: — O Boże, ty, draniu, jak cię pragnę!..

Utracił wszelkie hamulce. Pochylił się nad jej ciałem, obcałowując jej szyję, ramiona i piersi, miejsce po miejscu. Poddawała mu się bez oporu. Czy to był sporawy grzeszek, czy drobniutkie przewinienie? Półprzytomną z rozkoszy postawił ją wreszcie przed sobą. Zemdlonym wzrokiem rozejrzała się dokoła. Oszołomioną poprowadził do sypialni, a tam zsunął z niej szorty. Nie miała pod spodem dessous. Pchnął ją na posłanie, gwałtownie wbił się w jej ciało i prawie natychmiast eksplodował jak wulkan. Potem leżał obok niej, nasycony, błogo rozleniwiony i rozkosznie senny.

Błyskawicznie się pozbierała. Nim zdążył zapaść w drzemkę była już na nogach. Jej lot godowy trwał dziwnie krótko. Gdy ocknął się i otworzył oczy, ujrzał, że właśnie wkłada bluzę.

Pochyliła się nad niebiańskim kochankiem i cmoknęła go w czoło.

— Ciao, miśku, wychodzę. Nie bój się, nie będę cię zamęczać ani rozbijać twojego związku. Wystarczy, że prześpisz się ze mną po cichu raz tygodniu — zadecydowała.

Ospale się uniósł, chcąc pożegnać wyjątkowego gościa, lecz charciczka zdążyła już opuścić jego apartament. Zerknął na zegar pokładowy, uzmysławiając sobie, ze dziewczyna nie spędziła w jego kabinie nawet kwadransa.

— Diablica, ale szybka! — niedołężnie wymamrotał, nie mogąc wyjść nad nią z podziwu.

CZĘŚĆ PIĄTA

Czuł się jak spłoszony brzdąc, pragnący przy nakrytym do posiłku stole schować przed surowymi rodzicami nieumyte dłonie. W pierwszej chwili nie wiedział, gdzie ma podziać oczy. Spod maski opanowania i spokoju przezierało spychane do podświadomości poczucie winy. Vanessa też była przygnębiona i struta, ale w odróżnieniu od niego nie usiłowała tego ukrywać. Minę miała jeszcze bardziej skwaszoną niż poprzedniego dnia. Nerwowo bawiła się zdjętą z ręki bransoletą. Przywitał się, usiadł, machinalnie wybrał dania, stuknął w sensor "Wyślij do kuchni", na moment zadumał się nad deserem, a potem odłożył oprawione w skórę menu. Wreszcie odważył się i z przejęciem zajrzał w jej śliczne oczy, jakby nie pojmując, co sprawiło, że na dobre zepsuł się jej humor. O jego przelotnym romansie z niesforną nastolatką na pewno nie wiedziała. Jennifer była nad podziw skryta i doskonale się maskowała, a on nie widział powodu, żeby się chwalić przygodnym sukcesem. Zasiedli tylko we dwoje do nakrytego białym obrusem stolika, ponieważ staruszkowie zdecydowali się pozostać w apartamencie. Tego dnia zastawa była stylizowana na czasy saskie. Półmiski, talerze i filiżanki wyglądały jak ze stuprocentowej porcelany, tyle tylko, że się nie kruszyły i nie tłukły.

— Sądzisz, ze nie potrafię dojść do tego, co tu jest naprawdę grane? — wyrzuciła z siebie po chwili złowróżbnego milczenia.

Poprawił białą płócienną serwetkę, leżącą obok płaskiego talerza, zezując w stronę kuchni. Leciała mu ślinka na zamówionego łososia z rusztu ze świeżym szpinakiem. To na przystawkę. Potem miała być pieczeń z bażanta. Kaprysy klientów zaspokajano w błyskawicznym tempie. Góra dziesięć minut.

— Nie wiem, co masz na myśli — odpowiedział dyplomatycznie. Ociupinkę był nieuważny, bo główkował właśnie nad tym, czy wybrał właściwy gatunek wina.

Wyprostowała się, a jej oczy zaczęły rzucać błyskawice. Zamieniała się w tygrysicę.

— Na pokładach tego giganta nie ma Świetlistego... — wysyczała jak żmija. — Gdyby ten nędznik tu się plątał, dawno wpadłabym na niego. Wierz mi, Bobie, zajrzałam w każdy kąt.

Przez króciutką chwilę podejrzanie jej się przyglądał. Śliczna agentka nie trzymała nerwów na wodzy.

Otworzył butelkę z wodą gazowaną. Syknęło. Nalał jej trochę do wysokiej szklanki.

— Uspokój się. To w takim razie po co lecimy tym krążownikiem? — ujmująco zapytał. — Przecież nie dano nam urlopów. — Zaraz się poprawił. — Jeśli chodzi o mnie, to akurat wiem, po co — zabrzmiało to niefrasobliwie. — Zostałem przez szefa oddelegowany na Marsa. Ale ty?..

Nos opadł jej na kwintę.

— To efekt niejasnych zakulisowych rozgrywek. Wrzucono nas do mętnej wody i staliśmy się ofiarami podejrzanych przetasowań — wybąkała rozżalona. Było widać, że czuje się oszukana. — Nie bój się, cieszę się sporą dozą intuicji, a ta nigdy mnie nie zawiodła — dodała. Zamilkła, bo mijał ich wyfraczony android, za którym sunął niczym wierny pies podręczny stolik z daniami, zamówionymi w dalszym sektorze sali. Wenusjanie ostentacyjnie brali z karty coś, co przypominało talerz żywych dżdżownic. — Nieźle ktoś tu namieszał. Najpierw ci, z twojego zarządu — ciągnęła — skwapliwie wyprawili cię w drogę. I przypuszczam, że odbyło się to na czyjeś dobrze opłacone zlecenie. Nie chodziło o Czerwoną Planetę, ale o ten popieprzony lot. Jakiemuś wpływowemu palantowi bardzo zależało na tym, żebyś zabrał się tym kursem. Malcze, dociera to do twojej główki? — dorzuciła, zauważając, że jej nie słucha.

— No, dobrze, załóżmy, że to trafna hipoteza — odezwał się. — Ale po co? — niczego nie rozumiał.

— Sądzę, że to się wkrótce okaże — snuła przewidująco. — Dosłownie w ostatniej chwili ktoś inny zdecydował, żeby pchnąć mnie tym samym kursem za tobą. Ani chybi w tym celu, żeby tamtemu szczwanemu lisowi pokrzyżować plany. Rękę dam sobie uciąć, że tak było — podsumowała z błyskiem w oku. — W obu przypadkach Świetliści stanowili tylko pretekst.

— Eee, to niemożliwe — przecząco pokręcił głową. Nie miał zadatków na paranoika i nie wierzył w takie rzeczy. — Ciekawe, na czyje pokraczne zlecenie miałby działać mój kochany szef? — zaintrygowany zapytał. Nie wyobrażał sobie, żeby lekko otyły Thomson był zdolny do tak perfidnej gry. Nad wyraz cenił swoich agentów i bez wyraźnej potrzeby starał się ich do siebie nie zrażać.

— Do wszystkich diabłów, przegryzę się przez to — prychnęła z przekonaniem. — No, ale muszę poszperać poza statkiem. Mam swoje ciche ale pewne dojścia — zdradziła mu w sekrecie. — Przez szybkie łącza pomyszkuję na Ganimedzie.

Głowił się, biorąc pod uwagę różne aspekty tej dziwnej sprawy.

— A może temu grasującemu Świetlistemu chodzi o to, byś uważała, że nie ma go na statku?

Ze skupieniem przyjrzała się jego obliczu.

— Jesteś zdania, że znalazłam się przypadkiem pod jego wpływem? — zapytała. Zatrzepotała powiekami. — Nie sądzę — odrzekła. — Stosuję się tylko do przepisanych procedur. Ale nie zapomnę o twoim ostrzeżeniu, miśku — solennie mu obiecała. — A ty ustal, kto krążył wokół ciebie na tym statku. I czego mógł naprawdę chcieć...

Był odrobinę zniesmaczony. Nikt się koło niego nie kręcił. Przebiegł szybko myślami kolejne dni lotu — od chwili, w której wdrapał się na pokład i rzucił swoje rzeczy w kajucie — by wreszcie zatrzymać się przy rozkosznej Jennifer. No, ale o niej nie mógł opowiedzieć Vanessie. To był jego maleńki słodki sekret, nie mający niczego wspólnego ze sprawami służbowymi.

— Da się zrobić — skwitował półgębkiem.

W chwilę później niby to przypadkowo rzucił okiem w stronę stolika narowistej nastolaty. Siedziała plecami do niego. Jej stary wydał mu się przez moment kimś znajomym. Tamten miał na karku pięćdziesiątkę i nosił się z wyszukaną włoską elegancją. Bob nieoczekiwanie uzmysłowił sobie, że nadal prawie nic o nim nie wie. Szczerze mówiąc, wcale go to nie zajmowało i nie zamierzał tego zmieniać.

Słodka Jennifer nie była zapatrzoną w siebie egoistką, o co ją po cichu posądzał. Miała jednak koleżankę. Ciągnęły za nim w bezpiecznej odległości, rozbawione, rozpaplane i pewne tego, że ich nie widzi. Nie umiały lub nie zamierzały się kamuflować. Połapał się, kogo ma w ogonie, kiedy wracał z pasażu handlowego. Był starym wygą i nie dawał się nabierać na takie ograne numery.

— He, he, co za agenciary! — mruknął rozanielony.

Dopadła go ochota, by robić zapiski starym zwyczajem, więc kupił sobie najprawdziwszy pod słońcem zeszyt w kratkę i kilka grafitowych ołówków. Do tego aparacik do strugania w kształcie statku kosmicznego z maleńką korbką z boku. Z tymi skarbami wracał do apartamentu, a chcąc zmniejszyć dzielący go dystans niby to przypadkiem wdepnął po drodze do jednej z kafejek. Cofnął się z odrazą, bo w imitowanej na stajnię kiepsko oświetlonej karczmie przesiadywali sami Wenusjanie. Dalej była ta francuska, którą odkrył poprzedniego dnia — z wirtualnymi oknami na Lasek Boloński późną wiosną. Miała piękny wystrój z faux-marbre, wypolerowanego mosiądzu i koronkowych zasłon. Pomyślał, że mógłby tu zaglądać na kawę.

Dogoniły go nareszcie i z chichotem wyprzedziły. Potem Jennifer zostawiła na chwilę swoją kumoszkę od serca i nieoczekiwanie zawróciła, zatrzymując go w pół drogi. Tamta laska z warkoczykami nie szokowała urodą, choć też nie brakowało jej seksapilu, a wyraźnie grała przy niej rolę drugich skrzypiec.

— Klawo, że cię widzę. Zajrzę dziś do ciebie — zapowiedziała z błyszczącymi oczami. Wyczuł w jej słowach odrobinę niepokoju.

Udał, że to go zaskoczyło. Zmarszczki na czole świadczyły o niezwykłym skupieniu.

— Jak to? Jeszcze nie ma tygodnia — pozwolił sobie na ostrożny żart. — Zostały dwa dni. Czterdzieści siedem godzin i trzydzieści pięć...

Roześmiała się.

— No, nie rób sobie jaj z pogrzebu. Bez przesady. Pochodzę z planety Memphis, a tam czas płynie szybciej niż tutaj — z dziewczęcą fantazją odbiła piłeczkę. — Za godzinę — podkreśliła.

— A co to masz? — zapytał, widząc w jej rękach e-czytnik.

— Takie tam bzdety, nie dla facetów. "Cztery miliony mężczyzn czeka na ciebie" — podała mu tytuł.

— He, he, he, to za dużo nawet dla kogoś takiego jak ty!

— Wiedziałam, że tak powiesz, dowcipnisiu — zareagowała na zaczepkę. — To o doborze naturalnym — rzuciła z przekąsem na obchodne i pofrunęła do tamtej.

Dopiero gdy znikały za zakrętem, uchodząc w stronę siłowni, z nagła sobie uprzytomnił, gdzie ją pierwszy raz ujrzał. Zatrzymał się i mimowolnie przetarł ręką czoło. Doznał raptownego olśnienia. Wprost nie chciało mu się wierzyć. "Rozsypane kostki domina. Nie da się z nich zbudować Muru Chińskiego. To trzeba we dwoje!"

— Tak, w Nowym Amsterdamie — wyszeptał z przejęciem, przeciągając sylaby. — Jasny gwint!

Do jego ukochanej kwiaciarni nieśmiało zaglądnęła młodziutka klientka i po chwili pozorowanego namysłu zamówiła trzy gerbery. Usiłował ją zainteresować różami herbacianymi, akurat tych miał więcej, ale bez skutku. Kiedy jego sprzedawczyni sposobiła bukiet, dobierając wstążki, dziewczyna ze dwa razy nerwowo wyjrzała za siebie na ulicę, jakby tam ktoś na nią czekał, zleciwszy jej uprzednio sekretną misję. Przez szkło witryny mimowolnie poszedł za jej spojrzeniem, by ujrzeć niecierpliwie przestępującą z nogi na nogę inną nastolatkę. Dlaczego tam sterczała? Przecież kwiaciarnia była lokalem, do którego mogła śmiało wejść. Otulała się krótką ciemną opończą, a twarz kryła pod szerokim kapturem. No, ale te boskie nogi. Tych się nie zapominało.

Z niedowierzaniem pokręcił głową i ruszył dalej, przekładając pakuneczek do drugiej ręki.

Zadbała o to, by wyglądać zmysłowo i przez chwilę się zastanawiał, jakim cudem pod okiem starych udało się jej wymknąć w tak ekstrawaganckich ciuchach na korytarz. Tym razem nie miała ze sobą żadnego zielnika.

— O, pamiętałeś o moim widoczku — rozpromieniona wyszeptała, widząc, że wita ją na ulubionej francuskiej plaży na Riwierze.

Objął ją w talii. Ciągnęła za sobą delikatny zapach perfum.

— Rozgość się, skrzacie! — zachęcił ją, pokazując wolny fotel.

Wołała przysiąść mu na kolanach i ogarnęła go ramieniem. Cmoknęła go delikatnie w policzek. Wykoncypował, że tego dnia nie rwie się do łóżka. Po prostu chciała czuć jego bliskość.

— Masz ochotę na pogawędkę? — milutko zapytał, godząc się w duchu na taki scenariusz.

Sięgnęła po pisma Arystotelesa, ale chyba tylko po to, by zważyć pokaźne tomisko w dłoni. Odłożyła książkę z powrotem.

— Mhm! — potwierdziła półgębkiem. — Czemu nie? Byle nie o seksie. Wolę się w to bawić niż o tym gadać — rzekła z pychą w głosie. Po szczenięcemu się popisała. Takie krzywe teksty robiły wrażenie na jej rówieśnikach.

Kiwnął głową.

— Ma się rozumieć — ugiął się w obliczu jej argumentacji. — Kim jest właściwie twój papcio? — nurtowały go pewne wątpliwości i postanowił rozwiać je w pierwszej kolejności.

Przez chwilę wierciła mu się na kolanach. Leciuteńko się odsunęła. Oglądał delikatny naszyjnik, który zawiesiła sobie na szyi. Na medalionie znaczyło się oblicze Pallas Ateny, żywcem ściągnięte z antycznej greckiej tetradrachmy.

— A czemu to cię interesuje? — na jej twarz wypełzł cień.

Zmarszczył brwi, szukając w myślach wyjaśnienia.

— Chyba otarłem się o niego w Nowym Amsterdamie. Czy nie było go przypadkiem na raucie u burmistrza w ratuszu z okazji trzechsetnej rocznicy powstania miasta?

Ożywiła się, ciesząc się, że do tego nawiązał.

— A jakże! Wyobraź sobie, że ja też tam się bawiłam — rzekła z uśmiechem Giocondy.

— Serio? Nie wierzę. Jakoś mi nie wpadłaś w oczy.

Roześmiała się, a w jej policzkach pojawiły się śmieszne dołeczki.

— Nie mogłam. Zrobiono ze mnie Japonkę. Kimono, peruka, sandały i takie tam bajery. Nie rozpoznałbyś mojej twarzy pod grubą warstwą makijażu...

— Potem plątałaś się koło mojej kwiaciarni... — dorzucił karcąco, biorąc jednak to, co powiedziała za dobrą monetę.

Leciutko się zarumieniła.

— Zapamiętałeś mnie? Masz oko — rzekła z uznaniem. — To zresztą wcale nie jest takie dziwne, zważywszy twój prawdziwy zawód — doszła do przekonania.

— Coś ty? Sprzedawca kwiatów musi być aż tak spostrzegawczy? — udał nierozgarniętego.

Nieznacznie się skrzywiła.

— No, nie. Nie bajeruj. Jesteście asami wywiadu, ty i ta twoja partnerka — wypaliła.

Odezwały się ostrzegawcze fanfary i zlustrował ją jeszcze surowszym wzrokiem.

— Kroczysz po krawędzi, mała!

Westchnęła z nieskrywanym smutkiem.

— No, dobrze. Wyznam wszystko jak na spowiedzi. Z detalami. Ale zdradź mi jedno, Bobie. Otwarcie. Ożenisz się z nią? Ona jest tego warta? — zapytała z melancholią. To sprawiało jej ból.

— Tego akurat nie wiem, nie roztrząsaliśmy tak poważnych kwestii. Zresztą, za krótko się znamy, by... — usiłował nie zatrzaskiwać uchylonych drzwi. — Niemniej, kto wie? Może?

— Tego się właśnie obawiałam — wyznała z namysłem, spuszczając głowę. — Mój ojciec jest biznesmenem — raptem zmieniła temat, odpowiadając wreszcie na jego pierwsze pytanie. — Udziela się w gastronomii...

— A, to świetnie — ucieszył się, a wokół jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki. — Przydałaby się mała restauracyjka w pobliżu mojej kwiaciarni. Jakieś bistro. Poprawiłyby mi się obroty.

— Co ty? Kpisz sobie ze mnie? Nie o taki biznes chodzi — sprostowała lekko urażona. — Nie z małej litery. Kieruje potężnym koncernem, produkującym gigantyczne skanery kuchenne. Ma w nim główne udziały. Wyposażył już prawie wszystkie statki pasażerskie firm przewozowych z Marsa. Są w najlepszych hotelach na różnych planetach i księżycach...

Zatkało go na amen. Tego się nie spodziewał.

— Nie opowiadasz farmazonów? Mein Gott, to pławicie się w niewyobrażalnym szmalu — jego oczy zrobiły się okrągłe z wrażenia. — Dlaczego więc nie lecicie prywatną korwetą — chytrze próbował podważyć jej deklarację — tylko zwykłym pasażerskim?

— Mamy dwie takie, prawdziwe cudeńka — była dobra w fechtunku. — Nawet uczyłam się pilotażu — odpowiedziała w takim tonie, jakby chodziło o coś błahego. — Ojciec chciał osobiście sprawdzić, jak się spisuje jego najnowszy skaner na "Titanicu". Ma w planie kilka drobnych poprawek. Była okazja w drodze powrotnej, dlatego załapaliśmy się na ten kurs. Nasz prywatny statek ciągnie za nami.

Ścięła go z nóg tymi rewelacjami i poczuł, że brakuje mu tchu. Odezwał się monsun. Molestował córkę krezusa. Nie musiała pracować na swoje utrzymanie. Była tak bogata, że mogła sobie pozwolić na beztroskie życie, zaś jej starzy należeli do otoczonej nimbem tajemniczości elity finansowej Układu Słonecznego. Z takimi tylko ostatni kiep odważyłby się zadrzeć. Wolał sobie nie wyobrażać, co by się stało, gdyby ta mała na niego się wściekła. Oberwaliby mu jaja i rozłożyli na czynniki pierwsze.

— Mmm... Nieźle... — przez króciutką chwilę męczyła go myśl, iż może przypaść mu w udziale co najwyżej rola jej ochroniarza. I to z drugiej linii. Tylko dlaczego mu siadła na kolanach, czyżby chwila filantropii? Unaocznił sobie z bólem, że nieopatrznie znalazł się przy niewłaściwej szachownicy. — Muszę przyznać, że żarcie jest tu całkiem niezłe — mimo to mężnie ciągnął. — Zawsze byłem gotów wszystko oddać za dobre francuskie menu. W takim razie akcje twego kochanego papcia poszły u mnie w górę — z samozaparciem pochwalił jej starego. — Stoliczku, nakryj się! Nie sądziłem, że jest takim czarodziejem. — Uderzył się ręką w czoło w nagłym olśnieniu. — Do diabła! Powinienem był od razu sobie skojarzyć — to już było ponad jego siły i nie umiał ukryć gryzącej go zazdrości. — Twoje nazwisko jest przecież prawie na wszystkim, na co się człek tutaj natknie, nawet na tych białych serwetkach w restauracji...

Jej oczy cudownie się zaświeciły.

— To fantastycznie. Nie będziecie się razem nudzić. A tak się obawiałam. Papcio też uwielbia w kółko gadać o żarciu — oznajmiła.

— My... razem... o jedzeniu?.. — nie na żarty się zaniepokoił.

Cichutko westchnęła. Mężczyzna jej marzeń był taki niedomyślny. Co za bęcwał! Miała twardy orzech do zgryzienia.

— W takim razie najtrudniejsze przede mną — zauważyła, pieszczotliwie gładząc go po ramieniu. — Zdradzę ci, jak było — zniżyła głos w sekrecie — bo i tak wcześniej czy później sam byś na to wpadł. Przecież jesteś nad wyraz bystry. Wyobraź sobie, że ojciec na moją prośbę załatwił, żebyś też poleciał tym kursem — odważnie brnęła w ślepą uliczkę. — Szmal papy bez szmeru otwiera każde drzwi. Ale najpierw powiedziałam o wszystkim matce. O tym, co do ciebie czuję. Z początku obawiała się, że będziesz mieć za dużą władzę nade mną.

Pokryły mu czoło kropelki potu. Przypomniał sobie, przed czym ostrzegała go Vanessa.

— Spryciara z ciebie. I to w twoim wieku? Takie numery robić? Kasa przewróciła ci w głowie, czy co?

Myślał, że urażona przesiądzie się na sąsiedni fotel, ale nawet nie drgnęła, została mu wiernie na kolanach, a nawet jeszcze mocniej do niego przylgnęła. Z jej kosmicznym szmalem ciężko było znaleźć sobie przyjaciół, prawdziwych, nie przyszywanych. Działał jak balast.

— Chciałbyś mnie za żonę? — nerwowo go zapytała, podnosząc oczy na jego ściągniętą twarz.

Histerycznie próbował jej to wyperswadować. "Boże, pozwól mi wziąć nogi za pas!"

— Coś ty? Znamy się bardzo krótko, nieledwie tydzień, a poza tym niebawem i tak się rozstaniemy. Los nas rozdzieli. Na Marsie będę bardzo zajęty. Ponadto jesteś młodziutka i na pewno poznasz jeszcze niejednego przystojnego...

— Nie lecimy na Marsa, tylko na Ziemię — stanowczo mu przerwała, wyprowadzając palanta z błędu. — Nie wiedziałeś? Przesiadamy się na stacji Gamma...

— A, to już za jakieś dziewięć dni — kamień spadł mu z serca. — Mam nadzieję, że będziesz mnie ciepło wspominać i dobrze o mnie mówić...

— O, nie... Zwariowałeś, czy co? Zasuwasz razem z nami do Kalifornii — wtajemniczyła go, ściągając spinki i potrząsając furą włosów. Niczego nie owijała w bawełnę. — Dostaniesz służbowymi kanałami takie polecenie od szefa... — pewna siebie trajlowała, waląc prosto z mostu. Znakomicie się orientowała, nieomal jak generalny dyrektor Wywiadu Solarnego. Wiedziała znacznie więcej niż powinna, jednak zdolności dyplomatycznych jej zabrakło. Nieopatrznie zaciągnęła sobie sznur na szyi.

Najeżył się, chciał wstać i musiała mu się zsunąć z kolan.

— Szef mi wyda takie polecenie? W głowie się nie mieści — wychrypiał ze ściśniętym gardłem. To już nie były ostrzegawcze fanfary. Strzelano z ciężkich dział.

— Dokładnie. Wybacz, ale z tobą trzeba być aż do bólu szczerym — naiwnie dodała, lecz już z mniej pewną miną. — Taką ponoć masz naturę, że jak ci się wszystkiego nie powie, to... — usiłowała się wykręcić. — Lepiej z tobą grać w otwarte karty. Mogłam przecież o niczym nie wspominać... O tych zakulisowych rozgrywkach... — pytlowała, jednak powoli tracąc rezon. — Musisz wybrać, ja czy Vanessa. — nagle zakończyła, zmieniając temat. Nieświadomie się nad nim pastwiła. Przestraszyła się nie na żarty, widząc jego mocno pobladłą i ściągniętą z gniewu twarz, bo zaraz asekuracyjnie dodała: — Spadam, bo czuję przez skórę, że jesteś nie w sosie. Ale wieczorkiem znowu do ciebie wdepnę...

— No, nie, nie! — zachrypiał. — Stawiasz sprawę na ostrzu noża — wzburzony, rozpuścił nagle ozór. — Nie za bardzo szarżujesz? Uważasz, że facet z moją profesją jest sprzętem, który można... tak sobie... pokazać palcem i kazać zapakować? — kipiał i wydawało się, że za chwilę wybuchnie. — Wyglądam na stojącego w witrynie posłusznego androida? — Zanosiło się na naprawdę ostrą utarczkę.

— Skądże znowu. Przecież możesz powiedzieć "nie", misiaczku — w odpowiedzi zaszczebiotała. — Nie złość się. Nie jesteś robotem. — Zaczynała mu się wyślizgiwać i porywał ją nagły odpływ. Czule cmoknęła go na obchodne, ale w drzwiach się odwróciła, jeszcze raz z niepokojem taksując jego postać. — Ułatwię ci zresztą decyzję. Wyobraź sobie, że poszłam na całego. Będziemy mieli dziecko. Jestem z tobą w ciąży — pochwaliła się i oczy jej radośnie zabłysły. — Kocham cię, Bobie, jak nikogo na świecie! — wyznała. A potem znikła mu z pola widzenia, bo drzwi się jej przed nosem zasunęły.

Znieruchomiał w fotelu. Tak się czuł jakby go ktoś zdzielił obuchem w łeb. Wpadł w potrzask. Miał dalej dumać nad Arystotelesem, ale nie był w stanie zająć się lekturą. Zauważył, że mu się trzęsą z rozdrażnienia ręce.

— Seksowne modliszki rządzą światem. Co za diablice! O ile mają nadzianych tatusiów — z gorzką ironią wystękał, pojmując, że jak nieopierzony małolat dał się zapędzić w kozi róg. Nim zdążył się połapać, zatrzaśnięto go w klatce. "W złotej klatce!" — przeszło mu raptem przez myśl.

Chwiejąc się na nogach, przeszedł do sypialni, położył się i skrył głowę pod poduszką. Liczył na to, że zaśnie, ale bezskutecznie. Dzwoniło mu w uszach. Po dobrych pięciu minutach wykoncypował, że jedynie dziadek Brunon byłby w stanie mu doradzić, co ma począć w tej niedorzecznej sytuacji. Sympatyczny staruszek jednakże pędził spokojny żywot daleko od pędzącego ku gwieździe statku kosmicznego, więc Bob był skazany tylko na siebie. Nie mógł z nim szczerze porozmawiać. Pamiętał, że w dzieciństwie prowokował go idiotycznym pytaniem: "Czy to prawda, że brzytwa Okhama służy do golenia brody Paltona?". Wtedy tamten wybuchał śmiechem, odkładał to, nad czym siedział i zajmował się niesfornym wnukiem.

Po kwadransie rozległ się sygnał przy drzwiach. Otworzył. Jennifer wróciła. Stała w progu z zapłakaną twarzą.

Wykonał zachęcający gest i potulnie weszła do środka.

— Wszystko spieprzyłam... — żałośnie chlipnęła, pociągając nosem. — Prawda, Bobie? — zapytała, jak zbity pies zaglądając mu w oczy.

Topił się jak wosk, widząc jej łzy. Miała w sobie coś, co sprawiało, że nie umiał się jej oprzeć. "Do diabła z dziadkiem Brunonem i całym tym pozornym ładem na Ganimedzie. Trzeba wziąć życie w swoje ręce!"

— Właśnie wszystko naprawiłaś... — łaskawie zaburczał, przyciągając ją i mocno tuląc do siebie. Skwapliwie ukryła twarz na jego piersi.